Rok 2084

Za oknem mijały się dwa helikoptery, z głośników jednego płynęła melodia:

“Jingle bells, jingle bells, jingle all the way. Oh, what fun it is to ride in a one horse open sleigh…”

Każdy dzień był na Ziemi świętem. Ze sto dziesiątego piętra rozpościerał się widok na tonącą w zachodzie słońca panoramę miasta. Na dachach budynków połyskiwały w słońcu zatłoczone baseny i lunaparki. Na murach wieżowców lśniły kolorowe graffiti z rysunkami palm, lasów tropikalnych i barwnych ptaków. Próbowałem wypatrzeć prawdziwą zieleń, ale i tu nie przetrwało ani jedno drzewo. Liczba mieszkańców przekroczyła osiemdziesiąt miliardów. Ziemianie tłoczyli się w miniaturowych mieszkaniach, przepisowo na głowę przypadało półtora metra. Warszawa wchłonęła Trójmiasto, Białystok, Szczecin, Kotlinę Kłodzką i opanowała Rzeszów. Nawet pasma górskie zostały zasiedlone, z wyjątkiem Bieszczad, gdzie ponoć zachowało się jeszcze trochę skrawków zieleni. Chciałbym zobaczyć te marne pozostałości dzikiej natury, wsłuchać się w szum wiatru tańczącego w koronach drzew i śpiew ptaków. W chłodnym cieniu zmazać z twarzy przyklejony do niej wieczny uśmiech.

Potrzebowałem urlopu.

Światowa reforma wprowadziła system edukacji rotacyjnej. Kiedy obrobiłem się w jednej szkole, tydzień wystarczał, przemieszczałem się do kolejnej. Już cztery razy okrążyliśmy z Antkiem kulę ziemską. Od jedenastu lat, jedenastu miesięcy i jedenastu dni po kilkadziesiąt razy dziennie zadawałem te same pytania, wystarczyło tylko zmienić dane personalne przesłuchiwanego:

– Kolego Mahomecie Malinowski, czym wyróżnia się Antek Prusa? – Forma kolego/koleżanko miała pokazać, że bez względu na sprawowane stanowisko, wzrost, rodzaj okudlenia, kolor skóry, ilość piegów, gust, czy też intelekt wszyscy byliśmy szczęściarzami.

Malinowski rozszerzył usta w sztucznym uśmiechu i podrapał się po głowie.

– Antek Prusa opowiada o chłopcu, który był szczęśliwy – odpowiedział.

– Ale co sprawiło, że taki był? – drążyłem.

Kolejny helikopter przemknął za oknem z megafonów dobiegały słowa modnego szlagieru:

„In every life we have some trouble

But when you worry, you make it double

Don’t worry, be happy Don’t worry, be happy now.”

Potrzebowałem urlopu. Specjaliści od marketingu wyczarowali z Antka dzieło wybitne. Uszczęśliwiało wyznawców wszystkich światowych religii. Choćby symbol krzyża, który Antek wystrugał dla wójtowej, stał się równocześnie kwiatem lotosu, ichtys, różą Lutra, pięciopalczastą ręką Eris, swastyką, uroboros, om, półksiężycem, gwiazdą Dawida, krzyżem słonecznym, torii, jin-jang i pentagramem. Wiatraki wycięto, bo współczesne społeczeństwo powinno czerpać przyjemność z chwili, zamiast uganiać się za czymś niedoścignionym. Rozalka nigdy się nie rozchorowała, żeby nie straszyć jej potworną śmiercią dzieci. Tego typu przeróbkom uległy wszystkie dzieła literatury światowej. Szczęście stało się wizytówką naszych czasów.

Z megafonów helikoptera wymalowanego w tęczowe barwy popłynął tekst starej piosenki:

„Dość mam już pustych dni 

I świąt których nie było 

Między nami jest coś 

Nie zaprzeczaj mi 

Tyle mogę Ci dać 

Solą życia jest miłość 

Boisz się wielkich słów 

To nie wstyd… 

Zabiorę Cię… właśnie tam… 

Gdzie jutra słodki smak”

Ktoś siał defetyzm, ryzykował życiem! Nagle przez głowę przeszła mi szalona myśl. Złapałem powietrze w płuca i zacząłem przekrzykiwać hałas.

– Antek to opowieść o chłopcu ciekawym świata! Bo to ciekawość wprawia nasze umysły w ruch, jeżeli poświęcicie chwilę na zastanowienie się nad sobą, zamiast oglądać piekielną sieczkę YouTuberów… Jeżeli się przyłożycie… jest szansa, że odnajdziecie w sobie prawdziwe szczęście! Szczęście wewnętrzne, a nie takie na pokaz! – Zabrakło mi powietrza w płucach. Zgiąłem się w pół. Wziąłem głęboki wdech i znów zacząłem wrzeszczeć: – Miłość jest źródłem inspiracji. Miłość to nie tylko akt kop… – urwałem. Stałem się siewcą defetyzmu!

Jeżeli, któryś z osiemdziesięciu dwóch nygusów mnie zadenuncjuje, czeka mnie śmierć.

***

Do tymczasowego domu wracałem tunelem południowym, spodziewałem się, że policja myśli już zaczęła mnie szukać. W tunelu mogłem się skryć przed dronami i przedłużyć mój żywot choćby o godzinę.

Tunel oświetlały lampki LED-owe, a po obu stronach na ścianach przytwierdzone były teleekrany. Grupa nastolatków chichotała naprzeciwko ekranu, na którym facet z czupryną ufarbowaną na neonowy róż liczył włosy na własnej czaszce. Parę metrów dalej ładna czarnulka rzucała kijek psu. Ten aportował machając przy tym radośnie ogonem i liżąc swoją panią po twarzy. Po mojej prawej mignęła babunia demonstrująca pościel z trykotu przysposobioną do spania na stojąco. Od wielu lat z braku miejsca Ziemianie o wzroście powyżej metra czterdziestu zmuszeni byli spać w pozycji siedzącej, ale babunia prosiła się o śmierć. Czy już wkrótce spotkam ją w slamsach bezrobotnych?

Za zakrętem przyspieszyłem kroku i po chwili opadło mnie nieznane dotąd wrażenie spokoju. Przystanąłem i rozejrzałem się, wokół nie było żywej duszy. Brakowało jakichkolwiek odgłosów. Nigdy wcześniej nie słyszałem ciszy. Czyżbym policja namierzyła mnie i wydała wyrok na moje życie?

Odwróciłem się i spojrzałem. Nikt nie nadchodził. W uszach dudniła cisza. Nie słyszałem szumu jaki towarzyszył przemieszczającym się dronom. Posiwiało mi przed oczami, zorientowałem się, że wciąż wstrzymywałem oddech. Zaczerpnąłem haust powietrza i nagle dotarło do mnie, że śmierć wcale nie byłaby najgorszym rozwiązaniem. Do emerytury zostało czterdzieści lat pracy. Cztery dekady obwożenia się po świecie z Antkiem i wbijanie do łbów miliardów kretynów, że życie Antka było baśnią z tysiąca i jednej nocy.

– Kolego! – Czyjś głos przerwał gonitwę moich myśli. W głowie zakręciło się. Musiałem przytrzymać się ściany, żeby nie upaść. Rozejrzałem się. Ale nic nie zobaczyłem zapewne z powodu zawrotów głowy. „Zasiliłeś szeregi bezrobotnych, kolego”, zadźwięczały mi w myślach słowa, które bez względu na szerokość geograficzną oznaczyły odcięcie od pastylek żywnościowych, a co za tym idzie wyrok śmierci. Ekran po mojej prawej rozbłysnął niebieską poświatą. Pojawiła się czołówka popularnego teleturnieju. Nie byłem fanem, ale każdy z koleżeństwa musiał przynajmniej dwie godziny dziennie oglądać relaksujący program, żeby umieć szastać dowcipami jak z rękawa. Rozmowy o prawdziwych uczuciach i jakakolwiek wymiana myśli na temat spraw doczesnych była zbrodnią oznaczoną paragrafem – SIANIE DEFETYZMU.

– Umieść dłoń na czytniku – rozkazał głos prowadzącego. Przez chwilę nawet nie zastanawiałem się nad inną opcją. Wytarłem brudną dłoń w połę różowej marynarki i przyłożyłem do ekranu.

System skanował moje linie papilarne. W uszach dźwięczało zdanie brzmiące jak wyrok: „Zasiliłeś szeregi bezrobotnych, kolego”. Na monitorze pojawił się obraz nie z tego świata. Równikowe lasy, piaszczyste plaże, kryształowe rzeki, nieliczne osady wyrosłe u podnóży rajskich wodospadów. U dołu ukazał się napis: planeta Keppler 801, to kopia Ziemi w bliźniaczym do słonecznego układzie planetarnym. Odległość milion siedemdziesiąt lat świetlnych. Ludność: miliard mieszkańców. Klimat: równikowy. Ustrój polityczny: zmienny.

Czyżby to była ekstrakara za sianie defetyzmu. Mamienie prawdziwym rajem, zanim służby specjalne strącą mnie do piekła bezrobotnych? Ciśnienie w uszach dudniło, jeszcze chwila, a rozerwałoby mi czaszkę.

– Proszę, o natychmiastowe zgłoszenie się wraz z koleżanką małżonką. – Nie zabrzmiało jak prośba.

– Ale ona nie zrobiła nic złego! – wykrzyknąłem. – Na litość!

Pociągnąłem za sobą na śmierć koleżankę małżonkę! Fala krwi uderzyła mi do mózgu. Zachwiałem się. Żeby nie upaść, znów musiałem podtrzymać się ściany.

– Kolego, wystarczy włączyć niebieski guzik na domowym teleekranie. My zajmiemy się resztą – głos mówił, ale sens słów nie docierał już do mnie. Zabiłem ją! Zabiłem… zabiłem.

***

Minął dobry kwadrans, zanim zataczając się jak po przedawkowaniu etanolu, zrozumiałem sens ostatniej informacji:

– Gratulujemy odwagi, w nagrodę za płomienna mowę zostanie kolega teleportowany na Keppler 801, wyprawa potrwa rok.

Z wypiekami na twarzy wpadłem do naszego boksu mieszkalnego. Koleżanka małżonka poderwała się fotelo-wypoczynu i jak zwykle roześmiała się na mój widok. Śmiech był dobry, śmiech był zaraźliwy. Stanowił parawan, za którym koleżeństwo ukrywało się, aby nie paść ofiarą defetyzmu. Na domowym teleekranie ukazała się czołówka programu Pana Śmieszka. Spojrzałem na oba fotelo-wypoczyny. Słuchawko-kaski czekały już na nas, podobnie jak kubki z musującymi we wrzątku tabletkami spożywczymi. Rozglądałem się ogłupiały po wnętrzu, wsłuchiwałem w ryk muzyki dobiegającej z głośników helikoptera:

„Don’t worry be happy”. „Jingle bells, jingle bells, jingle all the way”, ryczały teleekrany w domo-kabinach rotacyjnych sąsiadów. Nie poznałem sąsiadów, ale nauczyłem się na pamięć ich ulubionych programów, to więcej niż wiedziałem o kimkolwiek z kim łączyły mnie więzy krwi, czy też umierające przyjaźnie. Spotykaliśmy się rzadko. Wszyscy rotowaliśmy.

Przełknąłem ślinę, ale wciąż nie mogłem zdobyć się na uśmiech. Koleżanka małżonka spoglądała na mnie znad wysuwającego się ze ściany zlewo-prysznico-sedesu, zaśmiewała się przy tym perliście. Nagle śmiech uciął się.

Po raz pierwszy zobaczyłem powagę na jej bladej twarzy. W kącikach ust i oczu poznaczonej delikatnymi zmarszczkami wyglądała jak posypana popiołem, podobnie włosy upięte w ciasny kok na karku. Sukienka w tęczowych odcieniach, wisiała na jej udręczonych ramionach. Zerwała z haka wycieracz i zmoczyła go pod kranem. Podeszła do mnie i przyłożyła mi zimny kompres do czoła.

Chciałem jej powiedzieć, że uciekniemy stąd na zawsze. Być może za kilka chwil znajdziemy się na rajskiej planecie, gdzie już nigdy nie będziemy musieli się śmiać, zachłyśniemy się świeżym powietrzem i przestrzenią. Wskoczymy do kryształowej rzeki. Będziemy pływać z szeroko rozpostartymi rękami i nogami. Rozłożymy się na piasku w pozycji horyzontalnej, aby cieszyć się śpiewem ptaków wśród ciszy. Zapomnę o ulepszonym marketingowo Antku!

Gardło ścisnęło mi się z emocji, a po moich policzkach popłynęły łzy. Podeszła i objęła mnie w pasie. Po raz pierwszy wyczułem w jej geście coś głębszego niż tylko radość z pospiesznej kopulacji, po której każde z nas usypiało w swoim fotelo-wypoczynie. Jej łzy wsiąkały w połę mojej marynarki. W jazgocie dźwięków nikt nie mógł usłyszeć naszego szlochu.

***

Nad tarasem unosiła się wilgotna mgiełka powstała z wody, która spadała ze skały i rozpryskiwała na głazach leżących u podnóża wodospadu. Gdybym tylko zechciał, mógłbym wyciągnąć dłoń za barierkę, żeby dotknąć lodowatej wody. Po trzech godzinach spędzonych przy zbieraniu pomidorów, kalafiorów, kabaczków, ogórków, szczypiorku i dyń czułem się spełniony, odwaliłem kawał roboty dla naszej komuny. Przez resztę dnia mogłem cieszyć się odgłosem szumiącego wodospadu. Koleżanka małżonka wtulona we mnie zapadła w drzemkę, poprzedzoną relaksującym seksem. Delikatnie pocałowałem ją w nagie ramię i odsunąłem się odrobinkę, żeby jej nie obudzić. Wyciągnąłem się na materacu wielkości boiska tenisowego i wystawiłem twarz do popołudniowego słońca/nie słońca. Powietrze przesycone było zapachem orchidei. Za kilka chwil zamierzałem wstać, żeby podłubać przy moich drewnianych figurkach. Przymknąłem powieki, rozkoszując się urokami raju, ale zaraz je odemknąłem. Usłyszałem ciężkie kroki na metalowych schodach, które pajęczyną stopni prowadziły z podjazdu wprost na taras. Wszyscy mieli tutaj takie schody, były symbolem gościnności. Sięgnąłem po przepaskę na biodra, w tym klimacie stanowiła cały mój ubiór i zacząłem ją wsuwać na wypadek, gdyby gościem okazała się kobieta. Pocałunkiem w pierś obudziłem koleżankę małżonkę. Poderwała się z materaca i naga wbiegła do domu.

– Kubusiu, nie musisz się mnie krępować – powiedział kolega Ambroży, gdy wciąż szarpałem się opaską, która zaklinowała się na moich udach. Kiedy udało mi się ubrać, spojrzałem na gościa. Trzymał w każdej z dłoni po trzy martwe bażanty powiązane sznurkiem za rogowe nóżki ze sterczącymi szponami. O, zgrozo! Nie mogłem przywyknąć do trupów ptaków i ryb, tutaj wraz z warzywami i owocami stanowiły podstawę wyżywienia.

– Dziękuję. – Walczyłem z odruchem wymiotnym.

– Gdzie położyć?

W pierwszej chwili wyciągnęłam ręce, ale zaraz schowałem je za plecy.

– Kolego Ambroży, nie trzeba było – powiedziałem, starając się modulować głos, aby zabrzmiał uprzejmie.

Koleżanka małżonka, już ubrana, przybiegła mi z odsieczą. Wyglądała jak wcielenie Amazonki, tyle że piersi miała dwie i to całkiem spore podtrzymywane czymś w rodzaju stanika, ale obszytego kamieniami z koralowca i perłami. Jej biodra osłaniała minispódniczka pasująca do góry. Jej opalona na złoto skóra mieniła się w promieniach słońca/nie słońca, mięśnie uwydatniły się na skutek fizycznej pracy, jedwabiste włosy splotła w rdzawy warkocz, kończący się dokładnie tam, gdzie zaczynały się krągłości bioder.

– Andziulu, ptaszku ty mój, jak nie trzeba, jak trzeba. Ludzie muszą o siebie dbać, a nie tylko dzielić się swoimi troskami. I nie kolego, tylko Ambrozuniu, powtarzam wam to wciąż i wciąż. Nazywajcie mnie swoim Ambroziuniem, proszę.

– Oj dobrze, już dobrze – odpowiedziała słodko. – Ambrozuniu, zostaniesz na kolację?

Cholera, zazdrościłem jej tej łatwości w przystosowaniu się.

– Czy to ptactwo już skruszało? – Wyczułem niepokój w jej głosie, przygotowywanie posiłków stało się dla niej pasją i wyzwaniem.

– Och, tak, odstrzeliłem je przed tygodniem. A co do kolacji… – zrobił minę jakby się wahał, ale wiedziałem, co zaraz nastąpi – Uff, nie planowałem zostać… To co? O osiemnastej, kochanieńka? Nie mogę jeść później, męczą mnie gazy i nie dają usnąć. – Tu puścił oko na znak, że jako jedna wielka familia, nie powinniśmy mieć przed sobą żadnych sekretów.

Spojrzałam na cień rzucany przez głaz, zrobiłem sobie zegar słoneczno-niesłoneczny. Koleżanka małżonka musiała się pośpieszyć ze skubaniem i pieczeniem ptactwa, do osiemnastej na oko zostały dwie godziny.

Kolega Ambroży wszedł do domu jego wzrok ślizgał się po pośladkach koleżanki małżonki.

Poderwałem się z materaca i pobiegłem za nimi. Kolega Ambroży pochylał się nad moją skrzynką z narzędziami!

– Tę przestrzeń można lepiej zorganizować – mówił pod nosem i przekładał moje dłutka, pilniki i młotki. Chciałem podbiec i wyrwać moje narzędzia z rąk wścibskiego dziada, ale po domu rozszedł się smród niemiłosierny. Koleżanka małżonka sparzyła właśnie ptactwo do skubania.

W drodze do łazienki kątem oka spojrzałem na dziadygę. Tym razem przestawiał nasze drewniane wiatraczki! Ja je strugałem, a koleżanka małżonka malowała na nich kwieciste motywy. Pobiegłem do łazienki i zwróciłem wszystko, co zjadłem w ciągu ostatniego tygodnia. Kiedy już doszedłem do siebie, kolację podano.

Przy ogromnym stole w naszym salonie zasiadła jeszcze para sąsiadów koleżanka Jolanta i jej mąż kolega Henryk.

– Pękł mi ten czyrak – koleżanka Jolanta zademonstrowała nam ropiejącą ranę. – Kochaniusieńcy, a co z wami – zapytała, tym razem gładząc się po swoim wydatnym już brzuszku.

– Jolusiu, daj spokój, u nich wszystko w porządku. Nie dalej jak dzisiaj widziałem, że Kubuś stanął na wysokości zadania, a Andziula krzyczała, och jak ona słodko krzyczała… – rozmarzył się kolega Henryk. Sięgnął dłonią pod stół i zaczął gmerać przy swojej przepasce.

Ptaszystko stanęło mi w gardle. Przypomniałem sobie ziemskie życie, gdzie nikt nie wtrącał się do naszych spraw, nie opowiadał nam o kolce, bólu, gazach, nie rozwodził nad czyrakiem na tyłku, tylko śmiał się do upadłego z własnych żartów.

– Znów musimy omawiać nasze osobiste sprawy? – Nie wytrzymałem.

– Kubusiu, nic co ludzkie nie jest nam tu obce. – Tu głos zabrał kolega Ambroży.

– Czy podjęliście decyzję w sprawie zostania? – Koleżanka Jolanta postanowiła rozładować napiętą atmosferę. Przeciągle beknęła.

Spojrzeliśmy sobie z koleżanką małżonką w oczy.

„Wiać jak najdalej stąd! Wiać, wiać z tego raju!”