Słowowowstręt

To z grubsza spotkało mnie wczoraj wieczorem po wypoceniu 8.8 stron tekstu. Dziesięć minut od postawienia ostatniej kropki spędziłam na bezpłodnych rozmyślaniach, jak zmusić się do wyrzucenia z siebie jeszcze 1.2 strony. Wreszcie się poddałam.

Mimo że nie zrealizowałam planu w stu procentach, wstając od komputera czułam radość.

Scena jest mocna w dodatku to prawie gotowiec.

A luźne myśli wyrzucone z głowy na koniec, stały się zarzewiem sequelu, który właśnie skończyłam dopracowywać.

Dzisiejszy bilans prezentuje się niestety tragicznie: półtora strony. Biję się w pierś.

Tak czy inaczej, praca nad seryjnym fotografem, powoli ale jednak, posuwa się do przodu. Grunt to usiąść do komputera i zmusić się do napisania pierwszych kilku zdań, potem jest już z górki.

Moja niemoc twórcza jest usprawiedliwiona. Mam zakwasy tak straszne, że najpierw nie mogę usiąść, tkwienie w miejscu sprawia mi ból, a wstanie z krzesła, bez podparcia się o stół jest zadaniem niewykonalnym.

Stałam się entuzjastką Kettlebell’a. Fachowcy twierdzą, że poprawia muskulaturę. Uwierzyłam im. Zresztą gdybyś zobaczył filmiki instruktażowe na YouTube i tych umięśnionych instruktorów, też byś w to uwierzył.

Uwaga! Wstaję.

O szlag!

4 myśli nt. „Słowowowstręt”

  1. Czyli jednak pisanie jest ciężkim kawałkiem chleba. Muszę przyznać, że maksimum, jakie udało mi się wycisnąć, to jedynie około 2,5 tyś. słów (nie wiem, ile to Twoich stron). Zazwyczaj piszę około 1 – 1,2 tyś. słów, więcej nie daję rady. Zmęczony umysł odmawia posłuszeństwa.
    Tak czy inaczej, gratuluję samozaparcia. Oby ilość poszła w jakość 🙂

  2. Zodiaku,

    Wciąż jestem na etapie czerpania przyjemności z tego momentu, kiedy siadam i powstaje opowieść.
    A jednak muszę się zgodzić, że pisanie to ciężki kawałek chleba. Zwłaszcza takie pisanie na akord;D
    Co do jakości, różnie z tym bywa. Na świeżaka wychodzi jako tako, potem słowa się plączą i powstają dziwaczne zlepki, do rozprasowania następnego dnia. Zresztą to dopiero pierwszy draft. Myślę, że na tym etapie łatwo narzucić sobie takie przesadne limity. Opowieść jest świeża i chce się ją ciągnąć. Późniejsza obróbka skrawaniem będzie wymagała czasu i maksymalnej koncentracji.
    Co do słów u mnie, statystycznie 1000 słów to 6400 znaków. Standardowe A4 ma 1800 znaków. Dzielę lub mnożę w zależności od tego, którą zmienną biorę pod uwagę;D Potem liczę ile to w procentach. Dla celów analitycznych napisałam sobie kilka algorytmów w excelu;D
    Mój Boże, dopiero teraz jak to napisałam, naszła mnie wątpliwość, czy nie powinnam wziąć paru dni wolnego;D

    Pozdrawiam

  3. Czyli 10 Twoich stron to 18 tyś. znaków. Niezły wyczyn.
    Podobno King napisał „Uciekiniera” w trzy dni, a Masterton „Manitou” w siedem. Dla mnie to coś niemożliwego. Masterton, zapytany o ten fakt, z uśmiechem na ustach odpowiedział, że pisał tylko 4 dni, a 3 kolejne poprawiał. To jest hardkor 🙂

    Pozdrawiam.

    1. Zodiaku,

      To jest hardkor, bez dwóch zdań:D

      Nie tylko to robi na mnie wrażenie. Tak naprawdę ziemia zatrzęsła się pode mną, gdy dowiedziałam się, że Tołstoj pisał Annę Kareninę i na bieżąco publikował w odcinkach w gazecie. Chodzi o to, że to co napisał i puścił w świat, już tam było (gazeta żyje dobę, ale opowieść zostaje w głowie). On nie mógł już niczego cofnąć ani zmienić. Musiał zamknąć wszystkie wątki, co mu się udało. To jest hardkor przez duże H.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *