W poszukiwaniu ZEN. Część druga

 

Wciąż w Tokio

W Japonii sprzedają między innymi słodycze, które należy sobie zrobić samemu. Kilka saszetek proszku, jakichś płynów, foremki i po odpowiednim zmieszaniu składników otrzymuje się produkt finalny. Wszystko jak zwykle w miniaturce, ale co dziwi najbardziej nic się nie marnuje, bo składniki i foremki są idealnie dobrane.
To właśnie łakocie „zrób to sam” stanowiły inspirację naszej japońskiej wycieczki. Powinniśmy zacząć od słodyczy.
Aż tu nagle okazało się, że mąż nie może namierzyć laptopa, pal licho komputer, ale w etui były nasze paszporty!
Po dedukcji doszliśmy, że nasze dokumenty musiały zgubić się na lotnisku.
Zabraliśmy ze sobą nasz przenośny internet, był na wyposażeniu mieszkania można taki ewentualnie pożyczyć na lotnisku, albo kupić gdzieś kartę internetową, natomiast dzwonić z zagranicznych telefonów nie da się z Japonii. Przez Skype udało się dodzwonić do punktu lotniskowej informacji, który właśnie przekierował nas do odpowiedniego organu, podczas gdy ja w duchu prosiłam, żeby to był departament rzeczy znalezionych, a nie zagubionych.
Opatrzność mnie wysłuchała.
Tym razem metrem i pociągiem dojechaliśmy na lotnisko, przemiły młody człowiek sporządził dwustronicowy dokument, dowód naszego roztargnienia.
Po serii czołobitnych skłonów z naszej strony wyrażających mieszaninę ulgi i wdzięczności ruszyliśmy w miasto.
Targ rybny w Tokio to mekka turystów, tyle że trzeba się tam stawić o drugiej nad ranem lokalnego czasu, żeby wziąć udział w przetargu na gigantycznych rozmiarów okazy tuńczyka i innych morskich potworów.
W rejonie znajduje się masa restauracji, a bliskość targu gwarantuje świeżość produktów. Potem okazało się, że świeższe niż te w restauracjach są te sprzedawane w supermarketach. Tyle że mówię o skali japońskiej, bo tu wszystko jest świeże i nawet zwykłe krewetki smakują jak nasz homar.

Wybraliśmy lokal z pismem obrazkowym, tj. ze zdjęciami serwowanych dań. Traf chciał, że były pod nimi i angielskie opisy. W większości lokali na witrynach wystawione są plastikowe próbki jedzenia. Przed wyjazdem nasłuchałam się legend o znajomych znajomych, którzy przez dwa tygodnie nie wiedzieli, co jedli. Moim zdaniem łatwo się w tym zorientować, pomijając drobne wpadki, w mojej misie kawioru znalazły się znienawidzone przeze mnie jeżowce, obrzydlistwo! To moja wina chciałam spróbować tego „pomarańczowego”, bo na zdjęciu wyglądało apetycznie.
Właściciel knajpy w jakimś bliżej nieokreślonej przeszłości wygrał przetarg na ogromniastego tuńczyka, informacja o tym wiekopomnym wydarzeniu co i rusz pojawiała się na monitorze telewizora umieszczonego nad stanowiskami kucharzy. Leciało po japońsku, ale odczytanie radości widocznej na twarzy krępego facecika w białym fartuchu nie wymagało tłumacza.
Po wrażeniach dnia, wciąż na jet lagowym haju odleciałam. Pokochałam ten kraj kraj; ludzi, którzy odnaleźli nasz komputer i przekazali w dobre ręce; moment, w którym wchodzi się do klimatyzowanej restauracji, a kelner stawia na stole dzban wody z lodem (wodę dają w lokalach za darmo, w niektórych także zieloną herbatę); kelner podaje gorące ręczniczki do przemycia dłoni (twarzy nie wypada wycierać w restauracji); widok dań na talerzach innych gości zapowiadał orgię smaków. Polubiłam przesympatycznego kucharza, który obsługiwał naszą trójkę; zimne piwo, słabe z kategorii babskich; tutaj nic złego zdarzyć się nie mogło. Trafiliśmy do raju, a z jet lag’iem wreszcie się dogadamy.
W wybornych nastrojach najedzeni po uszy, a wręcz czoła, opuściliśmy lokal, aby wrócić do bazy.
Tylko… i tu pytanie zawisło w powietrzu:
– Gdzie my, do diabła, mieszkamy?!
Mąż w popłochu wyjął z kieszeni komórkę, bateria się wyczerpała!
– Spokojnie, ja to załatwiałam, muszę mieć adres w mailu – uspokoiłam.
Zaczęłam szukać i w tym momencie siadł nasz przenośny internet, wyczerpała się bateria.
Nie było powodów, żeby wpadać w panikę, cóż to, że dochodziła dwudziesta druga i mieliśmy się wcześniej położyć, przecież byliśmy na wakacjach. Wystarczyło znaleźć jakiś supermarket, czy sklep sieciowy, tam na pewno będą mieli internet.
Znaleźliśmy sklep. Złapałam sieć. Cudownie, wystarczyło zaakceptować cokolwiek, czego ode mnie żądali i będziemy w domu.
– Zostało mi 14 procent baterii, a wszystkie instrukcje po japońsku! – Moje wakacyjne wyluzowanie, zaczęło odpływać.
– Czy mogę w czymś pomóc – zapytał, trzymający się prosto sześćdziesięciolatek w okularach w złotych oprawkach, odprasowanej błękitnej koszuli, bardzo zadbany.
– Tak! – krzyknęliśmy unisono.
Nasz dobroczyńca nie znał się na internecie, ale ze stoicką cierpliwością tłumaczył japońskie napisy, a kiedy wreszcie udało się wlogować, co trwało lata całe, zaczęłam szukać maili z adresem naszego przybytku, tylko, że ich tam nie było. Musiałam je wykasować. Wcięło. Bateria zaczęła piszczeć ostrzegawczo, zaraz i mój telefon miał dokonać żywota.
Co teraz?! Byliśmy bliscy rozpaczy. Dobrze, że udało mi się wysłać Nat do supermarketu, żeby sobie „pozwiedzała”, przynajmniej ona nie musiała się martwić.
– Laptop! – przypomnieliśmy sobie o odnalezionej zgubie.
Miał baterię, co graniczyło z kolejnym cudem, w dodatku był na nim adres naszej bazy. Trzeba było przejść na nowo procedurę wlogowywania się po japońsku. Z czasem okazało się, że Seven Eleven ma najfajniejszy serwis, wystarczy znaleźć się w zasięgu ich netu i już działa.
Mniej więcej po godzinie udało nam się wreszcie ustalić gdzie mieszkamy. Nasz uradowany dobroczyńca zaoferował się, ze odprowadzi nas do stacji metra. Podejrzewałam, że ogromną ulgę przyniosłoby mu nie tylko odprowadzenie nas do metra, ale wręcz pod drzwi naszej bazy, choć od domu dzieliła nas godzina podróży.
Nagle cały stres opadł z nas i znów wstąpił zew przygody. Nie chcieliśmy jeszcze wracać.

Dobroczyńca odszedł wyraźnie urażony, nie zamierzał tego ukrywać, choć po mojemu on chyba nie potrafiłby niczego udawać.
Jak do diaska ten naród dał się wplątać w rozruchy wojenne? Powiedzmy, że wystarczyło posłuszeństwo i wiara w autorytety. Ale Japończycy byli ponoć bardzo okrutni, a tego to co nimi kierowało, zupełnie nie potrafię ogarnąć.

Do napisania

P.S. O zniszczonych strojach kąpielowych na yugawarskiej plaży w następnej części wyprawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *