Tydzień lektury u frankofonów. Sama chciałam…

13-11-28-105

W szkole mojej córki ogłosili tydzień lektury. Rodzice zostali poproszeni, aby odczytać dzieciom, którąś ze swoich ulubionych książek z dzieciństwa. W ten sposób zachęcić do codziennej lektury.

Poczułam zew. Moje dziecko chętnie czyta, to my zaraziliśmy ją tą pasją, ale słyszałam, że inne mają z tym problem. Skoro udało nam się z Nati, dlaczego nie spróbować z resztą klasy. Ba, z całym pokoleniem?!

To był dzień, w którym mogłabym przenosić góry. Jak bardzo mój plan był na wyrost, okazało się później.
Problem w tym, że szkoła jest francuskojęzyczna, a ja słabo władam francuskim. W dodatku z moim akcentem, zdaniem mojej córki, zrobiłabym z siebie pośmiewisko. Jakoś nie specjalnie mi to przeszkadza, ale dzieć się przejął i zabronił mi publicznych występów.
Kombinowałam jak w takim razie pomóc, bo fakt, że pomoc jest potrzebna nie budził moich wątpliwości.

Skoro nie wolno mi było czytać, postanowiłyśmy same napisać opowiadanie.

Namawiałyśmy się nad treścią w pewien deszczowy dzień. Tak mokry, że nie chciało mi się nawet posprzątać z tarasu pleśniejącej dekoracji halloweenowej. Nat widocznie zainspirowana tą dekoracją chciała rozcinać brzuch zombi i wyjmować z niego prawdziwe dziecko, a ja bałam się przesadzić z grozą, aby nie narazić dzieci na traumę.

Ostatecznie, po wielu burzliwych dyskusjach, doszłyśmy do złotego środka. Tak powstał szkic po polsku. Potem trzeba to było przełożyć na francuski. To nie jest poezja Miłosza, więc tłumaczenie nie musiało być dosłowne, miało jedynie oddać sens. Ale z moim francuskim to było prawdziwe wyzwanie!

W życiu się tak nie umordowałam z żadną robotą! Kilka bitych godzin spędziłam przy tłumaczeniu. Na koniec, gdy już nic więcej nie byłam w stanie zrobić, a mózg przegrzał mi się tak, że bulgotało, pałeczkę przejęła Nati.

Biegle włada francuskim, ale ma tylko dziewięć lat i taka mozolna praca mogła ja przerosnąć. Ostatecznie stanęła na wysokości zadania, poprawiła masę błędów, choć pracę musiała rozbić na dwie raty po godzinie, bo nie była w stanie dłużej usiedzieć w miejscu. Na koniec nauczycielka wyłapała kolejnych naście byków. Patrzyłam na te poprawki i mój optymizm sprzed kilku dni stygł. Dopiero wieczorem przyszło mi do głowy, że jeszcze trzy lata temu taką ilość błędów sadziłam w moim ojczystym języku. Tłumaczę sobie, że wszystko jest kwestią wprawy i chyba zaczynam w to wierzyć.

We wtorek Natalka odczytała opowiadanie na forum. Nie zostałam zaproszona. Natalka mnie tam nie chciała. Trudno. Byłam ciekawa reakcji widowni, a musiałam zdać się wyłącznie na relacje czytającej Nat. Siedziałam jak na szpilkach ciekawa, co powiedziały dzieci. Nat zbyła mnie informacją, że się spodobało. A jeden z chłopców wyznał, że bardzo się bał.

Dostałam też liścik od nauczycielki. Pogratulowała i zadeklarowała, że w przyszłości chętnie skoryguje nasze kolejne opowiadania.

Tu znajdziesz „Halloween” w wersji polskiej i francuskiej. Jeżeli władasz francuskim daj znać, proszę, jeśli znajdziesz tam jeszcze jakieś błędy.

W wersji polskiej też mogły jakieś zostać. Będę wdzięczna za poprawki.

Do napisania.
Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *