Panie Macieju,

Znów zjawił się Pan w trudnym momencie. Tym razem dopadły mnie smoki. Najgorszy jest ten perfekcjonizmu;D

Siedzę i nanoszę poprawki, które nasuwają mi się po przeczytaniu komentarzy do moich tekstów. Wzięłam udział w konkursie na grupie zamkniętej na Facebooku. Stałam się członkiem tajnej organizacji;D Plusem tego wydarzenia i grupy są komentarze, które ukazują się na bieżąco pod opublikowanymi anonimowo opowiadaniami.

Wczoraj w nocy dostałam nawet wnikliwą analizę jednego z tekstów (poniosło mnie, wysłałam dwa;D). Tak sobie wzięłam do serca zasugerowane poprawki, że dzisiaj od rana wpadłam w ferwor pracy. Na początku lutego wrzucę te dwa teksty na bloga, póki co nie mogę się przyznać do autorstwa;D

Dochodzę do wniosku, że jest kilka rodzajów cierpliwości. Ta, która pozwala poprawiać i pisać teksty stała się przyjacielem. I  ta druga, w którą muszę się uzbroić czekając na werdykt jury i wydawców. Ta cierpliwość powoduje u mnie duszności i stany lękowe… Ups, znowu przesadziłam;D Ale i tak czekania nie cierpię.

Panie Macieju, jeszcze raz dziękuję za ciepłe słowa i wiarę we mnie, dodaje mi Pan skrzydeł!:D

Pozdrawiam ciepło.
Kasia

9 myśli nt. „Panie Macieju,”

  1. Kłaniam się nisko i spieszę z wyjaśnieniem.
    Niczego Pani nie dodawałem. Skrzydła Pani zawsze miała i – co ważniejsze – od dawna umie ich Pani używać. Po prostu ostatnio zdecydowała się Pani na latanie przy silniejszym niż dotychczas wietrze i tyle. W takich sytuacjach na początku zawsze trochę trzęsie.

    Proszę mi nie brać za złe, ale sądzę, że niepotrzebnie przywiązuje Pani tak wielką wagę do konkursów. One ze swej natury są fałszywe. Z jednej strony są inspiracją do pisania, szlifowania warsztatu i kształtowania stylu, z drugiej strony istnieje jednak niebezpieczeństwo (szczególnie w przypadku konkursów, w których rolę jurorów spełnia czytelnicza rzesza), że oceny będą zabarwione zbytnim subiektywizmem, czy wręcz skażone błędami.
    Oceniający czytelnik zazwyczaj filtruje czytany tekst przez pryzmat własnych pisarskich umiejętności i aspiracji. To czasami skutkuje zabawnymi ocenami i radami, które nijak nie przystają do rzeczywistości.
    Kiedyś ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział mi, że tacy jurorzy nie są tym samym, co zwykli czytelnicy. Oni nie sięgają po tekst, aby obcować ze słowem pisanym, aby rozerwać się, czy czegoś dowiedzieć… Oni sięgają po niego, żeby tekst zmierzyć, zważyć, rozebrać na czynniki pierwsze a potem niezbyt dokładnie złożyć na powrót. I robią to z pozycji mentora i znawcy, do roli którego czasem wcale nie mają prawa aspirować.
    To rodzi często dość poważne konsekwencje. Tekst, czasem nawet bardzo dobry tekst, zawsze można spuścić po brzytwie. Zawsze znajdzie się ktoś, komu się nie spodoba, a kto zechce swoją bardziej lub mniej uzasadnioną krytykę przelać na ekran komputera w postaci oceny. I potem jest przykro… I rodzi się zniechęcenie.
    Naturalnie nie chcę odwodzić Pani od uczestnictwa w konkursach. To także dobra szkoła charakteru. Czasem – ale tylko czasem! – szkoła warsztatu (czy nigdy nie zdarzyło się Pani usłyszeć o jednym i tym samym fragmencie swej prozy dwie odmienne, wykluczające się „dobre” rady?). Najczęściej jednak niepotrzebny stres i nerwy.

    Oczekiwanie na odpowiedź wydawcy to zupełnie inna sprawa. Wydawnictwo jest firmą. Przedsiębiorstwem nastawionym na pewien zysk, pierwszą zatem rzeczą, jaką takie przedsiębiorstwo wykona będzie ocena szans na sprzedaż powieści, a więc prognozowane korzyści wydawnictwa. Pod uwagę bierze się nie tylko wartość nadesłanego dzieła, ale również nasycenie rynku pozycjami o podobnej tematyce. Czasem powieść – będąca naprawdę dobrym debiutem – nie zostanie wydana, bo nasycenie jest zbyt duże i wydawanie debiutanta tworzącego w już istniejącym nurcie jest ryzykowne, bo może nie być nań popytu. Przepraszam, że piszę takie truizmy, ale chciałbym zwrócić Pani uwagę, że brak odpowiedzi z wydawnictwa nie musi być równoznaczny ze skreśleniem utworu. Czasem wynika to tylko z takiej, a nie innej strategii wydawnictwa.
    I tego proszę się trzymać.

    Jaki z tego płynie morał? Ano taki, że prócz pisania, pisania, pisania i pisania, powinna Pani słać, słać, słać. I to bez opamiętania. Do wydawnictw.
    I uzbroić się – prócz cierpliwości, rzecz jasna – w nadzieję. Bo Pani teksty naprawdę mają „to coś”.

    Pozdrawiam ciepło, Maciek.

    1. Panie Macieju,

      Upieram się przy tym, że pochwała potrafi zmotywować jeszcze bardziej;D

      Co do konkursów, ten akurat jest fajny, bo poza jury oceniają go również czytelnicy i widać, że się przy tym świetnie bawią. A jeżeli chodzi o inne konkursy, to muszę przyznać panu rację… Mimo wszystko, pomijając ostatni konkursowy amok (przesadziłam) lubię skrobnąć coś na „zadany temat” i jeszcze zmieścić się w terminie. Bo to prawdziwe wyzwanie, a ja uwielbiam jak mi ktoś podnosi poprzeczkę. A potem zupełnie po ludzku smutno mi, że nie wygrałam… Chociaż zdarzało się też wygrać:D

      Za pańską radą posłałam Seryjnego do kolejnych czterech wydawców. Pomysły mi się powoli kończą do kogo jeszcze mam słać… No nic, przy poniedziałku siądę i poszukam komu wystarczy wersja elektroniczna. Bo tym wysyłam w pierwszej kolejności. Na końcu dopiero poślę wydruki.
      Pozdrawiam ciepło.
      Kasia

      1. Do czterech? Tak trzymać! Szanse rosną.

        Pewnie Pani wie, że bardzo pomocne jest wyszukanie wydawnictw sprofilowanych na konkretną tematykę. Wprawdzie sito tam jest gęste, ale w przypadku wygranej satysfakcja nieporównywalnie większa. Zresztą… Jeśli już spaść, to z wysokiego konia.
        W każdym razie w moim przypadku ta metoda zadziałała.

  2. Panie Macieju,

    świetny komentarz. Sama z przyjemnością się w niego wczytałam, bo również biorę udział w tego typu konkursach. A Pan? Skąd u Pana taka tajemna, inspirująca wiedza? To nie zarzut, tylko ciekawość 🙂

    Pozdrawiam,
    Kasia (ta druga)

    1. Wiedza tajemna to nie jest. Raczej pewne doświadczenie. I to doświadczenie bardziej w kontaktach z ludźmi. Fora internetowe takie jak „Weryfikatorium”, czy „Między Wersami”, które odwiedzam często jako gość, pełne są życzliwych, chętnie niosących pomoc osób. Niestety problem w tym, że bardzo trudno trafić tam na osobę obiektywną i posiadającą dystans do czytanego tekstu.
      O ile bowiem w przypadku zwykłego czytelnika taki dystans jest niepotrzebny, a nawet szkodliwy w odbiorze dzieła, o tyle w przypadku fachowego komentarza na temat własnego tekstu, autor ma prawo oczekiwać wyważonej i przede wszystkim obiektywnej oceny, niepodlegającej zniekształceniom wywołanym własnym gustem, czy specyficznej manierze pisarskiej weryfikatora.

      Bywało, że ten sam tekst spotykał się ze strony dwóch opiniodawców z diametralnie różną oceną. W opinii jednego tekst należało wydłużyć (by poprawić klimat), według drugiego radykalnie skrócić (bo rozwlekły i nudny).
      Pamiętam jeden z tekstów Pani Kasi, wrzucony na Weryfikatorium. Tekst został „zweryfikowany” bardzo dokładnie (choć powinienem użyć słowa „doszczętnie” – bardziej tu pasuje). Wszyscy rzucili się na opowiadanie (zdaje się fragment „Fotografa”) i punktowali błędy, prześcigając się w wyłuskiwaniu nielogiczności, literówek i błędów składniowych. Większość z tych niedociągnięć szanujące się wydawnictwo poprawia w ramach redakcji, nie zaprzątając autorowi głowy. Oczywiście im mniej takich lapsusików, tym lepiej, jednak w tym konkretnym przypadku krytyka rozrosła się jak polska biurokracja.

      To stąd właśnie bierze się moja ostrożność w stosunku do wszelkiego rodzaju weryfikacji internetowych – czy to na forach, czy w konkursach. Owszem, konkursy organizowane przez poważne instytucje to zupełnie co innego (nawet niegdyś poważnie myślałem o uczestnictwie, ale mój zdegenerowany i tchórzliwy duch rywalizacji powtarzał mi do ucha nieustannie: „daj spokój, nie opłaca się” i uparcie zaciągał ręczny). One zazwyczaj mają w składzie jury fachowców. Tutaj opinia pozytywna lub negatywna rzeczywiście coś znaczy i może być jakimś drogowskazem na drodze do własnej książki. To samo dotyczy fachowych redakcji i wydawnictw.

      Choć tutaj też można się naciąć.
      Kilka lat temu zgłosiło się do mnie pewne poczytne pismo historyczne (to właśnie są klimaty, w których się poruszam) i poprosiło o możliwość wydrukowania mojego tekstu wiszącego wówczas już od kilku tygodni na portalu historycznym. Co do tekstu nie było żadnych zastrzeżeń, zażądano tylko… abym go wydłużył. Po prostu wydłużył, aby nie było problemów z łamaniem w druku! Uśmiałem się.
      Pisałem ten tekst kilka miesięcy, przeprowadziłem poważny research antykwaryczny, dotarłem do pracowników naukowych muzeum archeologicznego na drugim końcu Polski, zweryfikowałem kilka równoległych hipotez i opracowałem swoją. Tekst był skończony i ostateczny… Stanowczo i nieodwołalnie.
      A pan redaktor pisze: musi pan go wydłużyć. Podziękowałem oczywiście.

      Do dzisiaj mam wysypkę!
      🙂

      1. Panie Macieju,

        To my się tak długo znamy? Skoro był Pan świadkiem moich pierwszych pisarskich wpadek, wychodzi, że tak. Może powinniśmy przejść na „ty”. Co Pan na to powie?;D
        Swoją drogą doświadczenie z Weryfikatorium też zapadło mi w pamięć;D Ale się do mnie dorwali! DO MNIE! Bo na tamtym etapie każdą uwagę pod adresem tekstów traktowałam jak wymierzony mi z liścia policzek. Choć doświadczenie było przykre,wyciągnęłam z niego wnioski. Jestem szczególnie wyczulona na lapsusy i większość z nich prostuję samodzielnie. Niektóre się wymykają niezauważone. Nie jestem pewna, czy autor jest w stanie poprawić wszystkie błędy. Bo skoro jego własny umysł je przepuścił w pierwszej i drugiej fazie, to niby dlaczego ten ogłupiały narząd miałby je skorygować przy trzecim podejściu?
        Chociaż mogę nie mieć racji… Potrafię być wyjątkowo chaotyczna. Staram się nad tym pracować;D

        Dzisiaj wygooglowałam kolejne dwa wydawnictwa i posłałam im Seryjnego. Wciąż nie zebrałam się na odwagę, żeby poprosić o feedback tych, którym posłałam powieść pod koniec listopada. Myślę, że zabiorę się za to jutro. Dzisiaj rasowałam jeszcze pewien zabawny charakterek i czas przeciekł mi między palcami.

        Jutro zdam relację z dalszych postępów.

        Pozdrawiam ciepło.
        Kasia

        PS. Czy zechciałby się Pan pochwalić swoimi powieściami? Nalegam!:D

        1. Nie, autor nigdy nie jest chyba w stanie wyłapać wszystkich swoich błędów w tekście. No, chyba że przez pół roku doń nie zagląda, a potem wraca na świeżo. Ale nawet i wtedy nie będzie to stuprocentowa korekta. Myślę, że się nie da.
          Rzecz jasna tekst trzeba katować do upadłego. Ale kiedy już naprawdę jest skatowany i dalsze katowanie wychodzi mu już tylko na złe, machnąć na niego ręką, kliknąć „zapisz” i… wysyłać.

          Swoimi tekstami się nie pochwalę. Przynajmniej na razie. Z kilku powodów, które kiedyś pewnie zdradzę. Proszę nie mieć mi za złe.
          W wydawnictwie zapowiadany termin wydania mojej powieści to marzec tego roku. Wówczas będzie można bliżej przyjrzeć się temu, co w bólach płodzę, ale już w formie ostatecznej. Uprzedzam jednak pewne rozczarowanie gatunkowe. Jak już powiedziałem (napisałem), klimaty, w których się poruszam są w pewnym sensie niszowe i – szczerze mówiąc – w kwestii odbioru tej powieści przez czytelnika, gotów jestem na różne scenariusze, również te najgorsze.

          Oczywiście, Kasiu, dajmy spokój z tymi oficjalnościami. Wprawdzie nie znamy się wcale aż tak długo, ale ja wiem o Tobie cokolwiek więcej. Zakładam bowiem, że wszystko, co wyczytałem na Twoim blogu jest rzetelną o Tobie prawdą. Tutaj mam więc przewagę. 🙂
          Tym bardziej doceniam propozycję i jest mi bardzo miło…

          Pozdrawiam ciepło

          Maciek

          1. Macieju,

            Będę ściskać kciuki za dobre przyjęcie Twojej powieści!:D Podziwiam ludzi, którzy mają odwagę uderzać do nisz, bo to świadczy o prawdziewej pasji. Autor pisze o tym, o czym wie i chce pisać i to jest, moim zdaniem, doskonały sposób na życie. Kto wiem, być może mamy je tylko jedno. Więc dobrze jest je wykorzystac w pełni.
            Będę czekać… wszyscy będziemy czekac na Twoją premierę i mam nadzieję, że zdradzisz tytuł powieści. Cierpliwość nie należy do moich cnót, więc jakoś tę Twoją tajemniczość będę musiała przeboleć.
            A właśnie, za Twoją rada ponagliłam dzisiaj wydawnictwa. Jedno obiecało, że odpowie mi jeszcze dzisiaj. I nic, ani widu, ani słychu… Może to dobry omen… Znaczy jest się nad czym zastanawiać;D Tak sobie sama próbuję dodac otuchy.
            A co do mojego wizerunku… Na początku miałam obawy przed pokazaniem siebie „w naturze”. No wiesz,nikt nie lubi się przyznawać do porażek, a kobiety lubią przykrywać makijażem niedoskonałości… Ale po kilku wpisach doszłam do wniosku, że gra i makijaż są dobre na imprezkę, ale na co dzień to nie działa. Postanowiłam więc niczego nie udawać. A jak się komuś nie spodobam to niech mnie nie odwiedza;D
            Pozdrawiam ciepło.
            Kasia
            PS. Odpowiedź od wydawnictwa jeszcze nie przyszła. A ja tak od południa w nerwach… Muszę paść na kanapę i sobie coś na Domo włączyć:D Może aranżują jakieś ogrody… O, to by mnie zrelaksowało!:D

  3. Panie Macieju,

    dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Ma Pan całkowitą słuszność.

    Pamiętam jedno z pierwszych zdań, jakie padło z ust naszego nauczyciela kreatywnego pisania: „Od tego momentu już nigdy nie przeczytacie książki w ten sam sposób, co zwykle”. I faktycznie, teraz widzę tylko te style narracji, typy bohaterów, zawieszanie scen itd. 🙂 Ale nie narzekam – dobrze jest poznać reguły, żeby je móc potem łamać.

    Miłego wieczoru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *