Po prostu bądź

Nazywam się Małgorzata Wasiak. Mam trzydzieści dwa lata. Od trzech jestem rozwódką, a od dwóch nie uprawiałam seksu. Chyba że seksem można nazwać pięć numerków ze stażystą. Facet przepracował u nas dwa miesiące. Następnie awansował do pionu finansowego. Stażysta kiedy jeszcze był stażystą, odwiedził mnie dwa razy i rżnął w ciemnościach kawalerki. Tylko raz doświadczyłam przyjemności. Reszta zbliżeń kończyła się nie tylko kacem moralnym, ale i alkoholowym. Na trzeźwo bym tego nie przeżyła.
Pracuję w banku na sali operacyjnej. Otaczają mnie wyłącznie kobiety, wyłącznie sfrustrowane i wyłącznie dużo ode nie starsze. Moim światem stała się praca. Ale nawet tutaj nie rozmawiam praktycznie z nikim. Jedynie z panią Zosią, również kasjerką, która od czasu do czasu ma ochotę pogadać, więc częstuje mnie ciasteczkami.
Ja nam obu donoszę kawę z ekspresu przelewowego. Na lepszą już mnie nie stać. Ta lura stała się symbolem mojego nowego życia.
Bez Łucjana, naszych kłótni i jednania się w łóżku. Bez restauracji, wakacji i czarodziejskich weekendów, kiedy mój eks zabierał mnie na konie, quady i inne atrakcje dla yuppies. Zostałam sama. Łucjan odszedł do mojej najlepszej przyjaciółki, Agnieszki, kobiety sukcesu.
Po rozwodzie doskwierała mi samotność, w końcu postanowiłam wziąć się z życiem za bary. Zawsze marzyłam o tym, żeby zostać pisarką. Jednak przy Łucjanie, moim eks, byłam tak zajęta, że nie miałam nawet czasu na lekturę. Ostatnio, dysponując nieograniczonymi zasobami czasu, znów czytam. Zapisałam się również na kurs pisarski na portalu www.pasjapisania.pl. I piszę. Bóg mi świadkiem, że piszę.
Kiedy siadam przy klawiaturze popadam w narkotyczny trans. Przenoszę się z nowojorskiego Central Parku na paryskie Pola Elizejskie, a potem na Złotą Uliczkę do Pragi, gdzie tak pięknie jest zimą. Daję życie bohaterom i rzucam im kłody pod nogi, a czasem nagradzam. Ilekroć wstaję od komputera, drżę jak w gorączce. Piszę w domu wieczorami i wczesnymi rankami, w pracy, gdy w sali operacyjnej nie ma klientów, a szefowa znika w kantorku. Wyjmuję notes i zapisuję pomysły. Notuję w tramwaju i autobusie, w kolejce w supermarkecie, czasem przystaję na ulicy i robię zapiski. Spisuję zasłyszane dialogi i powiedzonka, ubieram je w historie.
Moje teksty czytają uczestnicy kursu oraz pisarz, taki z krwi i kości. Poddają je krytyce. Co tydzień mam prawo zaprezentować jeden tekst. Potem gorączkowo czekam na opinie. Wciąż klikam w okienko „odśwież”, aby upewnić się, czy odpowiedzi już nadeszły. Czasem oczekiwanie trwa kilka dni. Podczas gdy ja mam motyle w brzuchu. Nie jem, nie śpię, tylko wstrzymuję oddech. Wreszcie nadchodzi dzień, kiedy spływają opinie. Moje teksty są coraz lepsze, a ja fruwam, unoszę się ze szczęścia metr nad ziemią. Ilekroć dopadają mnie wątpliwości, wracam do tych komentarzy. Wszystkie drukuję i zawsze noszę przy sobie.
Agnieszka, bohaterka mojej powieści jest zamożną dziewczyną ze świetnym gustem. Wszystkiego dorobiła się sama. Podobnie jak ja pracuje w banku. Ale na bardziej odpowiedzialnym stanowisku. Awansowała na wiceprezeskę. Majętna i inteligentna piękność jest przy okazji równą i ciepłą osobą. Mogłaby być moją przyjaciółką.
Czas do lunchu minął błyskawicznie. Obsłużyłam sześćdziesięciu trzech klientów. Wysłuchałam paplaniny pani Zosi, której wczoraj urodził się wnuk. Na czas lunchu zapowiedziała niespodziankę. W przerwach między klientami, częstuje upieczonym z rana ciastem drożdżowym. Po czwartym kawałku musiałam rozpiąć guzik spódnicy, a co tam, rozsunęłam też zamek. Nikt i tak nie patrzy na moje plecy.
Nie uległam namowom pani Zosi, aby uczcić nowe życie setką w pobliskim pubie, gdzie reszta moich koleżanek z pracy postanowiła wypić lunch. Zamknęłam drzwi wejściowe do oddziału i z kubkiem kawy przysiadłam przy stoliku dla petentów.
Wyjęłam notes. Moja bohaterka udała się w podróż służbową do Singapuru. Już w samolocie, oczywiście w klasie biznes, przysiadł się do niej wysoki blondyn w okularkach, z włosami do ramion, i z bosko umięśnioną klatą. Częstując szampanem, zapytał o cel podróży.
Agnieszka, osoba z klasą, która przecież mogła przebierać w facetach jak w ofertach kredytów konsumpcyjnych na tydzień przed Gwiazdką, nie dała się nabrać na nienaganne maniery przystojniaka. Wymawiając się nagłą potrzebą skorzystania z toalety, zajęła wolne miejsce w pierwszym rzędzie.
Pukanie do drzwi wejściowych od strony głównego holu, dokąd dostęp mieli jedynie pracownicy centrali, wyrwało mnie z pisarskiego transu. Zerwałam się na równe nogi, upuszczając długopis. Schyliłam się, aby go podnieść, zapominając o rozpiętej spódnicy i poczułam chłód na plecach. Najwyraźniej nie przykrywała ich już biała koszula, ani nawet barchanowy podkoszulek. Musiały wyślizgnąć się z rozpiętej spódnicy, która zjechała mi z tyłka, odsłaniając parę spranych bawełnianych majtek z motywem w biedronki.
Gdy udało mi się wydobyć długopis spod skórzanej kanapy, doszło do mnie, że nie jestem sama. Podniosłam się gwałtownie i podciągnęłam zsuwająca się spódnicę.
Przepraszam – odezwał się wysoki blondyn w okularach, z włosami do ramion, w nienagannie białej koszuli i skrojonym na miarę garniturze, idealnie podkreślającym umięśnioną klatkę piersiową.
– Przerwa na lunch – odezwałam się z głupia frant, zapewne z miną i podobnym głosem do PRL–owskiej kioskarki z Misia: „Ja tu mięso mam” i poczułam jak mi płoną policzki, serce wali, a nogi robią się miękkie. Gdyby nie kontuar kasy, padłabym na miejscu, zmuszając pięknego blondyna do wykonania na mnie sztucznego oddychania… Dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej?! Lewą dłonią dotknęłam czoła jak dama, która cierpi na globusa i puściłam kontuar. Postanowiłam zemdleć i oddać się w ręce mojego wyśnionego mężczyzny, kimkolwiek by nie był.
Ale on nie patrzył już na mnie. Stał przy stoliku dla petentów i bezczelnie przeglądał zapisane przeze mnie strony. Cudownie oprzytomniałam.
– Co mi tu grzebie! – Przyskoczyłam do faceta i wyrwałam mu z dłoni moje odręczne zapiski.
Uśmiechnął się, demonstrując dołeczki w policzkach i najpiękniejszy garnitur zębów jakie dane mi było kiedykolwiek oglądać.
– To bardzo dobre! – powiedział z podziwem, który powinien wzbudzić podejrzliwość.
– Co tu robi? – zapytałam, starając się odzyskać poczucie rzeczywistości.
– Przepraszam, wiem że macie przerwę. Chciałbym wybrać pieniądze. Ale – tym razem uśmiechnął się jak uczniak przyłapany na ściąganiu. – Zapomniałem pinu i nie mogę wypłacić z bankomatu.
– Jasne, nie ma sprawy – odpowiedziałam wbrew sobie. Nie powinnam przy tym obcym w ogóle otwierać drzwi do kasy. Pisanie jest cudowne, ale za bardzo mnie rozprasza. Gdyby pojawiła się szefowa, straciłabym pracę i co wtedy? Wyjęłam z kieszeni spódnicy klucz i weszłam na zaplecze. Otworzyłam okienko i spojrzałam w dowód osobisty gościa: Tomasz Piotrowski, imiona rodziców: nieznane, adres zamieszkania: brak. O mój Boże, on był zupełnie jak bohater krótkiego opowiadania. Jakbym to ja go wymyśliła. Takiej postaci nie trzeba osadzać w realiach, wystarczy jeden drobiazg. Miał służbową kartę kredytową, był szychą… i piękny podpis (bez znaczenia dla fabuły). Z ociąganiem wręczyłam mu tysiąc złotych.
– Dziękuję – powiedział i zanim podszedł do drzwi, spojrzał na mnie zielonymi oczami – To się dobrze zapowiada, proszę pisać dalej. Chciałbym znaleźć pani powieść na półce w księgarni. –
Zanim zdołałam wykrztusić słowo, piękny Tomasz wsiadał do czekającej na niego taksówki i odjechał.
Pani Zosia rozweselona płynnym lunchem, stanęła w drzwiach. Spojrzała na mnie badawczo.
– Widzę, że nasza Małgosia nie próżnowała. Czyżby to ten? – skinęłam głową. – A nie mówiłam? Każda potwora…
Lubiłam panią Zosię, ale ta uwaga zakuła mnie prosto w serce. Jasne, że nie byłam pierwszej młodości, włosy zawsze miałam do bani, a od kiedy schudłam i nikt mnie nie kochał jeszcze bardziej zmatowiały i zrzedły. Brakowało mi kasy na porządny krem pod oczy, nosiłam ciuchy sprzed piętnastu lat. Od rozstania z Łucjanem tak bardzo schudłam, że wygrzebałam z szafy mamy, rzeczy w których od lat nie mogłam się zmieścić. Jednak ta uwaga powinna odebrać mi humor na resztę dnia. Tym razem nie złożyłam buzi w ciup, jak zwykłam to robić. W zamian obdarzyłam panią Zosię szerokim uśmiechem i gestem pokazałam pusty kubek. Napełniła go winiakiem.
Do domu wróciłam około dwudziestej drugiej. Opóźnienie wzięło się stąd, że pijana w sztok dwa razy przegapiłam przystanek.
– Jest! – wykrzyknęłam, wydobywając z zamarzniętej lodówki jedną z wygniecionych puszek piwa, których, z obawy o eksplozję, nie śmiałam otworzyć od trzech lat.
Upiłam spory łyk i poczułam jak wracają siły. Miałam pierwszego fana nie mogłam go zawieść. Serce zabiło mi mocniej. Zabrałam się za pisanie.
Ubrałam moją bohaterkę w bieliznę od Belladony i kazałam dać się przerżnąć we wszystkie otwory przez pięknego blondyna z biznes klasy. Kilka scen dalej moja bohaterka miała odkryć, że jest w ciąży i jakby tego było mało, test na obecność wirusa HIV wyszedł pozytywnie.
Poczułam w sobie moc. Mój geniusz ujawniał się z każdym zapisanym tysiącem słów. Już wiedziałam jak poprowadzić bohatera, stawiając na jego drodze kłody. Wieczorem po wypiciu kolejnej puszki piwa, wydrukowałam pięćdziesiąt stron mojej pierwszej powieści i oddałam się lekturze. Byłam w siódmym niebie.
Z trudem poderwałam się z łóżka. Dochodziła piąta nad ranem. Kark rwał potężnie, głowa od wypitego na czczo alkoholu pękała w szwach. Wspomagany jedynie promilami żołądek trawił wątrobę, albo na odwrót. Stałam się prawdziwą artystką.
Stojąc przed lustrem, podjęłam najważniejszą w moim życiu decyzję: Nie dam się, dopóki nie sczeznę, będę pracować nad moim talentem.W cudownym nastroju ruszyłam do pracy.
Pani Zosia przywitała mnie uśmiechem, podstawiając pod nos kubek z gorącą kawą i kanapkę z twarożkiem. Uznałam, że jej mogę opowiedzieć o moich planach i o pierwszym fanie, że to być może jedyna osoba na świecie, która nie tylko zachowa moje zwierzenia w tajemnicy, ale jeszcze zrozumie i wesprze. Tak, na panią Zosię mogłam liczyć.
Jak bardzo się pomyliłam, okazało się pod koniec dnia. Jedna ze starych bab pracujących w skarbcu nazwała mnie „naszą pisareczką”, a pan Kazio z ochrony poprosił o autograf.
W porze lunchu znów rozsiadłam się na kanapie dla klientów i zaczęłam klepać w klawiaturę laptopa: Agnieszka, przepraszając opatrzność za chwilę zapomnienia, od dwudziestu trzech godzin usiłowała wycisnąć z siebie bękarta, którego przyjdzie jej wychowywać samotnie. To oznaczało pożegnanie ze świetlaną karierą.
Zastanowiwszy się, wykasowałam wcześniejszą adnotację na temat pozytywnej próby HIV. Chciałam, aby żyła długo i nieszczęśliwie.
Od klawiatury oderwało mnie pukanie w szklane drzwi od strony centrali. Tomasz! Pokazywał palcem torebkę z chińskim żarciem.
Podskoczyłam jak zakochana nastolatka, oblekając twarz w najszerszym uśmiechu na jaki mogła pozwolić budowa mojej szczęki. Otworzyłam drzwi.
– Jak idzie? – zapytał z progu, obdarzając mnie pocałunkiem w policzek.
– Dziękuję, nie wiem co się dzieje, ale naprawdę dobrze. Nigdy…
– Myślę, że giętki umysł potrzebuje kalorii.
Poczułam się tak szczęśliwa, jak w dniu, w którym na moje konto wpłynęła trzynastka. Może to ten wymarzony? Znów będę szczęśliwa!
Gdy ja raczyłam się, kurczakiem w sosie słodko–kwaśnym, Tomasz czytał strony mojej pierwszej powieści.
– Małgosiu – odezwał się. Nie bardzo się znam… ale można by jeszcze popracować nad postaciami. Są zbyt płaskie, brak im charakteru…
Czułam, że pode mną zapada się ziemia. Nie chciałam stracić Tomasza! Wytężyłam umysł.
– Jednowymiarowe! – wykrzyknęłam, popisując się zdobytą wiedzą.
– Ej, ty już mówisz jak pisarka.
Uśmiechnęłam się triumfalnie.
– A może – ciągnął – co powiedziałabyś na piwko, jutro? O osiemnastej? Na Foksal jest taka sympatyczna kawiarenka.
Mówił tym swoim jedwabistym głosem inteligenta, a ja patrzyłam na jego usta i gdyby nie stolik dla petentów, który ograniczał moje ruchy, wpiłabym się w te mięsiste wargi i…
– Małgosiu, to co, o osiemnastej?
– Tak – odpowiedziałam, a moją twarz oblał bordowy rumieniec, odwróciłam głowę w stronę ekranu, na którym zmieniały się notowania akcji na warszawskiej giełdzie.
– Przepraszam, prawie zapomniałem. Muszę wracać do pracy – powiedział – za dziesięć minut ogłoszą nastroje amerykańskich konsumentów.
Boże, a co z moimi nastrojami, czyżby ich nie dostrzegał?
Wstał, ja też. Wspięłam się na palce, a jego ciepłe usta wylądowały na moich i czułam, że płonę, że jeszcze chwila… Pocałunek trwał ułamek sekundy, był jak delikatne muśnięcie letniego wiatru, lecz w mojej duszy wywołał wichurę. Stałam ogłupiała, wpatrując się w plecy pięknego Tomasza. Szedł w kierunku przeszkolonej windy. Zdjął z szyi kartę magnetyczną i przeciągnął w czytniku przy windzie. Sposób w jaki dotykał karty, jeszcze bardziej pobudził moje zmysły.
Tegoż wieczoru, mimo targających mną wichrów namiętności, wzięłam się w garść i zaczęłam tworzyć. Tomasz mnie za to pokocha. Już nigdy nie będę samotna!
Na początek wykasowałam wyrywki dotyczące aktu zapłodnienia oraz w ogóle dzieciaka mojej bohaterki. W zamian napisałam dla niej scenę, w której wpada do łóżka przystojnego szejka. Doznaje upojnych chwil przy nauce Kamasutry, a następnie wraca na lotnisko obładowana sprezentowaną przez kochanka biżuterią. Do paska jej torebki przytroczony jest najnowszy model smartfona, przez który kochankowie mieli toczyć długie rozmowy o sztuce oraz oddawać się samogwałtom na oczach obserwującego. Agnieszka wracała do domu wystrojona w szynszyle. Czy w Singapurze jest odpowiedni klimat na futro? „Do sprawdzenia klimat Singapuru”, odnotowałam na żółtej karteczce samoprzylepnej i udałam się na zasłużony odpoczynek.
We wtorek w banku klientów było niewielu. Czas dłużył się niemiłosiernie.
O osiemnastej pojawiłam się w kawiarence na Foksal. Przyciemnione światła, płonące świece.
Dostrzegł mnie od razu, pewnie za sprawą tego magnetyzmu, który przyciąga do siebie kochanków.
Odebrał mi płaszcz i odsunął fotel, aby dama mogła usiąść. Zamówiliśmy dwie Korony, nachos z wołowiną, enchilladas z kurczakiem i sosem guacamole oraz chili con carne. Spodobał mi się jego apetyt.
– Małgosiu – zaczął, a ja czułam jak moją twarz oblewa rumieniec. – Nigdy się do tego nikomu nie przyznałem, ale ja też kiedyś marzyłem o tym, żeby pisać.
– Tak?
– Zabrakło mi cierpliwości. Tym bardziej jestem pełen podziwu dla ciebie. Osoba tak energiczna, wydaje się, że trudno ci usiedzieć w miejscu, zmusza się do ślęczenia przed monitorem. Już samo to jest dla mnie wyczynem. Imponujesz mi.
Słuchałam jego słów, powoli sącząc przednie piwko i racząc się kolacją. Czułam jak rosnę, jak moje włosy gęstnieją. Że go kocham!
Po kolacji odwiózł mnie do domu. Odprowadził pod bramę. Chciałam go zabrać do mieszkania i rzucić na kanapę, a potem kochać się do nieprzytomności. Podczas gdy on podniósł do swoich ust moją dłoń i złożył pocałunek. Trafiłam na dżentelmena. Trudno, poczekam.
Następnego dnia piękny Tomasz znów pojawił się w porze lunchu. Tym razem przyniósł sałatki z pobliskiego baru i precle. Zdawał się mocno rozczarowany, że od wczoraj przybyła mi tylko jedna strona. Ciarki przeszły mi po plecach na myśl, że go stracę. Muszę się bardziej wysilić. Od tego zależy moje życie.
Dwie nowe strony, które pokazałam Tomaszowi następnego dnia wprawiły go w wisielczy nastrój. Reakcja wydawała się przesadzona. Z drugiej strony wiedziałam, że sam próbował pisać, co czyniło z niego człowieka wrażliwego. Uwielbiałam wrażliwców w okularkach, w dodatku wysokich z blond czupryną i szeroką klatą. Na koniec rozpogodził się, zacierając tym samym moje chore wątpliwości.
– Mój wuj ma chatkę nad Zegrzem, w tym sezonie nie zamierza z niej korzystać. Może wybralibyśmy się tam w weekend? Może w nowym środowisku, blokada pisarska puści. Co powiesz?
Zerwałam się z kanapy i jak mała dziewczynka zaczęłam podskakiwać. Piękny Tomasz zabierał mnie na weekend do maleńkiej chatki. Będę pisać w cieple kominka. A on będzie mnie wspierać dobrym słowem, masować obolały kark, będziemy sączyć wino i kochać się do upadłego. Znów pisać i znów się kochać. Jak bardzo bliska byłam prawdy, okazało się już wkrótce.
– To co? W piątek po pracy? – zapytał. Nawet moja szalona reakcja go nie odstraszyła!
– Nie mogłeś mnie bardziej uszczęśliwić – wyznałam.
W piątek piękny Tomasz nie pojawił się z lunchem, odetchnęłam z ulgą. Pochłonięta marzeniami o cudownym weekendzie we dwoje, od wczoraj nie napisałam zdania. Gdyby on się o tym dowiedział, pewnie odwołałby zaproszenie. Zniknął z mojego życia. Do diabła, muszę się sprężyć. Znalazłam idealnego faceta!
O osiemnastej, taszcząc walizkę przez zwały brudnego śniegu, zmierzałam na parking za Teatrem Narodowym, aby spotkać się z mężczyzną, który zabierze mnie na weekend we dwoje.
Szarpiąc się z torbą i przedpotopowym laptopem, próbowałam obejść kałużę wielkości rozlewiska, gdy obok przystanęło czarne audi A5.
Piękny Tomasz w czarnej skórze na jasnym futrzanym podbiciu, w jeansach i jaśniutkich Caterpillar’ach podszedł do mnie, przytulił do piersi i lekko pocałował w usta. Otworzył drzwi i zaprosił na obite białą skórą podgrzewane siedzenie. Przy dźwiękach „Young gods”, wyruszyliśmy na spotkanie miłości i weny.
Chatka wuja, okazała się dwupiętrową willą z drewnianym tarasem dochodzącym aż do brzegu jeziora. Gdyby nie zima, moglibyśmy popływać motorówką. Nie dostrzegłam słabych stron, przynajmniej dłużej poleżymy w łóżku.
Weszłam do środka i zaniemówiłam. Otwarta przestrzeń, w której dominowały beż, złoto i głęboka czerwień. Salon z kuchnią, urządzony ultranowocześnie, wydawał się przytulny. Spojrzałam na wielgaśną bordową kanapę przed kominkiem pokrytym złocistymi kamiennymi panelami.
Oczami wyobraźni widziałam, jak wymieniamy czułości.
– Masz ochotę odświeżyć się przed kolacją? – zapytał piękny Tomasz swoim jedwabistym głosem, jednocześnie masując mi kark.
Miałam! W jego silnych ramionach. Złapał mnie za rękę i poprowadził do łazienki. Łazienki?
Do greckiej łaźni z wanną wielkości basenu, zatopioną w podłodze. Ogniki świec igrały, odbijając się od złocistych kafelków. Stąpałam po grubym dywanie prowadzącym do wanny, zdejmując z siebie pojedyncze sztuki odzieży, wyginałam ciało we wdzięczne pozy jak bohaterki Nory Roberts. Naga zanurzyłam się w ciepłej kąpieli i zorientowałam się, że równie nagi, piękny Tomasz nie mógł widzieć moich wyczynów. Pojawił się w drzwiach, trzymając w dłoniach dwie lampki czerwonego wina. Dostrzegłam też… a niech mnie! Czegoś takiego nie widziałam jak żyję!
Całowaliśmy się gwałtownie, potem mój kochanek wymył mi plecy pianą. Znów się całowaliśmy. Dotykał moich piersi i czułam, że jeszcze chwila… Złapałam dłonią jego, mój Boże, ogromnego i delikatnie pieściłam. W głębokiej kąpieli nie ryzykując, że się utopię, odnalazłam odpowiednią pozycję, aby go posiąść, mieć… To maaaszsz
Po wszystkim poczułam niepokój. Byliśmy sami w posiadłości otoczonej lasem nad brzegiem jeziora. I nikt, nawet moja matka, nie widział gdzie jestem. Powinnam sprawdzić sygnał komórki, ale to mogło poczekać.
Owinięta w kaszmirowy szlafrok, siedziałam na kanapie, zajadając makaron, ręczny wyrób włoskiego rzemieślnika, z małżami w pikantnym sosie z dodatkiem kolendry, czosnku i cukru z trzciny.
– Opowiedz mi o swojej rodzinie – zagaiłam.
– A, widziałaś mój dowód… – zaśmiał się. – Wychowałem się w domu dziecka.
– Tak mi przykro – powiedziałam, pocałowałam go w usta, a on znowu wziął mnie w ramiona.
Następnego dnia obudził mnie zapach kawy. Poderwałam się z łóżka. Rozejrzałam się, coś burzyło harmonię tego, przytulnego gniazdka wielkości hangaru. To miejsce kojarzyło się z więzieniem. Wzdrygnęłam się.
– Dlaczego tu wszędzie są kraty? – zapytałam.
– To taka fobia wuja. Kochał to miejsce, ale bał się ciszy.
Bał? Nie żyje? Zaskoczył mnie czas przeszły, czy przypadkiem w środę Tomasz nie powiedział, że wuj użyczył mu domu, bo nie zamierzał z niego korzystać w tym sezonie? Może to ta moja wyobraźnia. Tymczasem zbliżał się do mnie z tym swoim pięknym uśmiechem na ustach i było w tym coś nierzeczywistego, podobnie jak ten ekskluzywny dom na uboczu z zakratowanymi oknami.
– Śniadanie podano – wyrecytował. Na tacy znalazła się czerwona różyczka. Na posiłek składały się tosty z jajkiem i pomidorami oraz sałatka owocowa z jogurtem i odrobiną musli. – No już, zbieraj się, idziemy na spacer.
Kilka godzin  ślizgaliśmy się po zamarzniętym Zegrzu. Śmialiśmy się jak dzieci, próbując naśladować łyżwiarskie duo. Mój kochanek okazał się świetnym łyżwiarzem. Co prawda bez łyżew w swoich Caterpillar’ach, ale mogłam mu zaufać. Gdy wpuszczał moje ciało w spin, a po obrocie łapał za dłoń, czułam się jak partnerka zawodowca.
Po powrocie oddałam się pisaniu, a on poszedł narąbać drew do kominka. Gdy pachnący świeżym powietrzem i wodą toaletową, wrócił do domu, zastał mnie skuloną i zapłakaną, wciśniętą w róg kanapy.
– Co się stało? – zapytał.
– Nie idzie mi. Blokada! Dialogi bania. Bohaterowie identyczni. Miałam pomysł na fabułę, a teraz wydaje się idiotyczny.
– Zrobię herbaty, dobrze?
– Tak, myślę, że to rozwiąże mój egzystencjalny problem! – Mój sarkazm był nie na miejscu. Facet zabrał mnie na weekend. Powinnam mu być wdzięczna. A ja się odpłacałam… – Przepraszam, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało.
– Daj spokój, każdy miewa gorsze dni.
– No tak, ale niekoniecznie w czasie upojnego weekendu z pięknym Tomaszem – wymsknęło mi się.
– Jak mnie nazwałaś? – zapytał i wybuchnął śmiechem i nie mógł się uspokoić, jego twarz purpurowiała, a oczy zalewały łzy.
Też się śmiałam, potem piliśmy herbatę. Wreszcie blokada puściła. On masował mi stopy, a ja dopisałam sześć stron. Wysłałam Agnieszkę w podróż służbową do Pragi, gdzie uzgadniała szczegóły dotyczące połączenia dwóch banków. Od efektów negocjacji zależała jej przyszła kariera.
– Piękne, wreszcie akcja się spiętrza. Jeszcze kilka takich scen i zaczniemy zamykać wątki – powiedział.
Odstawiłam laptop i rzuciłam się na niego jak napalona orka. No cóż, byłam napalona. Wkrótce doprowadziłam siebie, a potem jego do największego orgazmu na planecie Ziemia.
W cieple płonącego kominka, przez całą noc śniłam w kolorach.
W niedzielę dostrzegłam smutek na jego twarzy. Bałam się zapytać o przyczynę.
– A może chciałabyś tu zostać dłużej? – zapytał, a pode mną ugięły się nogi.
– To znaczy, że nie masz narzeczonej ani żony, że to nie koniec? – wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu, aż zakręciło mi się w głowie.
– Ja już nie mam urlopu. Wykorzystałem na szkolenie. Latem byłem w Nowym Jorku i odbyłem coś w rodzaju stażu na Wall Street – powiedział to tak, jakby opowiadał o spacerze po parku. Nie było w tym pretensji ani zadzierania nosa. Za to pokochałam go jeszcze bardziej. – Mógłbym stąd dojeżdżać do pracy. Został mi jeszcze tylko tydzień. Trzy miesiące temu złożyłem wymówienie – mówił. Brzmiało to jakby myślał na głos. To było sexy. – Ty mogłabyś pisać. Czy to dobry pomysł?
– Wszystko dzieje się tak szybko… – tylko tyle zdołałam z siebie wykrztusić.
Jednak on zrozumiał, pocałował w usta, a potem w szyję.
– Zasługujesz na to i nie mów, że o czymś takim nie marzyłaś.
– Marzyłam, ale…
Siedział naprzeciwko mnie na kanapie ze skrzyżowanymi nogami, pochylony lekko do przodu, zielone oczy wpatrzone w moje piwne, a na jego twarzy malował się lekki uśmiech. Jakiż piękny! Przecież miałam dwa miesiące zaległego urlopu. No bo z kim i dokąd miałabym jechać? Kadrowa od dawna suszyła mi głowę o ten urlop.
– Zostanę! – wykrzyknęłam i roześmiałam się w głos.
Zadzwoniłam do szefowej. Choć w zwykłych okolicznościach nie odważyłabym się zawracać jej głowy w niedzielę i poprosiłam o dwa tygodnie urlopu.
– Będę pisać i może uda mi się skończyć moją pierwszą powieść – powiedziałam z uśmiechem.
Tomasz wstał, podszedł do lodówki i wyjął butelkę Moet’a. Resztę wieczoru spędziliśmy na kanapie, na przemian oddając się pieszczotom i sącząc szampana z gwinta.
Byłam zbyt zajęta, aby zastanowić się nad cudownym powrotem zasięgu, dzięki któremu udało mi się załatwić urlop. A powinnam.
Gdy się obudziłam, byłam sama. Założyłam szlafrok i po raz pierwszy weszłam na górne piętro willi. Nie powiem, żeby wcześniej nie zżerała mnie ciekawość, ale czas mijał tak szybko, że nie przyszło mi do głowy, aby poprosić o oprowadzenie po reszcie domu. Miejsca, po których mnie prowadzał, dostarczały wystarczających wrażeń. Wspięłam się po schodach. Na górze znajdowały się dwie sypialnie. W oknach też zamontowano kraty. Otworzyłam okno i dotknęłam żelastwa. Karata nie było przyspawana, lecz stanowiła integralną część okiennej framugi. Wystawała na odległość pół metra i przyszło mi do głowy, że gdyby łobuzeria próbowała wybić szybę i tak nie byłaby w stanie wejść do środka. Ale każdy kij ma dwa końce.
Przed oczami stanęły mi postacie z powieści, w których ześwirowani antagoniści więzili  protagonistów. Pomyślałam o „Skeczu zwanym Morderstwem” Wolskiego,, „Instytucie” Żulczyka. Przez głowę przewijały się obrazy z filmów „Kolekcjoner”, „Doskonały świat”. „Misery”, „Uprowadzona”, „Cela”…
– Zostałam porwana! – wyrwało mi się z głębi płuc.
Mój oprawca uwięził mnie w domku na bezludziu. Wykorzysta, zabije i zatopi moje ciało w jeziorze.
Schody, które chwilę wcześniej pokonałam w mig, w tamtym momencie zdawały się nie kończyć. Biegałam na złamanie karku, a wszystko działo się jak na zwolnionym filmie. Upłynęła wieczność zanim znalazłam się w salonie, gdzie potykając się o meble (Boże, ile tam było gratów!) dotarłam do drzwi i nacisnęłam klamkę. Ani drgnęła. Byłam uwięziona, a moje dni policzone.
Łkając z bezradności, osunęłam się po framudze frontowych drzwi, przykucnęłam w rogu i zakryłam twarz dłońmi.
– Koniec z teatralnymi pozami – powiedziałam do siebie.
Podniosłam się z kucek i ponownie obejrzałam drzwi: wielgaśna sztaba zamku antywłamaniowego była zasunięta. Ale zaraz… moment, na jej końcu znajdowała się metalowa gałka. Spoconą dłonią przekręciłam. Sztaba odsunęła się. Nacisnęłam klamkę. Pchnęłam drzwi i pędem wybiegłam na dwór. Chłód mnie otrzeźwił.
Jeden weekend w ramionach ukochanego, moja twórczość, te posiłki, taniec na lodzie, miłość, szampan. Miało prawo rzucić się na mózg starej panny z odzysku.
Gdy bose stopy zaczęły przymarzać do betonowego podjazdu, postanowiłam wrócić do domu. Zasłoniłam okna firankami, starałam się nie myśleć o kratach. Napełniłam grecką wannę i usadowiłam się w kąpieli.
Przez resztę dnia pisałam. Ale nie o losach Agnieszki. Postanowiłam napisać o nagłym zwrocie w moim życiu. Historię już miałam w głowie. Przebłysk geniuszu, jakby wena spłynęła na mnie. Otworzyłam nowy plik. Nazwałam go „Po prostu bądź” i zaczęłam: „Nazywam się Małgorzata Wasiak, mam trzydzieści dwa lata. Od trzech jestem rozwódką, a od dwóch nie uprawiałam seksu.”
Wylewałam z siebie zdania, akapity, strony i nie mogłam się zatrzymać. Byłam skoncentrowana i zdeterminowana, drżałam z podniecenia, a oczy zalewały mi łzy. Czasem śmiałam się w głos, a pisząc sceny erotyczne dwa razy doprowadziłam się do orgazmu. Słowa wypływały ze mnie jak woda z górskiego źródełka.
Nie zauważyłam, kiedy piękny Tomasz wrócił do domu. Zrzucił z siebie przemoczony płaszcz i usiadł koło mnie w eleganckim garniturze objął za szyję i zaczął całować. Nie wiedzieć kiedy znaleźliśmy się w wannie.
Siedzieliśmy w kąpieli, a ja opowiadałam jak upłynął mój pisarski dzień. Wyznałam, że weszłam na wyższy stopień wtajemniczenia. Mówiłam o stanie nieprawdopodobnej koncentracji, w którym wyrzuciłam z siebie jedenaście tysięcy słów. Słuchał z uwagą. W jego oczach widziałam cudowny blask, czułam, że rozumie i cieszy się z mojej nirwany. Znowu przywarliśmy do siebie, w ściany greckiej łaźni powtarzały echem nasze jęki.
Popijałam herbatę z róży i wpatrywałam się w Tomka. Czytał. Na twarzy malował mu się uśmiech, podziw… irytacja? Nienawiść?! Nie spodobało mu się, że o nim pisałam? Być może. Przecież nie każdy to lubi. A jednak reakcja wydawała mi się przesadna. Tomek zmieniał się na moich oczach. Z razu piękny i wyprostowany, garbił się i zapadał w sobie jakby królewna pocałowała księcia, a on zamieniał się w żabę. Nie! Musiało mi się przywidzieć. Był obok, pachniał sobą, nie wyczułam odoru bagiennej siarki. A jednak coś się zmieniało. Może powinnam wstać i pod byle pretekstem wyjść z wanny.
– A co z twoją powieścią? Będziesz ją pisać dalej, prawda? – odezwał się, gdy skończył.
– Szczerze mówiąc – zaczęłam, przezornie podnosząc się. – Nie wiem. To znaczy może do tego wrócę. Tylko brak mi doświadczenia. Dopiero co zapisałam się na ten kurs, nic nie umiem i mam wrażenie, że porwałam się z motyką na księżyc. Pewnie stąd ta blokada i niechęć do pisania.
Spojrzał na mnie ze wściekłością. Zrobiłam krok w tył, potem następny.
– Ja nie chcę czytać twoich zwierzeń! – krzyknął. – Chcę powieści, chcę przeczytać skończoną powieść! Rozumiesz?
Cofnęłam się o kolejny krok, ale od drzwi dzieliło mnie co najmniej dwadzieścia metrów. Pieprzony hangar, przyjdzie mi tu zginąć z rąk psychopaty. Musiałam się bronić.
Tomasz wyszedł z wanny. Zbliżał się do mnie powoli. Jego twarz zbladła, szczęka drżała. Ogarnął mnie lęk. Złapał mnie za ramię. Brutalnie przyciągnął do siebie mój podbródek i zaczął całować. Byłam oszołomiona. Z jednej strony bałam się, z drugiej moje ciało zalewała fala podniecenia. Wyrwałam się z objęć i cofnęłam się parę kroków. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Nie poruszył się, tylko przewiercał mnie wzrokiem, o mały włos, nie zsiusiałabym się ze strachu.
– Małgosiu, proszę cię tylko o jedno. Skończ tę powieść! Potem pisz co zechcesz.
– Chcę wracać do domu – wyszeptałam.
– Nie, nie wrócisz, dopóki nie skończysz powieści.
– Żartujesz sobie, prawda? – Poczułam, że wstępują we mnie nowe siły.
Ale po jego twarzy poznałam, że nie żartował. Zielone oczy, w których kilkanaście minut wcześniej widziałam uwielbienie, ekstazę i radość, teraz wydawały się puste. Szczęka drgała jeszcze mocniej. Zacisnął dłonie w pięści i przygryzał dolną wargę. Miałam wrażenie, że w jego głowie dwie namiętności toczą walkę na śmierć i życie. Lecz obojętnie, która z nich wygra, mój los został przesądzony.
Przebiegłam przez salon, dotarłam do przedpokoju, jedną ręką zdjęłam z wieszaka płaszcz, stopą wymacałam kozaki i wzułam je. Wolną ręką dotknęłam gałki od zasuwy. Przekręciłam, nacisnęłam klamkę. Ale drzwi nie otworzyły się. Były zamknięte na wszystkie sztaby.
– Klucz – wrzasnęłam. – Rzuć mi cholerny klucz!
– Małgosiu, poczekaj, porozmawiajmy – Tomasz wrócił, przemawiał do mnie jedwabistym głosem: – Nie chciałem cię przestraszyć. – Miałem ciężki dzień. Wczesna pobudka i przedzieranie się do ciebie po zakorkowanej Warszawie. Przepraszam. To nadmiar emocji. Straciłem głowę. Wybacz mi, proszę – powiedział.
Myślałam, że rozbeczy się i nastraszy mnie jeszcze bardziej. Jednak uśmiechnął się jak mały chłopiec. Ruchem głowy strzepną z twarzy kosmyk włosów i wyciągnął do mnie dłoń. Jego oczy błyszczały, twarz przybrała znajomy wyraz. Znów był tym samym kochanym facetem. Znowu straciłam dla niego głowę.
Tego wieczoru przenieśliśmy się do sypialni na piętrze. Tomasz zasnął, wtulony we mnie tak mocno, że nie mogłam się poruszyć. Gdy obudziłam się, jego nie było. Otulona w szlafrok zeszłam do salonu i podbiegłam do wejściowych drzwi. Były zaryglowane na cztery spusty. Po plecach przeszedł mnie dreszcz. A jednak coś tu było bardzo nie tak.
Spojrzałam na panoramiczne okno, wyglądające na taras i pobiegłam w tamtą stronę. Nigdy nie podchodziłam do tamtych drzwi. Ale na zdrowy rozum, nikt nie instaluje zamka w drzwiach prowadzących na balkon. Z drugiej strony nikt nie instaluje w oknach krat, które dokładnie przysłaniają widok. Zgodnie z podejrzeniami klamka ani drgnęła. Dostrzegłam maleńki zamek w uchwycie. Nagle opanowała mnie wściekłość tak silna, że przestałam nad sobą panować. Dostrzegłam żeliwny stolik do kawy, zrzuciłam z niego srebrną statuetkę anioła i z wysiłkiem podniosłam stół nad głowę. Ręce drżały z wysiłku. Czułam, że łokcie wychodzą mi drugą stroną, a jednak zamachnęłam się i uderzyłam nogami stolika w sam środek panoramicznej szyby. Stół odbił się od niej i wylądował na terakocie, tłukąc kilka kafli. Ale szyba pozostała nietknięta.
Rozejrzałam się po salonie, uwagę przykuły drzwiczki starej komody w rogu pokoju. Podeszłam i otworzyłam. Moim oczom ukazał się arsenał broni myśliwskiej. Trzy strzelby. Wzięłam do rąk najmniejszą i odbezpieczyłam. Wymierzyłam w kanapę i pociągnęłam spust. Broń nie była naładowana. Jednak musiały tu być również naboje. Na dnie komody dostrzegłam tekturowe pudełeczka. Wiktoria! Naładowałam najlżejszy z karabinków dwoma nabojami. Do kieszeni szlafroka wsypałam resztę amunicji z pudełka. Byłam uzbrojona po zęby i gotowa na wszystko. Odstawiłam na miejsce żeliwny stolik. Musiałam zatrzeć ślady paniki. Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się w gruby dres. Na wypadek, gdybym musiała uciekać przez las, może tak od razu nie zamarznę. W szlufki spodni wetknęłam dwa kuchenne noże. Przez ramię przewiesiłam karabinek. Zmęczona nadmiarem emocji, usiadłam w przedpokoju i oparłam głowę o drzwi wejściowe. Zapadałam w sen, to dobrze, dochodziła czternasta, o ile mój oprawca nie zmieni planów, miałam co najmniej cztery godziny na odpoczynek. Potrzebowałam siły. Tylko co ja właściwie chciałam mu zrobić?
Zabić?! I jak zamierzałam z tym potem żyć? Z krwią na rękach?! Co też przyszło mi do głowy. Nawet karaluchy litościwie wyrzucałam za okno. Brzydziłam się surowego mięsa, bo czułam nudności od zapachu obcej krwi.
Poszłam do kuchni. Zaparzyłam sobie kawę.
Upiłam łyk i zaczęłam analizować sytuację. Jedynym dowodem na to, że Tomasz miał niecne zamiary, była ta wczorajsza awantura. No i zamknął mnie w domu. Reszta to tylko przeczucia. Musiałam zdobyć namacalne dowody na to, że mam do czynienia ze świrem.
Po trzeciej dawce kofeiny miałam nowy plan.
Pobiegłam do sypialni i wydobyłam z torebki opakowanie stilnoxu. Lekarz rodzinny wypisał mi go, gdy narzekałam na bezsenność po rozstaniu z Łucjanem. Po przestudiowaniu ulotki, nie odważyłam się go zażyć. Nie zamierzałam wpaść w sidła uzależnienia. Ale „pamiątkę” po mężu zawsze miałam przy sobie.
Nie wiedziałam, ile tabletek mogę podać Tomaszowi, aby go porządnie uśpić, ale nie zabić. Uznałam, że cztery to rozsądna dawka. Potem zamierałam przeszukać jego rzeczy i dowiedzieć się, co jest grane.
Roztarłam na proszek, zawinęłam w aluminiową folię i wsunęłam do kieszeni. Naładowany karabinek i białą broń umieściłam pod kanapą. Resztę noży i siekierkę do mięsa schowałam do kuchennej szafki.
Wyjęłam z lodówki kurczaka, starannie natarłam ziołami, obrałam ziemniaki, marchew i cukinię, posoliłam obficie bakłażany, aby puściły gorycz. Przygotowywałam królewską kolację. Musiałam uśpić czujność świra, który zamknął mnie w domku na cholernej prerii.
Gdy skończyła, odpaliłam laptopa i o dziwo wyrzuciłam z siebie kilka stron. Pisałam o perypetiach Agnieszki. Udało jej się doprowadzić do połączenia dwóch banków, za co spotkał ją awans. Scenę później w jej życiu pojawił się kolejny mężczyzna. Był nim jeden z udziałowców praskiego banku, któremu plan połączenia banków był nie na rękę. Facet przyjechał do Warszawy i obserwował Agnieszkę. Wreszcie, niby przypadkiem, natknął się na nią na służbowym raucie. W trakcie czarującej rozmowy namówił na piwko w kawiarence na Foksal. Niewiele brakowało, a w kolejnej scenie opisałabym dom nad Zegrzem. Nie wolno mi było tego robić.
Mój oprawca miał mnie zastać nieświadomą zamknięcia, szczęśliwą, w domu wypełnionym zapachem kolacji, oczekującą kolejnego cudownego zbliżenia. A było mnie za co nagradzać. Fakt, że seks i czułości były nagrodą za moją ciężką pracę nie budził już moich wątpliwości. Nie wiedziałam tylko czy umiem to dobrze rozegrać. Moja matka twierdziła, że moje emocje są wymalowane na mojej twarzy, że nie umiem udawać.
Włożyłam do piekarnika z grillem kurczaka, a do tego na parę warzywa. Nakryłam do kolacji na kuchennej wyspie, zapaliłam świece, a uznawszy, że to przesada, zdmuchnęłam. Odkorkowałam szampana. Napełniłam dwie lampki. Pierwszą doprawiłam odrobiną pokruszonych tabletek. Naszprycowany środkiem nasennym wzburzył się, lecz piana gwałtownie opadła. Po sekundzie nie różnił się od tego bez chemii. Wylałam do zlewu ten skażony i umyłam lampkę. Następnie przepłukałam usta czystym szampanem, żeby usprawiedliwić braki w butelce i wyplułam go do zlewu. Lampkę z resztką szampana postawiłam obok laptopa, a słysząc dźwięk nadjeżdżającego samochodu, pochyliłam się nad monitorem, udając pogrążoną w pracy pisarkę.
Usłyszałam odgłos przekręcanego w zamku klucza. Moje ciało oblał pot. Wychyliłam resztkę szampana i przybrałam najpiękniejszy z moich uśmiechów.
Najpierw w drzwiach dostrzegłam wielki kosz czerwonych róż, wreszcie dwie eleganckie czarne, papierowe torby, a na koniec Tomasza.
– Małgosiu, przepraszam za tę awanturę i za to, że cię tu zamknąłem na cały dzień. Ale bałem się, że odejdziesz, że nie dasz mi drugiej szansy.
Zamroczyło mnie. Czy to wszystko, to tylko wytwór mojej wyobraźni? Odruchowo rozejrzałam się, czy nie mam do czynienia z ukrytą kamerą. Nie, ja nie oszalałam… tu musiało się dziać coś złego.
– Za dwa tygodnie wyjeżdżam do Nowego Jorku – zaczął.
– Masz pracę na Wall Street? – starałam się udawać entuzjazm.
– Nie do końca… w sensie nie zaklepaną. Pojedziesz ze mną?
Widząc na mojej twarzy zakłopotanie, znów się odezwał:
– To dla ciebie. – Wręczył mi jedną z eleganckich toreb. Drżącymi dłońmi, miałam nadzieję, że wziął to na karb podniecenia, wyjęłam tekturowe pudełko i otworzyłam przykrywkę. Spod szeleszczącego, papieru wydobyłam kaszmirowy szal w kolorze fuksji. Owinęłam się nim dwa razy. Na miękkich nogach podeszłam do lustra. Wyglądałam bosko, widziałam to w jego oczach, patrzących na mnie z tafli lustra. Z drugim pudełku była sukienka, w identycznym kolorze.
– Dziękuję – wydusiłam z siebie. Kajający się Tomasz, prezenty, kwiaty i propozycja wyjazdu do Stanów. Nie ogarniałam. Jeszcze nikt nigdy, w tak krótkim czasie nie dostarczył mi tylu skrajnych emocji. To było dzikie! Podniecające! Wspięłam się na palce i musnęłam ustami jego usta. Oddech miał ciepły i taki słodki. Wziął mnie na ręce i zaniósł na kanapę. Dałam się ponieść miłości.
Potem wzięliśmy kąpiel. A gdy przebrana w nową sukienkę, otulona szalem wróciłam do kuchni, na stole dostrzegłam pęk kluczy. Spojrzałam ukradkowo, czy on widzi, że ja widzę.
– Możesz zrobić z nimi co chcesz. – Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, gdy nie mógł znaleźć noża do poćwiartowania kurczaka. Wskazałam głową na szafkę, w której umieściłam mój arsenał. W tym czasie napełniłam lampki szampanem, a do jednej wsypałam środki nasenne. Mieszanka piekielnie się spieniła, i niewiele brakowało, abym wylała ją do zlewu, lecz gaz opadł równie szybko jak poprzednio. Nie pomyślałam tylko o walorach smakowych. Ale na to było już za późno. Tomek spojrzał na mnie z uśmiechem.
– Tego żarcia nie powstydziłby się szef Ramsay – zauważył. Wyciągnął do mnie dłoń. Spoczywało na niej pudełeczko. A w nim złoty pierścionek z rubinem.
Zakrztusiłam się przeżuwanym kawałkiem kurczaka.
– To dla mnie? – zapytałam kompletnie skołowana.
– Czy zostaniesz ze mną, dopóki śmierć nas nie rozłączy? – zapytał i wychylił do dna przyprawiony szampan.
To może być najkrótsze narzeczeństwo świata, przeszło mi przez myśl w nagłym przebłysku świadomości.
– Tak – odpowiedziałam wbrew sobie.
– Nie mogłaś mnie bardziej uszczęśliwić – wyszeptał.
Nagle mój narzeczony poderwał się z krzesła i zaczął trzeć oczy. Fizycznie walczył ze snem.
– Coś było w tym szampanie, prawda? – zapytał.
– Szczerze mówiąc…
– Mam nadzieję, że nie przedobrzyłaś i się obudzę.
– Przepraszam, tak bardzo przepraszam – wydukałam, a po moim policzku spłynęła łza. – Pojedziemy na płukanie żołądka – mówiłam. – Tu gdzieś musi być szpital…
Nie słuchał. Trąc oczy, zataczał się w stronę kanapy. Położył się i od razu odpłynął w sen.
A jeżeli się już nie obudzi?! Czyżby to miało być najkrótsze narzeczeństwo świata?! Muszę wezwać lekarza! W panice przeszukałam kieszenie jego płaszcza. Może jego komórka ma zasięg? Co ja narobiłam. Telefon odnalazłam w saszetce. Nie było zasięgu. Co robić?! Podbiegłam do kanapy, przyłożyłam dłoń do jego szyi.
Puls miał powolny. Zbierając w sobie wszystkie siły, przewróciłam bezwładne ciało na brzuch. Pociągnęłam za ramiona, tak że jego głowa twarzą w dół zwisała z kanapy. Otworzyłam mu usta i wdekowałam palec w gardło. Wsunęłam i wysunęłam, a potem znowu. Najpierw zaczął się krztusić, a wreszcie puścił pawia wprost na moje kolana. Powtórzyłam zabieg po raz drugi i trzeci. Za każdym razem chlustała z niego cuchnąca mieszanka lekko przetrawionej kolacji. Dla pewności po raz czwarty podrażniłam jego gardło. Tym razem podłogę zalała żółć. Najpierw umyłam Tomasza, a potem podłogę. Na koniec wzięłam kąpiel. Odświeżona wróciłam do salonu. Tomasz spał, a ja gapiłam się na lśniący w świetle halogenu szmaragd. Znów ogarnęły mnie wątpliwości.
Ale byłam zbyt zmęczona, żeby doszukiwać się sedna. Niewiele brakowało, a zabiłabym człowieka!
To stanowczo za dużo jak dla kasjerki po przejściach.
Poszłam do sypialni i padłam na łóżko. Sen przeszedł momentalnie.
Obudził mnie alarm nastawiony w komórce Tomasza. Dochodził z salonu.
– Dlaczego nie wyłączysz tego cholernego… – cisnęło mi się na usta. Ale zaraz naszła mnie inna myśl. Czy to możliwe, żeby on nie żył? Poderwałam się jak i pobiegłam do salonu. W panice nie potrafiłam odnaleźć włącznika światła. Na szczęście rycząca komórka oświetlała kanapę.
Spojrzałam na Tomasza, leżał w dziwnej pozycji, jakby sparaliżowany w przedśmiertnym skurczu. Nie, to nie możliwe! Pójdę siedzieć! Jestem skończona.
Nie, moment, przyłożyłam dłoń do jego szyi i wyczułam puls. Żył, otumaniony środkami nasennymi, spał tak mocno, że nawet ryczący z siłą dwudziestu decybeli alarm nie był w stanie go obudzić.
Podniosłam komórkę i wyłączyłam budzik. Okryłam pledem narzeczonego i już kompletnie rozbudzona, choć niekoniecznie wyspana, usiadłam w fotelu obok i przyglądałam się jego smukłej sylwetce. „Czy zostaniesz ze mną dopóki śmierć nas nie rozłączy?” – czy nie takich słów właśnie użył?
Poszłam do kuchni, żeby zrobić sobie kubek kawy. Zahaczyłam nogą o pasek. Podniosłam go stopą i odebrałam ręką. Saszetka Tomasza.
Zapaliłam światło nad kuchennym wyciągiem, włączyłam ekspres i co chwila zerkając na Tomasza, zajrzałam do saszetki. Prawo jazdy, dowód rejestracyjny od razu odłożyłam, jak również gruby zwitek banknotów spięty srebrną spinką. W zapinanej kieszonce znalazłam zdjęcia. Na pierwszym drugim i trzecim Tomasz obejmował starego mężczyznę. Jęk Tomasza sprawił, że odłożyłam zdjęcia.
Podeszłam do kanapy. Był blady jak ściana. Usiadłam obok, a on złapał mnie za rękę. Wydawał się bezbronny jak dziecko.
– Co ja narobiłam, kochanie, tak strasznie przepraszam – wyszeptałam. Objął mnie czule, choć ledwo miał siłę usiąść. Pocieszał mnie. On mnie?! Wybuchnęłam płaczem.
– Bidulku, sierotko ty moja – szeptałam. – Nigdy nie zaznałeś domowego ciepła, a ja chciałam…
Usłyszałam, jak zaczyna się krztusić. Spojrzałam na niego, jego oczy zaszły łzami i widziałam, że robił się coraz bledszy, ale wciąż zanosił się śmiechem.
– Tomku, Tomciu, Tomeczku – powtarzałam i kiwałam się w przód i w tył jak popaprana katatoniczka. Nie mogłam przestać.
Otrzeźwiło mnie chrapanie. To dobrze, sen leczy rany. Tym razem zachowywałam się jak moja babcia.
Jednak wciąż czułam niepokój, już nie o życie Tomasza. Coś tu śmierdziało.
Wróciłam do kuchni. Podniosłam z blatu zdjęcia. Na czwartym była Agnieszka, aktualna mojego eksa, w objęciach Tomasza na tarasie chatki nad jeziorem. Agnieszka wymieniająca z Tomaszem gorące pocałunki. A na piątym Agnieszka z moim eks, wsiadająca do naszego samochodu.
Wszystko wydało mi się jasne. Złapałam za kluczyki od auta i już chciałam wyjść, gdy na mojej drodze stanął Tomasz.
– Dokąd to? – zapytał tym samym głosem co poprzedniego wieczoru, znów omal nie zsiusiałam się ze strachu. Spojrzałam w jego zimne, puste oczy i zmusiłam się do lekkiego uśmiechu.
– Już wstałeś?
Silny cios prosto w policzek sprawił, że zachwiałam się na nogach.
– Kto dał ci prawo, żeby grzebać w moich rzeczach?
– Prawo?! – krzyknęłam. – To był mój obowiązek!
Podszedł bliżej, znów się uśmiechał.
– Skończ tę powieść. Tylko o to cię proszę.
„Serio? A jeżeli skończę, to puścisz mnie wolno”, miałam na końcu języka, ale nie ośmieliłam się odezwać. W myślach dopisałam scenariusz: Jeżeli spełnię to życzenie, pozbędę się karty przetargowej. Zabije mnie. Oczami wyobraźni widziałam jak wlecze moje martwe ciało na plażę i zatapia w jeziorze. Wybuchnęłam histerycznym śmiechem i nie mogłam się uspokoić. Patrzył na mnie z niedowierzaniem.
– Chcesz, żebym cię zabił teraz?
Nie odezwałam się, spuściłam oczy. Czekałam na cios. Ale nie nastąpił.
– Niedoczekanie! Skończ tę powieść! – dorzucił.
Przygryzłam wargę, żeby nie wybuchnąć płaczem.
Wpakowałam klucze od domu do kieszeni i drżąc na całym ciele podeszłam do kanapy. Co chwilę spoglądałam na niego nerwowo, podczas gdy on uspakajał się, znów na jego twarzy zagościł piękny uśmiech. Siedziałam na kanapie, nogi podrygiwały mi w nerwowym napięciu. Jeszcze chwila, a zemdleję ze strachu. Próbowałam udawać najwyższy stopień koncentracji, klepałam w klawiaturę: „Spokojnie, spokojnie, spokojnie” na przemian wydychając i wciągając powietrze. Musiałam się opanować.
Wreszcie odstawiłam laptopa. Podniosłam się mierząc w niego z karabinu, który poprzedniego dnia włożyłam pod kanapę. Kiedy cofałam się w stronę drzwi, nie odezwał się słowem.
– To ty dopiszesz koniec tej historii! – zawyrokowałam
– Co? – Jego blada twarz stała się przezroczysta. Kochałam go, Bóg mi świadkiem, że taki bezbronny i oszołomiony wydawał się bardziej seksi niż kiedykolwiek.
– Wrócę na następny weekend. Spraw się dobrze, a spotka cię nagroda – oznajmiłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi, po czym zaryglowałam je na wszystkie zasuwy.
Mroźne powietrze sprawiło, że wstąpił we mnie nowy duch. Byłam szczęśliwa. Życie stało przede mną otworem i już nic nie mogło pokrzyżować moich planów. Usiadłam za kierownicą i odpaliłam silnik.
Zakorkowana o tej porze Warszawa nigdy nie była mi bardziej domem. Miałam też drugi dom, chatkę na wsi, a w niej narzeczonego, który zadba o to abym była szczęśliwa.”
Oderwałam się od klawiatury i rozejrzałam po skromnym wnętrzu mojej kawalerki. Skończyłam pierwszy rozdział powieści. W sumie mógłby stanowić odrębne opowiadanie. Postanowiłam posłać je na konkurs.

6 myśli nt. „Po prostu bądź”

  1. Hej, nie rezygnuj z pisania! Świetnie ci idzie! Ja też piszę od kilku lat, mam na koncie 3 niewydane powieści i nie zamierzam zrezygnować z marzeń o wydaniu. Właśnie teraz siadam przed kolejną pustą stroną Worlda 🙂

    1. Limbo,

      Dziękuję!:)

      Masz rację, nie zrezygnuję. Grzeję dalej. Kolega podesłał mi tyle uwag do mojej powieści,że jestem gotowa ją przepisać. Serio mówię:) Pisz, i daj od czasu do czasu znać, jak Ci idzie. Trzymam kciuki i iech wena będzie z Tobą:)
      Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *