Skok na kasę

– Wiesz, Józik, ja to bym chętnie do szkoły wróciła… – Rozmarzyła się Janinka i zsunęła z ramion gruby płaszcz.
– Patrzcie ją! – Józik klepnął się w udo i roześmiał się. Miało się wrażenie, że szyby zadrżały w oknach przeszklonego korytarza.
– A co cię tak, kobieto, do tej wiedzy zaczęło ciągnąć?
– Ano ciepło tu… cicho. Czułabym się jak kotka na piecu… Siedziałabym i słuchała profesorów… – Westchnęła.
– Państwo Gackowie? – dobiegł ich głos z końca korytarza. – Czekam na was od godziny! – powiedziała nauczycielka. Józik przyglądał się z podziwem szczupłej blondynce w sukience opinającej jej duży biust, wywijającej uwodzicielsko maleńkim tyłeczkiem, poruszającej się z gracją cyrkowego akrobaty w butach na cienkich obcasach wysokich szpilek.
– Chylę się do nóżek, szanownej pani. – Józik poderwał się z ławki. Oburącz ujął dłoń nauczycielki i złożył pocałunek. Janinka poczuła jak narasta w niej zazdrość.

– Kiedyś ty mnie ostatnio po rękach całował? – poderwała się z ławki i wysyczała w ucho męża.

Zaraz jednak przypomniała sobie o porannych igraszkach i jej twarz rozjaśnił uśmiech.
– Zapraszam do mnie, do sali. – Nauczycielka energicznie ruszyła w kierunku, z którego przyszła. Józik nie mógł oderwać oczu od jej bioder, kiedy kiwała się na obcasach wysokich szpilek.

– Proszę usiąść. Józik rozejrzał się  po klasie. Podszedł do regału, na którym szkliło się od słojów wypełnionych preparatami pływającymi w formalinie. Któryś musiał być nieszczelny, bo podrażnił nos i Józik kichął. Nauczycielka podeszła do niego i podała mu papierową chusteczkę. Przyłożył ją do nosa i poczuł zapach konwalii. Znów kichnął i otarł nos dłonią, chusteczkę z nabożnym szacunkiem wsunął do kieszeni spodni.
– No, proszę usiąść, państwo Gackowie, bo zaraz zastanie nas tu północ.
Józik podszedł do krzesła wskazanego przez nauczycielkę i ciężko klapnął.
– Czy coś się stało? Po co to wezwanie, szanowna pani? – zapytał przybierając minę troskliwego ojca.
– Ależ nie, nic się nie stało, wręcz przeciwnie… – nauczycielka zamyśliła się.
– Już ja tej gadzinie tyłek złoję! – Józik starał się zaimponować nauczycielce.
– Durnyś! – odezwała się Janinka, a Józikowi po plecach przeszły ciarki. Walczył z sobą, żeby nie zdzielić durnej baby przez łeb.
– Pani powie jedno słowo, a gówniara odpokutuje za wszystkie winy…
– Nic się nie stało – zapewniła nauczycielka. Józik wsłuchał się w jej melodyjny głos, wdychał zapach konwalii. W kąciku otwartych ust pojawiła się strużka śliny, otarł ją wierzchem dłoni. Nic nie mógł na to poradzić z otwartą gębą łatwiej mu było pojąć skomplikowane wywody. Janinka znów poczuła zazdrość.

– Wezwałam państwa, bo Katarzyna świetnie rokuje i powinna pomyśleć o studiach. Z taką wiedzą i zdolnościami z łatwością dostanie się na medycynę. Bardzo chciałaby być lekarzem, ale boi się, że studia państwa zrujnują, dlatego nie chce o tym mówić w domu. Jest jeszcze jeden problem…
– Mogłaby być doktorką? – zapytał Józik, wychylił się na krześle i jeszcze szerzej otworzył usta.
– Ona w ogóle w siebie nie wierzy. Porozmawiają z nią państwo?
– Tak, obiecuję – powiedział Józik, ale przez jego głowę przeszła kolejna myśl:
Skąd wziąć pieniądze na wyjazd do miasta?, popadł w zadumę. Przypomniał sobie, że Radkowie, ich najbliżsi sąsiedzi, sprzedali dom na Kasę Zapomogowo-Pożyczkową, a za to, co dostali, postawili nową chałupę. Radek potem chodził po wsi i się przechwalał, że dzieci na studia pośle za resztę. Inni mieli szczęście, tylko nie on. A może by sprzedać własną chałupę na oddział banku? Wtedy problem sam by się rozwiązał.
– O pieniądze proszę się nie  martwić -powiedziała nauczycielka,odgadując myśli Józika. – Rząd pomaga szczególnie uzdolnionym dzieciom. Chciałbym umówić państwa na spotkanie z naszą pedagog szkolną. Niedawno skończyła studia… jest bardzo przebojowa. Już podjęła kroki, żeby wystarać się o stypendium dla waszej córki…
Jednak do Józika słowa nauczycielki już nie docierały. Wdychał zapach konwalii, a w jego głowie powstawał plan, jak zdobyć potrzebne pieniądze.
– Dobrze, to jesteśmy umówieni – powiedziała nauczycielka. Usłyszał jeszcze Janinkę jak swoim piskliwym głosem błogosławiła nauczycielkę i dziękowała za miłe słowa.
Nie wiedział nawet, jak i kiedy dotarli do domu.
Usiadł przy stole i czekał na zupę, którą Janinka odgrzewała na piecu.
– Józik, a słyszałeś co mówiła nauczycielka? – zapytała Janinka. – Musimy zmotywować Kaśkę, żeby nabrała pewności siebie.
No tak, umknęło mu najważniejsze! Jeżeli Kaśka nie będzie chciała iść na studia, nie będzie musiał kombinować jak zdobyć pieniądze. Może tak to zostawić? Kaśka skończy liceum, a potem Janinka załatwi jej pracę w sortowni jabłek. Janinka miała dobrą opinię na zakładzie, na pewno przyjęliby też Kaśkę… A jednak obiecał nauczycielce, że porozmawia z córką. We wsi nazywali go w prawdzie pijakiem i mówili, że ma ciężką rękę, ale z jednego był znany: Nigdy nie złamał danego słowa. Wstał z krzesła i poszedł do pokoju Kaśki. Otworzył drzwi, zaskrzypiały, ale córka miała kamienny sen. Podszedł do niej i zaczął szarpać, aż w końcu przebudziła się i usiadła na łóżku. W tym czasie Józik układał nowy scenariusz, musiał przekonać córkę, żeby była pewna siebie. Nauczycielce się to nie udało, tamta pedagog, chyba też nie była najmądrzejsza, mimo że tak wychwalała ją nauczycielka. Żadna z nich nic nie wskórała. Ale on był ojcem. Wiedział jak rozmówić się z własnym dzieckiem.
– Kaśka – zaczął, gdy zorientował się, że córka w miarę oprzytomniała.
– Tak, tatku, czy coś się stało? – zapytała zaspanym głosem.
Chwilę jeszcze zastanawiał się od czego zacząć tę poważną rozmowę. Musiał przemówić córce do rozsądku.
– Masz iść na studia i nabrać pewności siebie. – Skończył z poczuciem ulgi.
– Tatku, czy to nie mogło poczekać do jutra?
– Obiecałem nauczycielce, że cię przekonam, a ja dotrzymuję słowa! – wykrzyknął zniecierpliwiony przedłużającą się dyskusją i wyszedł, bo poczuł ssanie w żołądku.
– Obudziłeś ją? Przecież o czwartej musi wstać do krów, potem ma szkołę… Eh, ty głupi! – powiedziała Janinka, gdy wszedł do kuchni. Postawiła przed nim talerz z kartoflanką. Gdyby był w lepszym humorze za taką uwagę zdzieliłby babę przez łeb, ale ważniejsze problemy pochłaniały jego umysł, więc ręce przestały świerzbić do bitki.
– Janinka, musimy zrobić skok – powiedział i odsunął od siebie w połowie pełen talerz, od tego planowania zupełnie stracił apetyt.
– Józik, czyś ty zgłupiał do końca? – Poderwała się z zydla przy piecu. Na jej twarzy malował się strach.
– Skok na Kasę Zapomogowo-Pożyczkową! – Wyjaśnił i zaniósł się śmiechem. – A to dobre! Skok na Kasę – powtarzał w kółko i w kółko i taka go wesołość ogarnęła jak po obaleniu literaka albo i dwóch. Gdy wyśmiał się tak, że rozbolał go brzuch, odezwała się Janinka:
– Józik, a może ty byś się czego napił? – zapytała. – Od tego niepicia zupełnie ci się w głowie miesza… – Obróciła się, żeby sięgnąć do szafki po butlę z samogonem Radka.
– Ani mi się waż! – wykrzyknął. – Przetrwam w trzeźwości, dopóki nie ułożę planu!
Janinka spojrzała na niego zza załzawionych oczu, w których malował się strach.
– Józik, o la Boga, dam na mszę, żeby cię Pan Bóg z tej trzeźwości uleczył… – Zapłakana wyszła z chaty.

Chciał za nią pobiec, pewnie do kościoła poszła, szukać pocieszenia w modlitwie. A to przecież on powinien ją pocieszyć. Jak prawdziwy chłop. Kobiecina jaka by nie była, martwiła się o niego. Poderwał się, ale usłyszał, jak Janinka zatrzaskuje drzwi sławojki. Poszła za potrzebą, odetchnął. Wyjął z szuflady zeszyt na rachunki i zaczął spisywać plan. Tej nocy nie zmrużył oka.

Cały dzień snuł się po budowie nieprzytomny. Dwa razy od majstra dostał upomnienie, że łamie przepisy BHP. Niewiele brakowało, a skończyłoby się czerwoną kartką. Niejeden już chłop stracił tak robotę. Ale nie Józik, on był twardy, potrafił spiąć się w sobie, kiedy zaszła taka potrzeba. A potrzeba była wielka, trzeba Kaśkę na te studia słać.
To nic, że w gospodarstwie ubędzie pary rąk, ojca się z pieca zgoni i każe pomagać. Sklerozę już miał przednią, ale zdrowie tura i dwie sprawne ręce. Powinien wcześniej zaktywować starego w gospodarstwie. Jednak były korzyści z tego, że przesypiał połowę dnia. Janinka, odbierała od listonosza emeryturę, a ojciec zupełnie stracił rachubę, że przespał już siedem waloryzacji. Dzięki temu zyskiwali parę groszy na domowe wydatki. Ojciec nie dokładał się do budżetu. Chował gdzieś pieniądze, które oddawała mu Janinka, po odliczeniu dodatku z waloryzacji, oczywiście. Starego też trzeba było karmić, a prośba o dołożenie się do wydatków zwykle kończyła się awanturą:
– A pod czyim dachem wy mieszkacie? Złodzieje! Przegnam na cztery wiatry! – odgrażał się ilekroć Józik prosił o zapomogę, po czym odwracał się do nich zadem i znów zapadał w drzemkę i spał do powrotu Kaśki ze szkoły.
Eh, ojciec, trzeba będzie zrobić z nim porządek, westchnął. Poprosi Kaśkę, zanim na te studia pojedzie, żeby przemówiła staremu do rozsądku, tylko ona miała z nim dobry kontakt. Ale na to przyjdzie jeszcze czas.
Na razie Józik musiał przedstawić rodzinie plan skoku na Kasę. Niewiele brakowało, żeby znów wybuchnął śmiechem, na szczęście w ostatniej chwili spojrzał w dół i od tego zakręciło mu się w głowie. Z rusztowania na dzwonnicy kościoła ludzie wyglądali jak mrówki, a autobus PKS-u, który zatrzymał się właśnie na przystanku przypominał wielkością… Józik próbował znaleźć porównanie, ale nic nie przychodziło mu do głowy Był zbyt wyczerpany układaniem planu. – Przypominali mrówki! – wykrzyknął.
Zapadał zmierzch, gdy powłócząc nogami wrócił do chałupy. Już chciał wejść do środka, kiedy zza rogu wyskoczył intruz.
– O żesz ty! – krzyknął. Niewiele brakowało, a uderzyłby napastnika w splot słoneczny.
– To ja – odezwała się Janinka szeptem. – Cichaj, bo musimy w sekrecie porozmawiać – powiedziała i pociągnęła go za chałupę, a potem do obory.
W normalnych okolicznościach pobiegłby za nią i powywracał na sianie. Ale dzisiaj, wstyd się przyznać, będzie musiał wymówić się migreną.
– Józik, jam sobie tak kombinowała cały dzień… – Zaczęła i pojął, że nie o flirt jej chodziło.
– Tak? – zapytał, choć głowa chciała pęknąć z bólu.
– No… o tym… co ta nauczycielka mówiła, żeby zmotywować Kaśkę, żeby nabrała pewności siebie, kombinowałam i kombinowałam – mówiła Janinka
– Do rzeczy, kobieto! – Nie wytrzymał, choć chęci przecież miał dobre.
– Trzeba okazać zainteresowanie! – powiedziała i skinęła głową na potwierdzenie.
– Mówże wprost, bo mam migrenę! – Powinien jej przyłożyć za to, że zmusiła go do spowiedzi.
– Musimy się pytać Kaśki, co tam w szkole, czego się uczy… No żeby miała w nas wsparcie – wyjaśniła i cofnęła się o krok, spodziewając się ciosu.
– A o to chodziło?! Trzeba było tak od razu! – krzyknął i przyciągnął do siebie babę, ale pyska dać nie chciała, widać też cierpiała na migrenę.
Oboje weszli do chałupy. Kaśka siedziała przy piecu i z wypiekami na twarzy opowiadała coś dziadkowi.
– O czym tam się uczysz, Kaśka? – zapytał motywująco Józik.
Podniosła znad książki swoje wielkie niebieskie oczy i czujnie spojrzała na ojca
– Tatko tak na poważnie pyta?
– No, tak – przyznał, choć w roli motywatora poczuł się niepewnie.
– O zarodku czytam. Zygota zamienia się w morulę, a potem w blastulę… – tłumaczyła Kaśka cierpliwie.
Ale Józik nie mógł się skupić
– Blastula i morula! – Roześmiał się – To dobre imiona dla krów!
Kaśka zamilkła, Janinka obrzuciła go karcącym spojrzeniem.
Józik wycofał się w kąt izby, ale tylko na chwilę.
Zaraz wrócił, wyjął z szuflady zeszyt, obejrzał sobie plan skoku.
– Słuchajcie – zaczął tubalnym głosem. W chacie ucichło i miało się wrażenie, że nawet drwa przestały strzelać pod piecem. Ojciec usiadł na swoim posłaniu. Kaśka i Janinka podbiegły do drzwi. Gotowe do ewakuacji, gdyby zaczął szukać pasa.
– Punkt pierwszy – zaczął odczytywać Józik – Ojciec pożyczy Kaśce cebuli. – Punkt drugi – Kaśka obserwuje Kasę Zapomogowo-Pożyczkową po powrocie ze szkoły…
– Tatku, a kiedy się będę uczyć? – zapytała przestraszona, w tamtej chwili jej głos przypominał głos Janinki.
– Milczeć, ociec mówi!
Kaśka przytuliła się do Janinki i spojrzała na dziadka jakby od niego spodziewała się pomocy.
– Janinka pełni dyżury z cebulą rano, kiedy Kaśka w szkole będzie, potem Janinka do sortowni idzie, to znów Kaśka ją zmieni.
– Ale po co to wszystko, tatku? – Znów ten piskliwy głos.
– Będziemy obserwować transport gotówki… – Choć wydawało się to niemożliwe, tym razem zapadła taka cisza, że aż Józikowi w uszach zapiszczało. Żeby ją przerwać, ciągnął dalej:
– Ojciec zajmie się krowami, żeby Kaśkę odciążyć, będzie mogła się uczyć z rana. Skończyłem.
Józik zamknął zeszyt i zadowolony z siebie rozsiadł się na krześle. Reszta rodziny spojrzała po sobie, ale zdecydowanie na twarzy Janinki widać przesądziło sprawę, bo ani ojciec, ani Kaśka nie odezwali się słowem.
– I po robocie – powiedział Józik sam do siebie.
– Józik – zaczęła Janinka jak już się sam na sam znaleźli. Mądra z niej była kobieta, nie chciała publicznie podważać jego autorytetu… – Józik, a co my z tą informacją zrobimy?
– Z jaką informacją? – zapytał zbity z tropu.
– No jak się już dowiemy, kiedy przywożą pieniądze, to co zrobimy? Poślesz Kaśkę na Karym z pistoletem ojca… jak w tym westernie, co to go nam czytała?

– Będzie strzelać do strażników?

Józik podrapał się po głowie, prawda, że plan nie był do końca zaplanowany, ale nie mógł pozwolić, żeby mu baba wytykała braki. Bić nie chciał, żeby po nocy hałasu nie narobiła. Musiał w ciszy obmyślić, co będzie, jak już połapią się, o której przywożą pieniądze.
Podniósł się z pościeli, owinął kocem i wyszedł z izby.
Janinka chciała biec za nim, ale ją powstrzymał.
Wszedł do kuchni, ojciec chrapał na piecu z takim zaśpiewem, że aż żarówka przywieszona pod sufitem tańczyła na drucie.
Józik sięgnął do szafki, w której Janinka trzymała butlę z samogonem Radka. Obiecał sobie, że nie będzie pić, przed zakończeniem planu. Plan miał dziury, niepotrzebnie mu to kobieta wytknęła… Ale po ciemku i tak nikt nie zobaczy, jak odrobinkę łyknie, dla rozjaśnienia umysłu.

Nalał na dno metalowego kubka i pociągnął, ale nic mu się we łbie nie rozjaśniło.
– Mało – powiedział i znów nalał kapkę.
Po sześciu kapkach poczuł, że migrena mija, po dziewięciu, nawet liczyło mu się już sprawniej. Doszedł do wniosku, że pomysł z westernem, który podsunęła mu Janinka, nadawał się do realizacji. Zamaskują twarze, tak żeby ich sąsiedzi nie poznali. Kaśka dosiądzie Karego i worki z pieniędzmi po akcji do domu przywiezie.
Józik upił kolejnych parę łyków i przypomniał sobie o pistolecie ojca. Wiedział, że stary ukrywał go w drewutni. Józik wzdrygnął się na wspomnienie, że użył pistoletu, żeby pomóc odejść Mućce. Była starowinką od dawna już nie dawała mleka, ale trzymali ją z miłości. Była jak członek rodziny. W końcu rozchorowała na zapalenie płuc i nawet weterynarz z miasta nic nie mógł dla niej zrobić. A jeszcze zażądał niebotycznej kwoty za uśpienie krowiny. Józik nie miał tyle pieniędzy, więc sam postanowił ulżyć biduli. Potem przez trzy lata struty chodził, a Mućka pojawiała się nawet w jego snach. Kolejny kubek Józik wychylił wyobrażając sobie jak liczy pieniądze ze skoku.
Oczami wyobraźni widział jak cała ich trójka napada na konwój z gotówką. Nosy i usta mają zakryte chustkami Janinki. Jak ci komwboje z książki. Ojciec został na czatach.
– Stać, nie ruszać się. To napad! – krzyknął Józik.
– Ręce do góry! – Poszła mu w sukurs Janinka. Na dźwięk jej głosu strażnicy upuścili worki i podnieśli ręce.
– Na kolana, ręce za siebie i patrzeć prosto! – wydała polecenia Kaśka i Józik znów musiał przyznać, że córka ma łeb na karku. – Związać ich! – dodała i skinęła głową na ojca.
– Do diabła, żeby mi dzieciak wydawał rozkazy?! – wrzasnął, ale zaraz pożałował, że zdradził tożsamość córki. Jedną ręką wyjął zza pasa sznur, w drugiej ściskał pistolet. Sam nie wiedział dlaczego wciąż trzymał palec na spuście. Podszedł do strażników.
– Ty głupi! – Usłyszał głos ojca, a potem poczuł na plecach uderzenie ojcowskiego pasa! Pistolet wypalił.
Jeden ze strażników osunął się na ziemię. Nie poruszał się, wokół niego rosła kałuża krwi. Pozostali strażnicy zamarli z przerażenia. Kaśka odskoczyła na bok, Janinka zaczęła histerycznie krzyczeć.
Józik zorientował się, że zabił człowieka. Serce podskoczyło mu do gardła. Odebrał człowiekowi życie i za co? Za trochę mamony? Zabił człowieka! Odrzucił pistolet i zaczął się bić w pierś: – Nie tak to miało być… nie tak to miało być! – Przykląkł na ziemi przykrył dłońmi twarz i rozszlochał się: – Nie tak to miało być!
Kolejne ciosy spadającego na plecy Józika ojcowskiego pasa powoli przywracały go do rzeczywistości. Józik próbował zebrać myśli. Co robić? Uciekać?! Na wszystko było już za późno… Zabił człowieka! Próbował wymacać pistolet. Chciał przyłożyć do skroni i strzelić sobie w łeb. Ale nie mógł znaleźć…
– Wstawaj, pijaku, już dnieje! – krzyknął ojciec.
Józik przetarł oczy, we łbie dudniło, czuł suchość w gębie. Bolały go plecy od ciosów, ale to było nic w porównaniu z wyrzutami sumienia. Zabił człowieka! Jak z czymś takim da się żyć?!
Roztarł dłońmi zesztywniałą twarz. Przetarł zapyziałe oczy i rozejrzał się. Wreszcie zorientował się, że jest we własnej kuchni. Podniósł się z podłogi. Łeb pękał z bólu, telepało nim z zimna.
Ojciec podał mu sagan wody. Józik połykał wielkimi łykami, lodowata woda spływała przez gardło, wracało poczucie rzeczywistości. Gdy wreszcie w miarę oprzytomniał, ojciec podszedł do pieca. Chwilę szarpał się z czymś, co przypominało worek z pocztą, aż udało mu się to wyszarpnąć i worek spadł z głuchym łoskotem na podłogę.
Józik w te pędy chciał sprawdzić co to, ale czekał na przyzwolenie ojca. Ojciec długo stał patrząc na syna z potępieniem. Wreszcie skinął głową.
Józik podbiegł do wora i rozsupłał sznurek. W środku były pieniądze, masa pieniędzy!
– Ociec sam napadł na Kasę? – zapytał Józik z niedowierzaniem.
– Głupiiiii! – krzyknął ojciec i znów zrobił gest, jakby zamierzał zamachnąć się pasem.
Józik cofnął się w głąb izby.
– Dla Kaśki na studia odkładałem. To moja emerytura. Dałbym wcześniej, to byś przepił! – powiedział ojciec. – A teraz do krów. Idź przodem – dodał.
– To ojciec już nie wraca na piec? – Józik poczuł jeszcze większą konsternację.
– Nie, skończyłem już z tymi oszczędnościami! – Na twarzy ojca pojawił się uśmiech.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *