Pierwszy draft pierwszej sceny mojej trzeciej powieści.

Madame Pollarde najlepsze czasy miała już za sobą. Choć dysponowała pokaźną fortuną na koncie i kilkoma cennymi nieruchomościami w postaci pałacu letniego z czterdziestoma sypialniami i pozłacanymi żyrandolami usytuowanego nad brzegiem Jeziorem Como, dwa razy większym domem nad Jeziorem Genewskim w miejscowości Versoix oraz pałacykiem zimowym w malowniczej górskiej Crans Montana, niewiele ją to obchodziło, równie mało co platynowy zegarek z siedmiokaratowym diamentem dekorujący jej wysuszony nadgarstek i naszyjnik ze szmaragdów na pomarszczonym dekolcie. Jedyne co w tamtej chwili trapiło Madame Pollard to zaginięcie laski, bez niej nie zrobiłaby kroku. Dopiero w drugiej kolejności zamierzała przypomnieć sobie gdzie się znalazła. Dalej na liście spraw ważnych znalazła się obawa, czy aby na pewno zażyła poranną porcję leków i czy tego wieczoru czeka ją kieliszeczek brandy. Dopiero na końcu listy pojawiła się chęć odgadnięcia tożsamości dziewczyny, która właśnie pochylała się aby poprawić kaszmirowy pled okrywający jej wiecznie marznące kolana. Kobieta tak bardzo przypominała ją samą z czasów młodości, że gdy na nią spojrzała, dostała gęsiej skórki. Twarz o bladej karnacji z lśniącą skórą, tak gładką, że aż pozbawioną zmarszczek mimicznych, z wydatnymi kośćmi policzkowymi. Twarz proporcjonalną o tak regularnych rysach, że producenci lalek chętnie by ją skopiowali. Duże błękitne oczy o kształcie migdałów wpatrywały się w madame Pollarde, a na wydatnych czerwonych ustach pojawił się cień uśmiechu. Długie blond włosy wymknęły się z koka, nadając ich właścicielce niechlujny wygląd.

– Już się pani obudziła? – wyszeptała dziewczyna niepewnym głosem, charakterystycznym dla osoby pozbawionej pewności siebie.
Madame Pollarde obrzuciła ją pogardliwym spojrzeniem. Jak mogło jej się wydawać, że tamta ją przypomina, że miały ze sobą cokolwiek wspólnego? Odwracając wzrok od dziewczyny podniosła głowę tak gwałtownie, że zrzuciła na podłogę atłasową poduszkę. Niezdarnie opuściła nogi i wstała z pokrytej szkarłatnym aksamitem kanapy. Rozejrzała się w poszukiwaniu laski. Stała oparta o szklany stolik do kawy. A więc tamten niepokój pojawił się we śnie? Była bezpieczna. Wspierając się na lasce zrobiła pierwszy niezdarny krok, a potem kolejne. Już nawet chodzenie sprawiało jej ból.

– Madame, czas na obiad – odezwała się dziewczyna takim tonem jakby zwracała się do małego dziecka, albo osoby upośledzonej umysłowo.
To też nie spodobało się madame Pollarde.
– Pozwoli pani, że pomogę – zaproponowała dziewczyna. Dopiero teraz w jej głosie dało się wyczuć obcy akcent.
– A w czym niby miałabyś pomóc? – głos madame Pollarde zabrzmiał szorstko, aż wzdrygnęła się na myśl, że takie dźwięki wydobywają się z jej gardła. – Jeszcze mam ręce i nogi – dodała głosem starej wiedźmy.
Na twarzy dziewczyny pojawił się strach. „I dobrze, nie muszą jej kochać, wystarczy, że się jej boją”. Od siedemdziesięciu pięciu lat trzymała się tej zasady w stosunku do służby. A ta dziewucha, sądząc po zachowaniu, nie była nikim więcej. Choć madame Pollarde nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej się spotkały, to nie wydawało się niemożliwe, gdyż pamięć lubiła płatać jej figle, jednak nawet nie znając człowieka potrafiła odróżnić tych dorównujących sobie od całej reszty – pospólstwa, które mnożyło się i odbierało jej tlen. Ta dziewucha należała do tej drugiej kategorii.

– Zapraszam do sali bankietowej – dziewczyna odzyskiwało pewność siebie, wystarczyło, że madame Pollarde odwróciła od niej wzrok.
Tym razem rozglądała się po saloniku swojego apartamentu. Spojrzała na szkarłatną kanapę ustawioną na tle ściany w identycznym kolorze lecz o twardszej fakturze. Wisiało na niej ogromne lustro w solidnych pozłacanych ramach powykręcanych w fantazyjne esy floresy, podobnie jak jej ciało trapione reumatyzmem. Spojrzała na swoje odbicie i przez jedną chwilę miała wrażenie, że cofnęła się w czasie. Twarz wydawała się młodsza, włosy zgęstniały. Jednak po bliższym przyjrzeniu się znów zobaczyła tylko powykręcaną reumatyzmem babcię z workami pod wąskimi jak szparki oczami i usta, które wyblakły tak że niczym nie różniły się od przebarwionej plamami wątrobowymi skóry twarzy. Wykrzywiła się z niesmakiem.

Przynajmniej przypomniała sobie gdzie jest: w kurorcie narciarskim w pensjonacie przystosowanym do podejmowania starców takich jak ona. Szczęśliwie w ostatni weekend przewinęło się przez hotel również kilka młodszych par. Jedna przyjechała nawet z małym dzieckiem. Kiedyś nie lubiła dzieci, ale teraz ich jazgot już jej nie przeszkadzał, co więcej zaczynała czuć sympatię dla tych istotek. Starzała się w zastraszającym tempie.

Drobiąc kroki przeszła do obszernej sypialni. Wielkie złocone łoże z baldachimem stało na tle ściany w kolorze szmaragdu, puszysty dywan, po którym chodziło się jak po piasku miał ten sam kolor co ściana. Podobnie jak niewielka otomana u stóp łoża, które zajmowało centralną część pokoju. Wystarczyło pilotem rozsunąć grube złociste kotary i leżąc w pościeli podziwiać widok na pole golfowe, o tej porze roku przysypane śniegiem, od wczesnego ranka roiło się na nim od biegaczy i spacerowiczów. Madame Pollarde mogłaby godzinami leżeć i patrzeć przez panoramiczne okno na młodych wysportowanych ludzi i samym tylko patrzeniem zarażać się od nich energią.

W rogu pokoju stała pozłacana toaletka z dużym lustrem. Mebel posiadał czujnik ruchu, wystarczyło usiąść na krześle naprzeciwko, aby zapaliły się żaróweczki wokół lustra i punkty świetlne umocowane bezpośrednio nad głową. Tym razem też rozbłysły. Madame Pollarde drżącą ręką sięgnęła po pędzel z pudrem i wysmagała nim twarz. Na policzki nałożyła róż. Po dłuższej chwili udało jej się odnaleźć szminkę. Gdy nakładała czerwień na wargi, znów zobaczyła odbicie dziewuchy w lustrze. I tym razem poczuła jak obsypuje ja gęsia skórka. To podobieństwo było niemożliwe. Musiała jak najszybciej pozbyć się tej dziewuchy. Jej obecność wprawiała ją w podły nastrój, wracały wspomnienia. Na razie te sprzed kilku i kilkunastu lat, te nie były najgorsze. Ale co będzie jeśli cofnie się w czasie głębiej? O, nie o tym nie chciała nawet myśleć, odprawi dziewuchę i przestanie się zadręczać przeszłością. Co było, minęło.

– Wyjdź! – krzyknęła do odbicia dziewuchy w lustrze. – Wyjdź! – powtórzyła z tą samą mocą. Przerażenie malujące się na twarzy dziewuchy dodało jej sił. Dostrzegła, że oczy tamtej szklą się, że ledwo powstrzymuje się przed płaczem. – Wynoś się i nie pokazuj mi się na oczy! – dodała głosem wiedźmy.
Po twarzy dziewuchy popłynęły gęste łzy. Odwróciła głowę i poszła w stronę salonu. Madame Pollarde nie słyszała zamykających się drzwi apartamentu, ale dotarł do niej skrzypienie przeciwpożarowych. Dziewucha skorzystała ze schodów. Pokonuje po kilka stopni naraz i użala się nad sobą.
Ktoś powinien zająć się tymi drzwiami.
Robią za dużo hałasu.

10 myśli nt. „Pierwszy draft pierwszej sceny mojej trzeciej powieści.”

  1. Kasiu,
    Mówiłam Ci już, że jesteś moim pisarskim guru?:) Trzecia książka!!! Brawo!
    Przeczytałam i muszę Ci powiedzieć, że ten początek ma niesamowity klimat i jest super napisany.
    Kupiłabym tą książkę pod warunkiem, że czymś mnie za chwilę zaskoczysz. Że nastąpi jakieś bum, chwila szoku, zagadka.
    Bo na razie jest tajemnica, to prawda, ale trochę zbyt stonowana i wtapiająca się w bogate wnętrze apartamentu:)

  2. Asiu,

    Dziękuję!:D::D:D

    Wiesz sama nie wiem czemu zamieściłam ten początek. Tzn chciałam go zamieścić, bo nie byłam pewna, czy ciągnąć to dalej w taki sposób. Utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że tak.

    Bum, cholera, faktycznie powinnam go dać gdzieś bliżej. Znalazł się dopiero na siódmej stronie maszynopisu… Wcześniej opisałam kilka barwnych postaci… Zaraz sobie wykropkuje miejsce na wcześniejszy „bum” , póki co ciągnę dalej. Do Nat przyszli koledzy, więc zyskałam chwilkę na pisanie:D:D::D

    Dziękuję za miłe słowa!:D

  3. Bomba!
    Zapomniałam powiedzieć przy tym nowszym poście, że bardzo ładnie wygląda ta pani na zdjęciu z córeczką 🙂

  4. Kasiuniu,

    Za komplement dziękuję, rzeczywiście nie wyszło najgorzej, mimo że buzia mi się rzadko zamyka i trudno przyłapać mnie na milczeniu;D

    A widzisz, Ty też mi „paniujesz”, a ja przecież wciąż taka młodziutka jestem;D Tzn od wczoraj tak mi się zaczęło wydawać, bo się pół oświetlenia w łazience przepaliło, zrobiło się nastrojowo, a mi lat ubyło;D

  5. Danko,

    To będę lecieć dalej, jak wykuruję córkę z grypy, kóra zewoluowała w jakąś inną zarazę, z którą męczymy się od sześciu dni. Jutro trzecia w tym tygodniu wizyta u pediatry. Tym razem sprawdzamy czy to nie zapalenie płuc. Jak dzieć wróci do zdrowia, zacznę myśleć. Na razie latam w amoku i ważę strawę, żeby leków na pusty żołądek nie podawać, a i tak jedzenie kończy w koszu.
    Ech, samo życie.
    Pozdrawiam.
    Kasia

  6. Mam dwoje małych dzieci, mniejszych niż Nati, więc rozumiem przez co przechodzisz! Latanie w amoku i podawanie leków to nasz chleb codzienny. Powrotu do zdrowia życzymy. Twoi „followerzy”:))

    1. Danko,

      Dziekuję, Nati już od dwóch dni nie gorączkuje, żeby jeszcze nie te kaszel. No i mi też lepiej, przespałam ciurkiem noc. Głowa przestała wreszcie boleć z tych nerw. Choroba dopadła też męża, ale mnie ominęła, choć lekarka twierdziła, że świńską grypą, jak już jest w domu, nie można się nie zarazić. Chyba dostałam immunitet od siły wyższej. Widać mam pisać dalej:D Od jutra przysiadam:D:D

      Ściskam Cię mocno:D
      Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *