Świąteczne sprzątanie

Padam ze zmęczenia. Przynajmniej jest mi miękko i ciepło. Rozwalony na kanapie z lubością przeciągam się i ziewam. Mocniej zagrzebuję się w koc. Po nieprzespanej nocy promienie słońca rażą oczy. Przez przymrużone powieki świat jawi się w żółto–zielono–niebieskich barwach. Przynajmniej szarość tapicerki działa kojąco. Odwracam głowę, aby uniknąć strumienia ostrego światła i otwieram oczy. Tym razem spoglądam na wolne miejsce na kanapie. Przykro mi. Choć zwykle lubię ciszę, ta dzisiejsza mnie przeraża. Znowu jestem sam. Opuściła mnie!

Powinienem zostać na noc…. Ale nie mogłem się powstrzymać. Wyszedłem. Wieczór przeciągnął się w noc i zanim się zorientowałem, dniało. Uwielbiam noc. Noc jest pełna magii. Gdy zapada zmrok, nie potrafię usiedzieć w domu. Sam jestem sobie winien, przyznaję. Mimo to przykro mi, że się nie pożegnałem… Nigdy mi nie wybaczy! Wyjechała, zanim wróciłem!

Zgłodniałem. Muszę wrzucić coś na ruszt, ale nie chce mi się wstawać. Próbuję nie myśleć o żarciu. Chyba mi się udaje, bo oblewa mnie błogość i zapadam w sen.

Śni mi się nocna łąka. Wokół roztacza się las. Wody w strumyku przybywa. To znak, że wysoko, w górach, pada deszcz. Woda pieni się i z hukiem odbija od kamienistych brzegów. Nie lubię wody, dlatego rzadko zbliżam się do brzegu. Poprzez hałas strumienia wychwytuję dużo ciekawszy dźwięk: szelest liści. Wśród nich czai się zdobycz. Z oddali czuję zapach Mai i Charliego. Nie cierpię Charliego! To brutal. Uwielbiam Maję… Ilekroć ją czuję serce bije mocniej. Dla Mai zrobiłbym wszystko. Zagrałbym dla niej na gitarze, sonecik zaśpiewał, śniadanie do łóżka podał. Traktowałbym jak królową… Byleby tylko na mnie spojrzała. Niedługo do tego dojdzie. Pokażę jej co jestem wart! Budzę się. Głód jest tak dotkliwy, że zwlekam się z kanapy. Włażę po schodach, równocześnie rozciągam zesztywniałe po drzemce kończyny. W kuchni znajduję tylko miskę chipsów.

– Gówniane żarcie! – mówię do siebie. Mój głos brzmi inaczej. Ale nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Dopadam żarełka.

Kosztuję pierwszego czipsa. Zjadam kolejne. Rozsmakowuję się. Nie są najgorsze. Wreszcie pochłaniam całą porcję. Na koniec upewniam się, czy nic nie zostało na dnie miski.

Przysiadam na kuchennym taborecie i gapię się na taras z tej strony domu. Ziemia jest biała. A w powietrzu unoszą się białe płatki. Po bliższym przyjrzeniu się, stwierdzam, że płatki białego wirują w powietrzu. Mrużę oczy. Światło księżyca odbija się, a białe lśni odcieniami srebra. Muszę iść, obwąchać teren, nacieszyć się tym pięknem! Przeciskam się przez wąską szczelinę w drzwiach piwnicy. Plastikowa klapka uderza mnie w głowę. Boli. Chowam łeb między łopatki i pokonuję kolejną śluzę. Czołganie się po piwnicy jest upokarzające, w dodatku znów będę musiał się umyć. Ale piękno mnie przyzywa.
Stąpam delikatnie po czymś, co przypomina miękką pierzynę, jednak, w odróżnieniu od prawdziwej pierzyny, to białe jest zimne. Otrzepuję się. Wracam do domu znów pokonując tę cholerną ciasną śluzę z gibającymi się nade mną niebezpiecznie wahadłowymi drzwiczkami.

W salonie dzwoni telefon. Nienawidzę tego ustrojstwa. Jest głośne, a im dłużej dzwoni, tym staje się bardziej agresywne. Instynktownie chowam się w sypialni, ale hałas narasta i staje się nie do zniesienia. Nie da się przed nim uciec.

Za oknami zapada zmrok. Sąsiedzi wychodzą na taras. Ktoś krzyczy, że widzi pierwszą gwiazdkę. Drzwi tarasu zatrzaskują się i słyszę stąpanie na schodach. Dobiega mnie stukot talerzy. Telefon w salonie znów zaczyna dzwonić. Zagrzebuję się pod kołdrą. We łbie kręci mi się od hałasu. Jakby tego było mało, wyczuwam zapach ryby. Żołądek podchodzi do gardła. Jestem głodny!

Słyszę szczęk przekręcanego w zamku klucza.

Rozpoznaję chód młodej sąsiadki. Często się na nią natykam, gdy w ukryciu pali śmierdzące papierosy przy garażach. Tym razem jest przesiąknięta zapachem ryby. Głód wygrywa ze strachem. Zrywam się z łóżka i na złamanie karku pędzę po schodach. Przysiadam na stopniu. Staram się zachować bezpieczny dystans. Przypatruję się dziewczynie. Już nie mogę się opanować.

Zaczynam krzyczeć, żeby się pospieszyła! Mój głos i tym razem brzmi inaczej.
Po ludzku?!

Młoda sąsiadka w popłochu ustawia talerze. Na jednym są rybie wnętrzności – pycha, myślę. A w misce obok zawartość puszki – obrzydlistwo! – naburmuszam się podekscytowany faktem, że tym razem moja skarga zostanie zrozumiana.

Na dźwięk mojego głosu ona podskakuje. Nie patrzy na mnie. Jakby niepatrzenie mogło zmienić fakt, że ja gadam!
– Ja gadam! Ja gadam… – powtarzam urzeczony.

Tym razem młoda spogląda na mnie.
– Przestań zasmradzać mój teren! – wykrzykuję po ludzku.

Nic nie mówi, tylko wgapia się we mnie wielkimi oczami. Taka wystraszona jest całkiem ładna, stwierdzam i nagle robi mi się jej żal. Aby załagodzić ton wypowiedzi włączam mruczenie. Z mojej piersi wydobywa się głos Nicka Cavea: „Where the wild roses go… No żesz ty! Ale daję! Brakuje tylko głosu Kylie Minogue. „No, podłącz się, maleńka” proszę młodą telepatycznie. Bo paszczowo nie mogę… Kawałek mnie wciąga, melodia porywa… Nie chcę poprzestawać na pierwszej zwrotce. Łzy cieknął mi po policzkach, robi się romantycznie.
Sąsiadka już na mnie nie patrzy, tylko wypada z domu. Gdy zatrzaskuje za sobą drzwi, ostrożnie podchodzę do misek.

– Syfiara! – wrzeszczę za nią. – Nawet misek nie umyła! – Głos mam donośny. Z przyjemnością się go słucha, no i jak zwykle nie mogę się powstrzymać przed narzekaniem.

Mrużę oczy w akcie rezygnacji i dobieram się do posiłku.
Najadam się do syta. Symbolicznie zakopuję resztki żarcia, gładząc podłogę obok miski.

Telefon znów dzwoni. Jeżeli zaraz nie opuszczę tego lokalu, zwariuję. Z drugiej strony…
Eureka! Domyślam się, kto tak wydzwania. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej?

Wskakuję na mebel z telefonem. Po kolei wciskam guziki na konsolce. Telefon nie przestaje dzwonić. Na koniec dostrzegam zielny guzik. Lubię zielony. Dotykam go nosem. Słyszę znajomy głos.

– Ludka, dlaczego nie odbierasz telefonów? – pyta facet, który przynosi do naszego domu zapach innej samicy.
– Pani – zaczynam – Ludka – poprawiam się i odchrząkuję. No nie mogę, głos mam piękny, głęboki, męski… – Ludka – podejmuję – nie chce się z tobą spotykać – wypalam, tym razem nie obchodzi mnie, że mogłem urazić rozmówcę. Co się ze mną dzieje? – Nie dzwoń i nie przychodź – kończę, czując, że wykonałem misję.
– Ale kim pan… kim pan jest? – pyta skołowany.
– Ja ją kocham! – mówię co czuję. – Jeżeli nie posłuchasz, powiem twojej samicy – grożę.

Chciałbym jeszcze coś dorzucić, ale tu powinienem zakończyć. Zapada cisza. Tamta samica woła mojego rozmówcę, a on rozłącza się bez pożegnania. Mam nadzieję, że przemowa odniosła skutek i facet nigdy do nas nie przyjdzie.

Powinienem jeszcze zadzwonić do matki Ludki i wybić jej z głowy poranne telefony i wieczne pretensje, o to że Ludka tak rzadko ją odwiedza. Cholerna despotka! Powinienem też objechać siostrę Ludki, że wyłudza od niej pieniądze i obarcza ją swoimi problemami. Powinienem, ale nie wiem jak się dzwoni. Ludka potrzebuje opiekuna. Jest taka naiwna. W sumie i tak nie jest najgorzej, mamy załatwiony problem samca i palącej sąsiadki. Ludka nie odważyłaby się naskarżyć na nią starym.

Przeciągam się i pokonując labirynt śluz. Wychodzę na dwór. Ostrożnie stąpam bo białej zimnej pierzynie. Zrywa się wiatr, więc przezornie wdrapuję się na drzewo. Stąd mam niezły widok. Jak na noc jest zadziwiająco jasno… Siedzę na gałęzi i nucę „Dance me to the end of love” Leonarda Cohena, a dalej to już samo leci: odśpiewuję kawałki z albumu „The greatest hits”. Zaczynam od „Suzanne” potem „Sisters of Mercy” i kończę nostalgicznym „Take This Longing”. Po pliczkach znów płynął mi łzy, myślę o Mai, wyobrażam sobie wspólne nocne spacery, ocieranie się, dotykanie się nosami. Ech, życie…

Sąsiedzi mijają moją gałąź w drodze na pasterkę. Rozglądają się w poszukiwaniu źródła muzyki, ale mnie nie dostrzegają. A szkoda!

Robi mi się zimno, więc złażę z drzewa i obchodzę teren. Natykam się na Maję. Jest sama! O większym szczęściu nie śmiałem marzyć. Tym razem włącza mi się „Love me tender”. Daję! Mój nowy talent rozkwita z każdą godziną… Teraz lecę jak Presley. Ech, robi się romantycznie… Gorąco… Maja patrzy na mnie szeroko otwartymi zielonymi ślipiami, w których odbija się światło księżyca. Jej rude futro grubieje i lśni przyozdobione płatkami białego. Królowa mojego serca porusza końcem ogona. Z gracją wstaje i ugina nogi w kolanach. Jest podniecona! Mruży oczy na znak przyjaźni. Ciągnę nutę. Zwalniam kroku. Buduję napięcie. A ona doczekać się nie może, widzę to w jej gestach. Już dwa razy pokazałem światu, kto tu rządzi, Maja wyczuła moją moc. Charlie mówi, że laski to lubią.

Jestem blisko… coraz bliżej. Tymczasem czuję, jak burzy mi się w żołądku. To efekt gównianej diety i brudnych misek. W brzuchu jeździ niemiłosiernie. Od Mai dzieli mnie kilka kroków. Jej zapach nęci… Zatrzymuję się. Może skurcz minie? Nie mija. Muszę poszukać ustronnego miejsca.
Umykam w rabatkę przy kuchni. Tam ziemia nigdy nie zamarza, bo rurę z ciepłym zakopano dość płytko. Łatwo kopać w ziemi. Smród jest przerażający, a brzuch boli coraz bardziej. Nic mnie już nie obchodzi. Niech to tylko ze mnie wyleci!

Kończę, jestem wycieńczony. Z podkulonym ogonem wracam do domu. Kładę się na kanapie. Ale nie mogę usnąć. Wciąż biegam do toalety. Jest już tak brudna, że nie da się tam przykucnąć. Muszę wykombinować nowe miejsce. Odnajduję dyskretny zaułek w kącie salonu, tuż za donicami z kwiatami.
W końcu przychodzi ulga. Myję się i usypiam. Budzi mnie dzwonek telefonu. Wskakuję na mebel i odbieram. Słyszę głos matki Ludki! Mam w głowie gotową tyradę. Zaczynam, ale z mojej krtani dochodzi tylko słabe miauknięcie. Próbuję ponownie.
– Miau…

Straciłem dar!
Zeskakuję z mebla i wskakuję na kanapę. Zagrzebuję się w koc. Trzęsie się we mnie z nerwów. Mam podwójnie przesrane!

Ktoś otwiera drzwi wejściowe. No pięknie, przez całą noc nie były zamknięte na klucz. Nieważne. Straciłem dar! Jestem rozbity… rozżalony… no co tu dużo gadać: ogarnia mnie wściekłość na cały świat. Muszę coś zrobić, aby dar wrócił! Tylko co? Trzęsie mną. Marznę. Koc nie pomaga ukoić bólu ani rozgrzać kończyn. Jedyne co ma teraz znaczenie, to żarcie!

Tym razem wchodzą dwie osoby, stara sąsiadka ze starym sąsiadem. W jego dłoni pobłyskuje długie ostrze noża. Facet otwiera drzwi, zapala światło i wskakuje do łazienki z wystawioną przed siebie kosą. Chce mi się śmiać z tego pajaca. Zwłaszcza gdy wykrzykuje to swoje:
– Jest tu kto? Jest tu kto?

Dobrze, że nikogo „tu” nie ma. Ten pozbawiony instynktu samiec nie przeżyłby dnia na wolności. Podczas gdy sąsiad, potykając się o dywany i schody, dopada kolejnych drzwi, jego samica sprząta toaletę. Wkrótce dolatuje stamtąd aromat środków czystości. Wolałbym niuchać czystą pościel, ale i tak nie jest najgorzej.

Niestety sąsiadka nie odkryła dyskretnego wychodka za donicami i smród miesza się z zapachem sosny. „Gówno w lesie”, przychodzi mi do głowy powiedzonko matki Ludki. Wygląda na to, że sąsiadka też nie miałaby szans na przeżycie. Zresztą gdyby posiadała zmysł węchu, widziałaby, że jej córka cuchnie petami. Cała ta trójka na wolności byłaby skazana na zagładę. Nie wiem jak im pomóc, ale nie mogę ich tak zostawić.

Sąsiadka kończy porządki i idzie do kuchni. Otwiera puszkę i przekłada jej zawartość do miski. Podrywam się, ale zastygam w bezruchu. Szok odebrał mi apetyt. Co się stało z moim głosem?! Chce mi się wyć. Na dodatek zapach kociego żarcia kojarzy mi się wyłącznie z chorobą. Zostaję w mojej norze. Zagrzebuję się w koc i przeżywam bolesną stratę.

Usypiam. Sen leczy rany… Budzi mnie głos mojej Ludki. Podrywam się. Siadam na obolałym tyłku i zaczynam narzekać. Nie słucha mnie. Zapala światło, otwiera okna na przestrzał i zabiera się za sprzątanie. Znowu jest w rui. W takich chwilach moje starania, aby zwrócić na siebie uwagę, zwykle spełzają na niczym. Poddaję się. Przez otwarte drzwi czmycham do ogrodu. Nie jest dobrze, zapowiada się kolejny samotny wieczór, ale przynajmniej nie muszę się wyczołgiwać przez klapki w drzwiach brudnej piwnicy.

Włażę pod zadaszenie przy garażach i z góry patrzę na dom. Ludka uwinęła się ze sprzątaniem i odgrzewa kolację. Usypiam. Budzi mnie wołanie Ludki. Podrywam się i pędem biegnę do domu.
– Kocik, jeść?
– Miau! – odpowiadam.

Dostaję miskę czerwonego mięsa ociekającego krwią.
– Nie zadzwonił, wiesz? – informuje patrząc mi w oczy. – Mam przesrane – mówi Ludka przez łzy. „No, to jest nas dwoje”, myślę.
– Zobaczysz, wkrótce spotkasz romantycznego samca, a matka i siostra pozwolą ci żyć własnym życiem – pocieszam.

Mruga do mnie przyjaźnie. Zrozumiała?! Odwdzięczam się mrugnięciem i dopadam do żarełka.

6 myśli nt. „Świąteczne sprzątanie”

  1. Ja właśnie skończyłam czytać „Alicję w Krainie Czarów” na kurs i tak mi przyszedł do głowy Kot z Cheshire 🙂

  2. Kasiu,

    Dziękuję, bardzo pochlebne porównanie:D:D:D

    Uwielbiam Alicję z Krainy Czarów, ktoś dawno temu powiedział mi, że Alicja to ja. Typowa zodiakalna panna. Nawet gdy „spada”, bardziej interesują ją elementy dekoracyjnymi „studni” niż siła ciążenia;D
    Tamten kot wyleciał mi z głowy, ale teraz pojmuję, że one wszystkie są bardzo do siebie podobne:D
    Buziaki.
    Kasia

    PS. Machnęłam dzisiaj pierwszych 510 słów nowej powieści. Prawdziwych, w sensie to już nie jest rozkładówka ani plan. Późno zaczęłam, mam nadzieję, że jutro będzie więcej. I znów poczułam tę lekkość i mam cel w życiu!:D:D:D
    Trzymaj kciuki. Proszę!:D
    PPS. Blog się jeszcze czasem zawiesza,przepraszam za opóźnienia.

  3. To bardzo miły komplement. Ja raczej odnoszę go do Twojej wyobraźni. No chyba że komplementujący pił do tego, ile pochłaniasz grzybków halucynogennych 🙂

    Czy temat powieści jest taki, jak planowałaś? Już się nie mogę doczekać finału 🙂

  4. Haahahhahah nie rób tego! znaczy grzybki i inne wspomagacze dopiero po robocie!;D

    Nie wiem jak to wyjdzie, bo tego nigdy nie umiem przewidzieć, ale postaram się trzymać tematu. No, chyba że mnie poniesie;D Z rana dopisałam jeszcze ok 700 słów. Czyta się to wszystko w dwie minuty, a ja poświęciłam temu 1.5h! Niech to, jakie to niesprawiedliwe!;D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *