Uratuję ten cholerny świat

Dzisiaj

Ścianę restauracji zdobił fresk z widokiem na Zatokę Aniołów. Błękitne zakole Morza Śródziemnego, przy brzegu spienione, dalej pas białej plaży i metalowa barierka z pionowymi poprzeczkami, odgradzająca kąpielisko od promenady. Dostrzegłam fałsz w tym obrazie. Biała plaża w Nicei w rzeczywistości wcale nie jest piaszczysta. To kamienie, po których należy stąpać ostrożnie. W przeciwnym razie można pokaleczyć stopy.
Przy okrągłym stole zasiedli sponsorzy ośrodka. Facet ze zwichrzoną rzadką czupryną przypominającą owłosienie łonowe, pomarszczoną twarzą i pożółkłą cerą wpatrywał się we mnie z podziwem.
– Naprawdę sądzisz, że uda ci się uratować świat? – zapytał.
– Jestem bardzo blisko. Na początek każę wystrzelać wszystkich stręczycieli tego świata, potem mężów sadystów, a na koniec gwałcicieli… – urwałam i obdarzyłam mojego rozmówcę szerokim uśmiechem. – Potrzebuję współpracowników. I przydałoby się kilkaset miliardów euro.
Facet zaśmiał się w odpowiedzi, po czym wstał, obszedł stół i wręczył mi dowód przelewu na konto ośrodka.
– To na początek. Proszę – powiedział. Przyjęłam kartkę, spojrzałam na mnie i wolną ręką objęłam go za ramię, a na koniec cmoknęłam w oba policzki. Chwilę później nasz nowy sponsor i większość towarzystwa podziękowała za wieczór i,  wymawiając się późną porą, opuściła restaurację.
Zostało nas czworo. D’Artagnan i trzy muszkieterki.
Przywołałam kelnera i zamówiłam kolejną butelkę wina.
Justyna, zadbana pięćdziesiątka, odstrzelona jakby właśnie zeszła z wybiegu, zawsze chętna do zabawy, uśmiechnęła się na znak, że to genialny pomysł. Następnie zwróciła się do Helen, dużej Amerykanki w obszernych ciuchach od Sarah Pacini, „które można nosić na milion sposobów”.
– Kiedy się wyprowadzacie?
Odwróciłam głowę, w gruncie rzeczy wcale nie chciałam usłyszeć odpowiedzi. Helen wraz z mężem kupiła dom w Monte Carlo. Już prawie wszyscy wynieśli się do podatkowego raju. Bałam się, że wkrótce zostanę sama.
– Dzieci dorosły, poszły na swoje, chcemy zacząć nowe życie – świergotała podniecona Helen, która miała w zwyczaju tłumaczyć się z każdej decyzji.
Nowe życie, niech to cholera!
– Następny wieczór partnerów dopiero w maju – Justyna myślała na głos, notując daty w telefonicznym kalendarzu. – Na początku kwietnia mam wszystko pobukowane, a w drugiej połowie lecimy na turniej tenisa do Kuala Lumpur…
Spojrzałam na Justynę. Czyżby moje obawy miały się spełnić? Czy już wkrótce zostanę tu sama?
Kelner napełnił lampki. Sięgnęłam po kieliszek i wychyliłam do dna. Zanim odstawił butelkę, pokazałam gestem, że mój jest już jest pusty. Nalał, a ja wypiłam.
– My też lecimy na ten turniej! A gdzie się zatrzymacie? – Podniecona Helen piszczała z zachwytu.
– Jack Bernard załatwił bilety i zaprosił nas do siebie – Justyna mówiła głośno  i wyraźnie, żeby każdy w restauracji usłyszał, jak bliskie relacje łączą ją z miliarderem.
– O, to zrobimy imprezę! – Helen wybuchła perlistym śmiechem. – A ty, co robisz na Wielkanoc? – zwróciła się do mnie.
– Lecę na Dominikanę, do Punta Kano – skłamałam. Mijanie się z prawdą przychodziło mi ostatnio z taką łatwością, że i tym razem nie wzbudziłam niczyich podejrzeń.
Odwróciłam głowę. Po prawej stronie siedział Arnould, nasz D’Artagnan, hojny sponsor oddany sprawie ośrodka. Chudy i długi jak tyczka, świński blondyn w okularkach w złotych metalowych oprawkach, ubrany w błękitną koszulę, z ciemnymi plamami pod pachami. Producent rozruszników serca. Cholera, dlaczego nie wpadłam na to wcześniej?
Mogłabym podarować jeden mężowi, pomyślałam, choć wcale nie było mi do śmiechu.
Moja lampka znów była pełna. Wychyliłam.
To był pomysł Justyny, żeby wyswatać mnie z Arnouldem. Stary kawaler, pracoholik, miewał kochanki, ale nigdy nie wszedł w stały związek. Teraz znowu był wolny. Znałam go od piętnastu lat, ale unikałam spotkań, o ile nie były konieczne. Od dawna był we mnie zakochany. W mojej obecności pocił się jak nastolatek. Tym razem było podobnie. Z każdą minutą smród testosteronu się nasilał. Jeszcze moment, a…
– Szepraszam na chwilę – wybełkotałam i podniosłam się od stołu. Justyna obrzuciła mnie srogim spojrzeniem. „Nie powinnaś tyle pić”, mówiły jej oczy. Poczułam, że ledwo trzymam się na nogach. Wymacałam na oparciu krzesła pasek torebki i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę tarasu. Cholera, nie powinnam tyle żłopać w towarzystwie.
– Wychodzisz? – zaniepokojony głos Arnoulda dobiegł mnie zza pleców.
– Ize zapaliś. – Przyspieszyłam kroku, żeby uniknąć zygzakowania.
Taras przed restauracją był opustoszały, nawet jednego palacza do towarzystwa w marcowy wieczór. To lepiej, pomyślałam i przypaliłam papierosa. Odeszłam na bok i spojrzałam na pobliskie wzgórze, a na nim oświetlone wille.
Policzyłam kolejno od prawej na skraju i doliczyłam się tej, której szukałam. W oknach nie paliły się światła, dlatego niewiele brakowało, a przegapiłabym dom, który razem kupiliśmy i urządziliśmy. Największy w okolicy. „Bo miłość czyni cuda” powtarzaliśmy, ale do czasu.

Dużo wcześniej

Po powrocie do domu odkorkowałam butelkę wyśmienitego Primitivo di Manduria, żeby zdążyło się przewietrzyć. Chciałam poczekać na Jacka, ale musiałam się rozluźnić. Miałam okropny dzień. Od rana pracowałam w ośrodku. Tym razem odwiedzili nas przedstawiciele władz miejskich. Ośrodek dla maltretowanych kobiet się rozrastał, a sąsiedzi bali się żyć „obok patologii”. Zorganizowaliśmy imprezę w plenerze, żeby pokazać, że wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi. Od rana targałam gary z zupą, częstowałam ciastami upieczonymi przez nasze pensjonariuszki. Wdawałam się w rozmowy ze sponsorami, radnymi i poklepywałam po ramionach nasze podopieczne. Kilka kobiet znałam już całkiem dobrze, potrzebowały czasu, żeby dojść do siebie. Uciekły od znęcających się nad nimi mężów. Przeważnie ćpunki i alkoholiczki doprowadzone na skraj rozpaczy. Tęskniące za dziećmi, nad którymi opiekę przejęli ich mężowie. Często bardzo majętni. Sprawiedliwość zawsze będzie po stronie bogaczy, mówiły. Czasem im zazdrościłam. Zastanawiałam się, czy znalazłabym w sobie tyle odwagi, żeby odejść. Od dostatku i względnej stabilizacji. Podziwiałam je. Teraz były wolne, choć wciąż wymagały opieki. Potrzebowaliśmy pieniędzy na leki i psychologów. Skąd zdobyć nowych sponsorów? Jak wycisnąć więcej z obecnych? Na przemian układałam scenariusze i użalałam się nad losem tych biednych kobiet.
W południe zadzwonił jeden z naszych partnerów. Zaprosił mnie do lokalu, na drugim końcu miasta, żeby przy butelce Moeta i porcji homarów poinformować, że rezygnuje, że nie ma środków ani czasu na pomoc. Tere fere. Wiedziałam, że on też kupił dom w Monte Carlo, żeby uciec przed podatkami. Ale nie mogłam tego wykorzystać, może kiedyś jeszcze uda się go namówić na sponsoring.
Zasłużyłam na chwilę wytchnienia. Wychyliłam lampkę jednym haustem. Znowu napełniłam. Usłyszałam pukanie. Wypiłam i poszłam otworzyć. Jack stał w przeszklonych drzwiach tarasu i chyba przyglądał mi się od dłuższej chwili. Zresztą od wielu lat zdarzało mi się wyczuwać czyjąś obecność w ogrodzie. Czasem napawało mnie to lękiem, kiedy indziej łechtało moją próżność. Już w progu ujął w swoje wielkie, szorstkie dłonie moją twarz i przywarł ustami do ust. Nie mogliśmy się sobą nasycić. Porwałam ze stołu butelkę, kieliszki. Poszliśmy do sypialni. Jego dotyk był czuły i delikatny, ale sposób, w jaki się do mnie zwracał, wulgarny. Podniecał mnie ten wybuchowy koktajl. Silny mężczyzna, szatyn z ostrzyżonymi na jeża sztywnymi włosami, trochę za gruby, ale mój!
Przez tydzień mieliśmy do dyspozycji mój dom. Moglibyśmy spotykać się w hotelu, ale wstydziłam się pokazywać w towarzystwie wiecznie pijanego Jacka. Mogłabym natknąć się na kogoś znajomego i byłby niezły skandal. Czekałam na niego codziennie. Zawsze przychodził. Przeważnie się spóźniał, co jeszcze bardziej działało na moje zmysły. Byłam przekonana, że stoi w cieniu mojego ogrodu i się przygląda. Wtedy zdejmowałam z siebie ubrania i w samej bieliźnie przechadzałam się po salonie. Stukot złotych szpilek odbijał się od marmurowej podłogi. Starałam się nie nadepnąć na gruby dywan, żeby nie zahaczyć obcasem i nie wyrżnąć jak długa. To by dopiero był popis! Scenę zatytułowałabym „Dziewczyna na perskim dywanie”. Obrzuciłam wzrokiem wypasione antyki, którymi umeblowałam salon i przez myśl przeszedł mi pomysł, że gdybym sprzedała meble, mogłabym uratować kilka ludzkich istnień. Ale wizja prysła. Znów poczułam czyjąś obecność za szybą wychodzącą na ogród. Podeszłam do kominka i upiłam z kieliszka kilka kropli wina. Spojrzałam w lustro i uśmiechnęłam się do własnego odbicia. Czarne długie włosy spływały na sterczące piersi, sięgając szerokich bioder i długie nogi zakończone obcasami szpilek. Delikatnie dotknęłam swojego dekoltu, pieściłam dłońmi piersi… I wtedy on pojawia się w szklanych drzwiach tarasu, a ja wpuściłam go do środka.
Aż któregoś dnia wszystko się skończyło.
Byłam jeszcze bardziej naga i pijana, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero po wszystkim. W chwili, gdy zatrzęsła się pode mną ziemia, nie czułam nic. Przez tych cholernych parę sekund, które odmieniły moje życie nie poczułam absolutnie-kurwa-nic!

Dużo wcześniej

Od trzech lat układało nam się fatalnie. Ale nie poddawałam się. Po dwudziestu pięciu latach małżeństwa wciąż byłam w nim zakochana. Kupowałam ostrygi, robiłam masaże, namówiłam go na wspólne wizyty w poradni rodzinnej i nic. Tamtego wieczoru założyłam biały peniuarek i, wystrojona w szpile, przechadzałam się po salonie, włączyłam nastrojową muzykę, choć nie ośmieliłam się wyłączyć telewizora. Mógłby się wściec.
– A wiesz, jak miałam sześć lat – zaczęłam – rodzice przenieśli część książek do mojego pokoju. Albumy z reprodukcjami… Caravaggio… Kossak… Witkacy… a, i encyklopedie PWN. W weekendy wstawałam o szóstej i oglądałam sobie te obrazy, a potem „googlowałam” w encyklopedii hasła typu „sodomia”, „orgazm”, „orgia”, „kamasutra”. Pamiętam, że potem byłam straszliwie głodna – zakończyłam i spojrzałam mu w twarz.
– Eh, też czasem dopada mnie tęsknota… – westchnął i uśmiechnął się.
Znów się do mnie uśmiechnął!
Usiadałam obok, wtuliłam się w jego ramię i podałam mu lampkę wina.
Tym razem dotknęłam delikatnie jego szyi. Nie protestował, więc przełożyłam nogę przez silne uda i usiadłam mu na kolanach. Miejsca między nim a stolikiem do kawy było tak mało, że zahaczając o mebel, omal nie skręciłam sobie nogi w kostce. Pochyliłam się i zaczęłam całować go w szyję. Wyznałam, że za nim szaleję, że od dawna czekałam na tę chwilę. Zadrżał, poczułam, że rośnie. Całowałam mocniej, dotykałam jego ramion. Kochałam go nad życie! I nagle czar prysł. Odsunął się ode mnie jak od trędowatej.
– Przestań, jestem zmęczony – powiedział i odruchowo cmoknął mnie w policzek, po czym nad moim ramieniem spojrzał w ekran telewizora.
Mogłabym zapytać „dlaczego już mnie nie chce? Czy ma inną?”, ale drążyłam to tyle razy, że nie miałam siły. Zresztą nigdy nie udzielił mi odpowiedzi! Przenigdy! Mówił tylko to, co chciał. Resztę zbywał milczeniem.
– Boże, to co ja mogę jeszcze, kurwa, zrobić? – zapytałam. – Kocham cię! Chcę cię znowu poczuć. – Spojrzałam w jego twarz i dostrzegłam politowanie.
– Jesteś jedyną osobą, która potrafi wymienić Boga i kurwę w jednym zdaniu – powiedział obojętnym tonem.
Zerwałam się z jego kolan. Tym razem noga wykręciła się, ale zignorowałam ból. Wciąż siedział na kanapie, gapiąc się w telewizor. Stanęłam obok, łzy cisnęły mi się do oczu, ale przygryzłam wargę. Wychyliłam kieliszek wina. Do dna. Rozpięłam buty i cisnęłam w najdalszy kąt pokoju. Pobiegłam do kuchni, wyjęłam butelkę z lodówki, odkorkowałam i ponownie napełniłam lampkę. Potem następną. Dopiero po opróżnieniu butelki przestałam się zamartwiać. Byłam zbyt pijana.

Niewiele później

W rocznicę moich czterdziestych szóstych urodzin na stole w kuchni znalazłam prezent od męża z dołączonym liścikiem. Otworzyłam kopertę i wyjęłam kartkę: „Sto lat, Kochanie! Bartek”. Przewróciłam na drugą stronę, ale była czysta. Nie zajrzałam nawet do pudełka z logo Cartiera. W środku znajdował się pewnie kolejny naszyjnik. Na sekretarce migała lampka, odtworzyłam nagranie z wiadomością.
– „Wyleciałem do Pekinu. Wrócę, kiedy wrócę” – usłyszałam głos męża. Nie chciało mu się nawet zadzwonić do mnie na komórkę! Tchórz!
Poleciał do Pekinu. Nie wiedziałam na jak długo. Nigdy mi tego nie mówił. Ale zważywszy na odległość, spodziewałam się go nie szybciej niż za tydzień. Otworzyłam butelkę Primitivo i zadzwoniłam do Jacka, właściciela kilku restauracji. Dawał nam zniżki na kolacje ze sponsorami ośrodka. Adorował mnie w ten swój grubiański sposób. Przy nim nie musiałam niczego udawać. Przyjechał kwadrans później. Zdarł ze mnie ubranie. Kochaliśmy się na miękkim dywanie obok kominka. W kryształowym lustrze odbijały się nasze spocone ciała. Wyszedł przed północą. W samotności wypiłam drugą butelkę. Obudziłam się o piątej rano, połknęłam trzy aspiryny, ale ból głowy i tak nie pozwolił mi zasnąć. Gdy nastał świt, zwlekłam się z łóżka. Przez pół godziny tuszowałam worki pod oczami. Z czasem nabrałam większej wprawy.

Dzisiaj

Wróciłam do restauracji. Przytępiłam węch smrodem papierocha, więc nie czułam odoru przepoconego Arnoulda. Przez resztę wieczoru opowiadał pierdoły. O tym, jak zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia. Jak nie mógł się skupić na grze w tenisa, gdy pojawiałam się na sąsiednim korcie w krótkiej spódniczce. Jak bardzo mnie pożądał. Mówił, że wciąż o mnie myśli. Czasem podchodził pod mój dom, żeby na mnie popatrzeć.
Po plecach przeszedł mnie dreszcz! Czy to możliwe, że to on, a nie Jack stał w cieniu ogrodu? Upiłam łyk wina, żeby zagłuszyć gonitwę myśli. Arnould musnął dłonią moje udo. Odsunęłam się. Ale nie na tyle daleko, żeby nie mógł dotknąć butem mojego buta. Gdyby nie krytyczne spojrzenie Justyny, zrewanżowałabym się ciosem w żebra, doprawiła celnym kopem w piszczel, uciekła jak najdalej i nigdy nie wróciła. Zostałam. Bez wpływów Arnoulda ośrodek mógłby zbankrutować. Na koniec wieczoru oddalił się do baru, jak się później okazało, aby zapłacić dyskretnie za moją kolację. W ten sposób za około sto marnych jednostek płatniczych zostałam zmuszona do dalszego towarzystwa samca, który zaoferował mi podwózkę do domu. Mogłabym wymówić się spacerem plażą, ale po kilku lampkach wina przemarsz po kamieniach przerażał mnie bardziej niż Arnould.

Znacznie później

– Teraz się nie ruszaj, maleńka – Jack wyszeptał mi do ucha, a ja poczułam jak moje ciało oblewa gęsia skórka. Skończyliśmy równocześnie, krzycząc wniebogłosy. Wstałam z pościeli. Nalałam nam po lampce wina. Wychyliliśmy do dna. Sięgnęłam po butelkę, ale była pusta. Zeszłam do piwnicy po następną.
Odkorkowałam w kuchni i wróciłam do sypialni. Wystarczyło, że Jack spojrzał na mnie i znów był gotowy.
Weszłam na niego. Powtarzał te swoje wulgarne zaklęcia, a ja delikatnie poruszałam biodrami. Czułam, że znów zbliża się spełnienie. Było blisko…
Na łóżko padła smuga światła, ktoś otworzył drzwi i stanął w progu. Dokładnie wtedy szczytowałam. Jack też. Dopiero po chwili oprzytomniałam, spojrzałam na sylwetkę mężczyzny stojącego w drzwiach. Zerwałam się z łóżka, po wnętrzach ud spływała sperma kochanka, rozejrzałam się za jakimś okryciem i, gdy sięgałam po prześcieradło, strąciłam ze stolika butelkę. Roztrzaskała się z hukiem, oblewając mnie winem. Mój mąż stał w drzwiach, sparaliżowany, nie wierząc w to, co zobaczył. Wreszcie dobiegły mnie jego kroki na schodach i trzask zamykanych drzwi. Wrócił wcześniej albo kompletnie popieprzyło mi się w głowie!
– Nie przejmuj się, maleńka. Zaopiekuję się tobą, razem uratujemy świat – powiedział Jack.
Opadłam na łóżko.
– Spierdalaj! – Usłyszałam własny głos. Schrypnięty, pozbawiony emocji, głos pijaczki, która osiągnęła dno. Rów Mariański upokorzenia. Zostałam zdekonspirowana. W gruncie rzeczy wcale nie chodziło o kochanka. Spojrzałam w lustro na toaletce i po raz pierwszy dotarło do mnie, że już dawno temu dokonałam wyboru. Sięgnęłam po kolejną lampkę.

Dzisiaj

Arnould zatrzymał samochód przed kamienicą. Uśmiechnął się do mnie i wyciągnął dłoń po moją, po czym obdarzył ją dworskim pocałunkiem. Patrzyłam w dal. Miałam to wszystko w dupie. Musiałam się napić. Wróciłam do mieszkania. Pomyślałam o zabiegach Justyny, która tak wytrwale szukała dla mnie dobrej partii i zaśmiałam się w głos. Weszłam do kuchni i odkręciłam wino. Wyjęłam z szafki pod zlewem pustą butelkę po Primitivo. Włożyłam lejek w szyjkę i przelałam sikacza. Spojrzałam na etykietkę i znów poczułam się jak za dobrych czasów w mojej willi na wzgórzu. Zakręciłam się na pięcie, żeby sięgnąć po kieliszek i straciłam równowagę. Wyrżnęłam plecami o podłogę ciasnej kuchni. Mogłam się zabić uderzając głową o szafkę lub stolik. Ale nie, jeszcze nie nadszedł mój dzień.
Gdy pierwszy szok minął, usiadłam i rozejrzałam się. W szparze między popękanymi kafelkami, tkwił obcas ostatnich wyjściowych szpilek. Uwolniłam stopy z seksownych rzemyków. Próbowałam wyrwać obcas spomiędzy płytek, ale utknął na dobre. Dałam sobie spokój. Wstałam chwiejnie, otworzyłam okno i cisnęłam butami. Spadły na środek ulicy. W szybie okiennej ujrzałam swoje odbicie. Opuchniętą twarz i worki pod oczami. Zachciało mi się wyć. Wprost z butelki upiłam spory łyk wina i złość przeszła. Przestało mnie obchodzić, co stanie się potem. Istniało tylko tu i teraz. Ja i mój włoski kochanek – Primitivo di Manduria.
– Justyno, chśiałabym si przedstawiś narzeczoneho… razem uratujemy śfiat…

2 myśli nt. „Uratuję ten cholerny świat”

    1. Ewa,

      Dziękuję!:) A wiesz, ja to opowiadanie napisałam jakoś koło marca tego roku. Dzisiaj przeczytałam je sobie po raz pierwszy od tamtego czasu i mam ochotę je przepisać:( Od czterech lat dopiero piszę, zaczynałam od przypomnienia sobie polskiej składni, stękałam przy każdym zdaniu. To była mordęga. Z czasem nabrałam wprawy, mój warsztat poprawiał się w tempie geometrycznym. Bo piszę codziennie i nie ma przebacz. Tak się zawzięłam:) Dobrze, że zostawiłam to opowiadanie na blogu, bo pewnie bym je skoszowała i o nim zapomniała, a pomysł w sumie dość udany;) Pozdrawiam. Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *