Rozstania i powroty

 

Rozstania i powroty

Śnił mi się Karmel, poderwałam się z łóżka o świcie. Kota znów nie było w domu, nie wracał od trzech dni i dwóch nocy. Przekąsiłam kawałek sera, żeby nie palić na czczo i wyszłam do ogrodu. W kapciach na nogach, owinięta w koc przeszłam się wzdłuż ściany budynku, dotarłam do miejscówki z widokiem. Słońce nie wychyliło jeszcze czoła sponad krawędzi stoku. Zieleń wciąż miała kolor khaki, jakby wstydziła się zimy. Cień przesunął się po przeciwległej górze zamykającej naszą dolinkę. Choć może to dym z papierosa spowodował miraż. Wgapiłam się w przeciwległy stok, wczoraj go nie było, a tego ranka pojawił się na stoku jakby świeżo przepiłowany pień. Poruszył się…?

Nie wysypałam się, znów martwiąc się o kota zarwałam noc.

Wróciłam do domu, kapcie zamieniłam na buciory ogrodowe, koc na roboczą kurtkę. Zeszłam nad rzekę, żeby z mniejszej odległości przyjrzeć się złotemu pniowi. Czy to był pień… czy też może…

Zawołałam: – Karmel, Karmel!

Szum strumienia zagłuszał mój głos, jakby pochłaniał obce dźwięki, chcąc dominować nad okolicą hałasem.

Popędziłam ścieżką wzdłuż brzegu strumienia. Większe gałęzie odgarniałam dłońmi, mniejsze smagały moją twarz i włosy. Parłam do przodu, równocześnie, starając się nie stracić z zasięgu wzroku złotego pnia. Biegłam, oczy łzawiły na wietrze. Miałam już sucho w ustach, kiedy wpadłam na most. W ostatniej chwili zauważam łańcuch zagradzający dostęp do dzielnicy, przeciągnięty przez dwa metalowe kołki wbite u końca mostu wisiał pół metra nad ziemią, udało mi się przeskoczyć przeszkodę. Na kilka długich chwil straciłam z oczu to złote, ale już biegłam do tego ścieżką po drugiej stronie potoku.

– Karmel! Karmel!

Wspięłam się na drewniany płot, zeskoczyłam, ocierając się tyłkiem o twardą belkę. Jak komandos przeczołgiwałam się pod elektrycznym pastuchem. Jakie napięcie panuje w tej żółtej plastikowej taśmie? Czy jak dotknę tego głową, zrobi mi trwałą ondulację?!

Biegacz w czerwonej kurtce zatrzymał się, lecz po chwili wrócił do truchtu.

Pędziłam pod górę wrzeszcząc: – Karmel!

Złoty pień ożył, wstał i przybrał kształt kota.

Przystanęłam, Karmel pędził do mnie z górki, miauczał, w duszy przygrywała mi Gloria Vivaldiego.

Wyobraziłam sobie film. Scena leciała na zwolnionych obrotach:

Matka stoi na polanie, w promieniach porannego słońca jej postać lśni odcieniami złota. Ociera pot z czoła skrajem chusteczki z monogramem. Sama wyszyła zamaszysty napis „Karmel” w rogu cienkiej bawełny, zabijając godziny oczekiwania. Wypełniała czas bojąc się, że to nie ona go, ale on, czas, zabije ją, że tęsknota wysuszy jej ciało, że stanie się pomarszczoną wylinką młodej wersji siebie.

Wiatr igra z włoskami futra ze srebrnych szynszyli, pieści łydki matki obciągnięte w jedwabne pończochy, spływa do jej stóp. W złotych atłasowych pantofelkach na obcasie stopy matki wydają się szczupłe jak u leśnej łani.

Syn zbliża się do matki, wolno coraz wolniej, ona chce go popędzić, wykrzyknąć jego imię. Nie może wymówić słowa. Nie chce się rozpłakać, bo jej twarz poczerwienieje, wtedy wyda mu się stara i odpychająco brzydka. Syn zbliża się do matki. Gloria przygrywa głośniej i głośniej i jeszcze głośniej. Syn ociera się o nogi matki. Łza wypływa spod jej powieki.

„Mamo, jesteś taka piękna”, mówią jego oczy.

– Ty wiesz, jak ja lubię komplementy. – Bierze syna na ręce i wtula twarz w jego ciepłą szyję. Wdycha jego zapach. Nie musi pytać gdzie się podziewał przez trzy długie dni i dwie jeszcze dłuższe noce, sama domyśla się odpowiedzi. Futro syna przeszło smrodem obory, nową samicę musiał poznać na pobliskiej farmie.

Publiczność bije brawa. Wizja się skończyła.

A my wracamy z Karmelem do domu. Idziemy ścieżką wzdłuż rzeczki, on prowadzi, ja idę za nim. Pokonujemy most, potem pędzimy tą samą równoległą ścieżką, ta doprowadza nas do ogrodu. Powietrze robi się przejrzyste, pachnie wilgocią. Wbiegamy pod górę, wpadamy od razu do kuchni. Jemy śniadanie. On mlaszcze pożerając resztki łososia z wczorajszej kolacji. Ja jem twarożek ze szczypiorkiem. Popijam kawą, a on wylizuje z miseczki mleko. Po śniadaniu siadamy na stopniu schodów i gapimy się w ogród. Wyszeptuję pytania, on mruczy odpowiedzi. Promienie słońca wpadają do kuchni, oboje mrużymy oczy. Dom budzi się ze snu. Zaczyna się sobota, przed nami reszta weekendu.