W poszukiwaniu ZEN. Część trzecia.

Po dwóch godzinach przesiadek z metra do metra, a potem już pociągiem dotarliśmy do Yugawary. Rozkłady jazdy zmieniają się z minuty na minutę, zgrać się ich nie da, podobnie jak map Japonii. Dlatego będąc w zasięgu netu zrobiliśmy zdjęcie i pędem ruszyliśmy na stację metra. Na jedną z przesiadek spóźniliśmy się, mimo pewnego stażu wciąż trudno się nam połapać w liniach metra. Pod opiekę wzięli nas usłużni miejscowi i przekazując z rąk do rąk „dowieźli” do celu.

Pisałam wcześniej, że Yugawara to połączenie Zakopanego z Międzyzdrojami, tak mi przyszło do głowy, ale prawda jest taka, że nigdy nie byłam w Zakopanem. Natomiast potężne budynki hoteli kojarzą mi się z tym z francuskiego kurortu narciarskiego Val Thorens. Ciemne jednolite bryły wtulone w zbocza gór z takim pomyślunkiem, że nasze czwarte piętro znajdowało się na szczycie stoku. Wystarczyło minąć trzy pary drzwi sąsiadujących z naszym pokoi, żeby znaleźć się w naturalnych termach.

Już przy wejściu do hotelu obsługa w ukłonach odebrała nam buty i przydzieliła trzy pary identycznych rozmiarów kapci. Co ciekawe w odróżnieniu od Tokio na prowincji nikt nie włada angielskim. Znajomość języka sprowadza się do kilku grzecznościowych zwrotów. Porozumiewaliśmy się za pomocą gestów, scenek pantomimy improwizowanych na prędce, prostych angielskich słów, z takim samym skutkiem, gdy przerzucaliśmy się na polski lub z rozpędu francuski.

Już przy wejściu do hotelu złapałam przedziwną nić porozumienia z roześmianym bojem. Oboje równie często wybuchaliśmy śmiechem i z takim samym entuzjazmem zachwycaliśmy się wystrojem hotelu. Wskazywałam palcem wydawałam z siebie przeciągłe łałłł i klaskałam w dłonie jak mała dziewczynka. Podpatrzyłam te użyteczne gesty w Tokio.
„Mój przyjaciel”, jak określał naszego boya mój mąż, nasyłając mnie na niego z każdą wątpliwością, okazał się zadziwiająco bystry i pomocny, a ilekroć widywaliśmy się na korytarzach wybuchał na mój widok radosnym śmiechem. Śmiałam się i ja, choć zapewne z innych powodow, ale co mi tam.

Japońskie termy, onseny, mają to do siebie, że panowie i panie korzystają z nich osobno. Pomijając ręczniczek, którym niewiele dałoby się przysłonić, byłam goła jak święty turecki. Moja wstydliwa nastolatka unikała kąpieli z innymi paniami. Za każdym razem szłam na zwiady, wyczekiwałam momentu, kiedy ostatnia dama opuści termę i pędziłam na złamanie karku po Natalkę, która czekała przy dystrybutorze z wodą. Tłumaczyłam Nat, że panie są wyjątkowo dyskretne, nie witają się, bo nie przyglądają się nikomu i same wstydliwie unikają czyjegokolwiek wzroku. Odnosiło się wrażenie, że ktoś był obok, ale jakby niewidzialny i ślepy. Dopiero kiedy wszystkie siedziałyśmy w wodzie zamoczone po szyje panie zdawały się dostrzegać współtowarzyszki, ale też dyskretnie… Zdawało mi się, że było w tym jakieś zaskakujące połączenie sympatii z rezerwą.

Kolacje i śniadania jadaliśmy w prywatnym saloniku w drugim skrzydle hotelu, przeważnie wciąż ubrani w szlafroki kąpielowe, parując od moczenia się we wrzących siarczanach w dodatku w samym środku tropikalnego lata. Wchodziliśmy do salki oznaczonej naszym nazwisku, siadaliśmy na krzesełkach, już nie na poduszkach, ale te były tak niskie jakby zaprojektowane dla starszych przedszkolaków.
Do stołu podawała nasza własna prawie gejsza. Dań było tak dużo, że trudno je było zliczyć w dodatku tak różnorodnych, że jeden posiłek dostarczał więcej składników odżywczych niż całe opakowanie Centrum od A do Z.

Po kolacji wracaliśmy do naszego pokoju. Jakże odmienionego. Na tatami rozłożono dla nas trzy materace i pościelono. Dochodziła dwudziesta pierwsza, a ja odniosłam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, znalazłam na koloniach letnich w Resku, a wychowawczyni ogłosiła ciszę nocną.
Niziutki stolik, który w ciągu dnia znajdował się po środku pokoju otoczony poduszkami do siedzenia, wciśnięto pod ścianę. Siadałam więc w wiklinowym foteliku w naszym zimowym ogródeczku z książką, zaniepokojona, że ktoś przyłapie mnie na bojkotowaniu ciszy nocnej i zada wymyślną karę.
Po porannych termach śniadanie złożone z wędzonych ryb, jaj każdego dnia na inny sposób (np. jajo w koszulce podawane w rosole ukraszonym szczypiorem, kilka rodzajów zup zagęszczonych ichnią żelatyną (agar agar), między zupami pojawiały się przystawki z sashimi, kiszonych warzyw (Japończycy kiszą absolutnie wszystko, a do tej pory sądziłam, że Węgrzy są w tej sztuce mistrzami), sera z mleka zwierzęcego nie podawali, za to zawsze pojawiała się kosteczka tofu w najróżniejszych stadiach fermentacji. Trudno nam było się przyzwyczaić do zapachu surowych ryb o poranku, a przełknięcie ich na śniadanie przyszło nam z łatwością dopiero trzeciego dnia.

Po powrocie ze śniadania zastawaliśmy pokój uprzątnięty z materacy ze stołem i poduszkami przesuniętymi w centralny punkt. Z czasem zaczęłam zmieniać zdanie o dyskrecji Japończyków. Wciąż ktoś wpadał do pokoju, nie racząc nawet zapukać. Przynosił nam kolejny dzbanek zimnej lub gorącej wody, albo wypytywał kiedy wychodzimy, żeby posprzątać pokój. „Materacowi” najwidoczniej nie zajmowali się porządkami, a fakt, że musi być posprzątane nie podlegał negocjacjom.
Na yugawarskiej plaży nie na miłośników opalania, za to w wodzie roi się od surferów. Nie miałyśmy desek, pojęcia jak się ich używa, ani gdzie można wypożyczyć. Dlatego rzucałyśmy się na fale bez podpórki, dając się porwać, przeturlać po piasku, wciągnąć pod wodę, aż przed oczami pojawiał się wielki błękit, a bąble powietrza wydostające się z naszych płuc przelatywały przed naszymi twarzami. Drobinki wulkanicznego czarnego piachu wdarły się w materiały naszych bikini tak skutecznie, że stroje nadawały się już tylko do wyrzucenia.

Każdy dzień w Yugawarze wyglądał podobnie. Po ruchliwym Tokio i zwiedzaniu wszystkiego i wszędzie cudnie było odnaleźć rutynę. Termy, śniadanie o ósmej, spacer nad morze, zwiedzanie supermarketów celem upolowania obiadu. wizyty w lokalnych sklepikach i rozmowy na migi z właścicielami. Jednym z nich okazał się „warszawiak”, bezzęby staruszek snuł po japońsku długą opowieść o Warszawie, pomyśleliśmy, że zapewne odwiedził polską stolicę w dobrych zamiarach, ale pewności mieć nie mogliśmy. Ilekroć mijaliśmy sklep „warszawiaka” snuliśmy domysły: może facet wcale nie był turystą, ale widział miasto z kokpitu bombowca Technische Nothilfe?

Do hotelu wróciliśmy godzinę przed kolacją, znów termy, orgia smaków od dziewiętnastej do dwudziestej z groszem, materacu nakryj się, potem termy i lektura, a tu niespodzianka. Dochodzą mnie odgłosy z piekła rodem, takie dźwięki mógł wydawać osobnik powieszony na ruszcie, podgrzewany żywym ogniem, ktoś u kresu życia, wył… niemiłosiernie, rozrywająco! Zesztywniała poderwałam się z tatami, posiedź na podłodze godzinę, a sam zobaczysz, że to niełatwe, wypadłam z pokoju, wyminęłam kapcie i na bosaka poleciałam za hałasem! Może nie było za późno!
Przed drzwiami sali konferencyjnej stała niezliczona ilość kapci. Impreza? W try miga pojęłam mój błąd. Karaoke!
Dłuższą chwilę spędziłam na ławeczce w pobliżu sali bankietowej, przysłuchując się wokalom. Im gorszy solista, tym większy wzbudzał aplauz widowni.

Przy ostatnim śniadaniu w Yugawarze mąż wpadł na genialny pomysł:
– Gdybyśmy zdecydowali się w domu na spanie na materacach, można by zrezygnować z dodatkowych pokojów. Znaleźć mniejsze mieszkanie…
Spojrzałam wymownie na faceta, który przejawia podobną do mojej niechęć do porannego ścielenia łóżka i zaśmiałam się wrednie.
Tu jak zwykle w sprawach praktycznych głos zabrała Nat, skarbnica porad na każdą okoliczność:
– Mamo, wiesz, że nieścielenie łóżka jest zdrowe – mówiła z wyraźnym entuzjazmem – w nocy człowiek się poci, lęgną się bakterie, a takie niepościelone prześcieradło i rozkopaną kołdrę wyczyszczą promienie UV.
Przytakuję, uwaga ma sens.
Zaległa cisza, więc mąż podejmuje rozgrzebany wątek:
– To nie jest takie głupie, wystarczy zejść na śniadanie, a materace się posprzątają; wracasz z kolacji i zastajesz je pościelone.

Do następnego razu, Japonio!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *