Siedem faktów o mnie

 

  1. Dzisiejszy plan zrealizowany w 25 procentach.
  2. Muszę zweryfikować limit na środy. W dwie godziny nie dam rady machnąć więcej niż cztery strony.
  3. W związku z powyższym zdecydowałam się nauczyć pisać na klawiaturze metodą bezwzrokową i używać do tego wszystkich dziesięciu palców.
  4. Zrobiłam osiem stron odręcznych notatek, po obejrzeniu na YouTube czterech programów na temat śledztw FBI.
  5. Stwierdziłam autorytatywnie, że wreszcie wyrabia mi się charakter pisma.
  6. Jutro wstanę o szóstej i postaram się machnąć tych obiecanych sobie dwadzieścia stron.
  7. O ile uda mi się zasnąć o przyzwoitej porze, bo dwa kilometry stąd odbywa się właśnie festiwal rockowy (wybieram się dopiero w piątek).

Porażka

Plan na dziś: napisać 20 stron. Tak robi mój guru Steven King, który twierdzi, że dopóki nie wyskrobie normy, nie odchodzi od komputera.

Mi udało się napisać osiem, z czego siedem ekspresem na świeżaka, ostatnią ósmą pociłam przez dwie godziny. Właśnie skończyłam i zamierzam wyłączyć komputer. Czuję się trochę jak po pracy w kamieniołomach. Powinnam być dla siebie łaskawsza, przecież dopiero się uczę.

Ale i tak było warto.

Teraz marzę o wakacjach, o czasie kiedy będę mogła oderwać się od codziennych obowiązków, głównie od gotowania, prania i setek przydomowych spraw, od których moja rodzina umywa ręce, a które ktoś musi zrobić. Chciałbym zatopić się w pisaniu, i móc pobyć w tym nowym świecie bezwarunkowo i bez ograniczeń czasowych. Na kanapkach i wodzie, na wszystko inne szkoda mi czasu… Nie mogę się doczekać.

A niech to, znów narzekam, a przecież wakacje tuż tuż.

Dobrej nocy  😀

Ktoś właśnie czyta moja książkę.

Mówię o Redaktorce, nie wiem czy robi to w tej chwili lub w dowolnie wybranej z chwil, w których akurat ze zgrozą uświadamiam sobie, że mogłaby czytać.

Co tu dużo gadać, zżera mnie trema. Wciąż zastanawiam się czy dopięłam dzieło na ostatni guzik. Znów przeczytałam uwagi i analizuję, czy wszystkie wzięłam pod uwagę. Czy moje postaci przestały być papierowe, i czy są w stanie przeprowadzić Cię czytelniku przez całą fabułę.

Cały dzień nie mogłam przestać o tym myśleć nawet przez chwilę. Poszłabym pobiegać, żeby wyładować złą energię, ale jakby na złość cały dzień lało jak z cebra. Spędziłam więc czas, doprowadzając moje ognisko domowe do idealnego porządku. Sprzątałam jak szalona z Mankelem na uszach. Gdy umyłam już wszystko co umyć się dało, włączając w to spodnie strony blatów wszystkich mebli, przeszła kolej na wypranie kanapy i dywanu. Wieczorem padłam snem zasłużonych.

Dwa tygodnie, na ostateczny werdykt mam czekać dwa tygodnie. Nie wiem jak ja to przetrwam. Może jak przestanie padać umyję okna?, majaczyło mi się w głowie gdy zasypiałam.

Dzisiaj wstała z podwójną energią. Postanowiłam zasiąść do „Seryjnego fotografa”. Przeczytałam pośpiesznie osiem stron schematu, który od dawna już czekał w szufladzie. Jest okej, wymaga tylko niewielkich poprawek. Ułożyłam też plan. Codziennie będę pisać dwadzieścia stron. Jak to wyjdzie w praktyce, to się jeszcze okaże. Ale już wiem co będę dzisiaj robić:D A mycie okien poczeka na korektę seryjnego;D

Ciekawa jestem, jak ty radzisz sobie z tremą, pisz proszę w komentarzach.

Książka poszła do drugiej korekty.

Na drugim etapie sprawdzone zostaną ostatnie nielogiczności i ewentualne gafy. Mam nadzieję, że nic podobnego już nie wypłynie.

Jeszcze przedwczoraj, pomimo deklaracji że rasuję wyłącznie bohaterów, skleiłam trzy sceny w jedną, a wczoraj po raz setny przejrzałam całość.

Prawdę mówiąc, mogłabym poprawiać bez końca, a jednak przełamałam się, postawiłam ostatnią kropkę nad „i”, zdocowałam i wysłałam dokument Redaktorce.

Jestem coraz bliżej finału i choć to jeszcze nie koniec, powtarzam sobie, że za kilkanaście dni zrealizuję wreszcie kolejny życiowy projekt. Dla takich momentów warto było się urodzić.

Zaczynam weekend. Spokojnej niedzieli życzę i Tobie.

PS. Mój sąsiad ma w ogrodzie posążek Buddy. Budda patrzy na mnie ilekroć podnoszę głowę znad screenu i rozprostowuję wzrok patrząc na zieleń za oknem. Stał się nieodłącznym towarzyszem moich codziennych zmagań. Wciąż na niego spoglądam, nawet teraz zanim wstałam od komputera, machnęłam mu ręką na pożegnanie. Spotkamy się wkrótce. Za dwadzieścia cztery godziny zaczynamy nową historię.

Bohater idealny

Ostatnio przeszłam do ostatniego etapu poprawiania. Pracuję nad postaciami, tuninguje je jak kto woli, i tak dalece się w ten proces zagłębiłam, że zabrakło mi czasu, nie! Cierpliwości, żeby jeszcze o tym mówić.

Może jednak warto o tym pogadać? Jestem jedną z tych osób, które muszą sobie zapisać wątpliwość, i wtedy dopiero zaczynają logicznie myśleć.

Do sedna więc, wciąż zastanawiam się nad fenomenem „udanych” bohaterów. Ogląda się ich lub czyta o nich jednym tchem. Jak to się jednak stało, że są tak wyraziści i interesujący, że chce się z nimi być, a nawet zaprzyjaźnić?

Na to pytanie od miesiąca staram się znaleźć odpowiedź i jedyne co mi się nasunęło po przeczytaniu tysiąca i jeden porad, to fakt, że postać musi bywać nieprzewidywalna, właśnie bywać, a nie być!

Jak nie stworzyć wariata, z którym nikt nie chce obcować, a czytelnik ucieknie zanim wariat pokarze swoje prawdziwe oblicze? Jak wystrzegać się mądrali, który zawsze wie lepiej? Nie chcę płaczki, ani nikogo zagmatwanego.

Błądzę między teoriami Księdza Tischnera a Forum Humorrum i wyłącznie pod kontem postaci oglądam i czytam. Może jeżeli uniknę tych pułapek, a postać będzie wystarczająco spójna… Chyba już wiem w czym rzecz!

Dobrze, że tak się rozgadałam. Wystarczy tylko trochę ociosać te moje postacie. Nie tak wiele przecież trzeba, żeby z beksy zrobić twardziela. To tylko parę skreśleń i kilka ekstra słów.

Ciekawe jak ty radzisz sobie z wyzwaniami? Pisz proszę w komentarzach.

Dlaczego ta korekta tak długo trwa?

Dziś po raz kolejny padło to nieśmiertelne pytanie.

Ja chciałabym szybko, tymczasem moja Redaktor prosi i błaga, żebym robiła to powoli. Tłumaczy, że tylko taki sposób postępowania przysłuży się książce. Mówi, że po ostatecznej korekcie nie wolno mi będzie zmienić zdania, ani nawet dopisać słowa.

Przejęłam się, wzięłam sobie do serca tę ostateczność. Co prawda, miało być ostatecznie jakiś miesiąc temu i na to byłam przygotowana. Spójrzmy prawdzie w oczy – jeszcze cztery tygodnie temu oddałabym wszystko, żeby móc zakończyć poprawianie pierwszej powieści i zabrać się na dobre za pisania następnej.

Jednak w obliczu nacisków z zewnątrz, nie tych płynących z głębi mojego serca, wpadłam w panikę. Jeżeli faktycznie nie wolno mi już będzie nic zmienić, to muszę dopracować powieść do perfekcji. Już tak niewiele zostało do przejrzenia. A im bliżej tym dalej.

Pozdrawiam

Kasia Sikora

 

Wyjaśnienie

To już dzisiaj miał ukazać się fragment mojej książki. Tak się niestety nie stanie. Potrzebujmy więcej czasu na gruntowna korektę. Gdyby zależało to tylko ode mnie mogłabym składać jakieś deklaracje, ale tak nie jest. Korekta musi przyklepnąć ostateczną wersję, a to jeszcze chwilę potrwa.

W międzyczasie ja wciąż ślęczę nad poprawkami i uzgadnianiem faktów. Wczoraj ponownie przestudiowałam singapurską mapę metra oraz tamtejszą florę. (Nie miałam pojęcia jak ulotna jest pamięć.)

Dzisiaj zajmuję się zapachem cygar (to w końcu one mają aromat, czy cuchną) i taliami moich bohaterek oraz karnacją ich skóry, bo zabrakło konsekwencji. W dodatku z jakiegoś powodu wszystkie panie w aktualnie poprawianym fragmencie mają wąskie talie, jak to się stało?, zastanawiam się, a potem zmieniam.

Za chwilę zajmę się też sztucznym oddychaniem. Bo wciąż nie wiem czy po szwajcarsku uciskać klatkę piersiową trzynaście razy, a potem wdech. Czy obrać opcję bardziej uniwersalną – uciskać razy trzydzieści, a potem zastosować dwa wdechy?

O, tak właśnie ostatnio wygląda mój dzień. Dobre przynajmniej to, że wzięłam sobie wolne od codziennych obowiązków i mam czas, aby z pokorą ponownie przejrzeć tekst.

Pozdrawiam i proszę o cierpliwość.

Katarzyna Sikora

PS. To jak w końcu jest z tymi cygarami? Pachną, czy cuchną? Pisz, proszę, w komentarzach.

Lekcja cierpliwości

Wciąż nosząc się z zamiarem opublikowania fragmentów mojej powieść na blogu, podjęłam wreszcie odpowiednie kroki. Poprawiam powieść, nie wiem po raz już który, ale tym razem jest inaczej. Działam pod bacznym redaktorskim okiem.

Okazuje się, że korekty wymaga nie tylko interpunkcja, również i ortografia oraz stylistyka. Postawiona twarzą w twarz z niedociągnięciami, zabrałam się do ponownej korekty. (Asiu, nie patrz tak na mnie!;D)

Proces jest żmudny, ale nadzwyczaj efektywny. A wygląda mniej więcej tak: najpierw redaktor przegląda fragment tekstu, potem wysyła go do mnie, a ja akceptuję naniesione przez niego poprawki. Następnie nanoszę zmiany sugerowane przez korektę i tak przenicowany tekst odsyłam do akceptacji. Wkrótce przyklapnięty fragment wraca do mnie. Jak to jest sformatowane i poprawione! Cudo! Jej, to ja napisałam?, myślę w takich chwilach, ale poświęcam temu zaledwie ułamek sekundy.

Niestety teraz już na wszystko brakuje mi czasu, bo w skrzynce pocztowej czeka na mnie kolejny fragment do zaakceptowania i podrasowania. Zaś na światło dzienne wypływają nowe gafy, które po poprawkach wstępnych widać już gołym okiem.

– Dlaczego w tym tekście tak często powtarza się „coś”, „ktoś”, jakoś”? – pyta redaktor numer jeden. – Wyeliminuj to – rzuca na odchodne i podsyła mi kolejny fragment. Mam już trzy, nie! cztery, nie! Zresztą kto by to zliczył.

Lecę więc automatem, eliminując to co się redaktorowi całkiem słusznie nie spodobało.

Równocześnie z drugiego źródła dochodzi do mnie następna korekta od najwspanialszej beta-readerki na świecie, której wkład w wygładzanie mojego tekstu jest nieoceniony.

I znów odsyłam tekst, tym razem eliminując również wszystkie: „tyle że”, „tylko że”, „ale” i „i” od których, jak się okazuje w praniu, zadziwiająco często zaczynają się u mnie zdania. No, powiedzmy sobie szczerze, zaczynały. Bo sytuacja z każdym dniem ulega rewolucyjnym zmianom.

I niech mnie, jeżeli w trakcie niwelowania tych wszystkich łączników i „cosiów” do tekstu na powrót nie wdzierają się powtórzenia! Znów głębiej zapadam się w fotelu. Tym razem eliminuję powtórzenia i unikając „ktosiów” i „jakosiów”, podczas gdy nowe łączniki sprawiają, że tekst zaczyna mi zgrzytać.

Całymi dniami obmyślam, jak temu nadać melodię, fałszywie nucąc pod nosem:

„A niech to szlag!

Cierpliwości się uczyć muszę.

A niech to szlag!

Może wreszcie to z siebie wydyszę.”

Jadę na melodię „Niech żyje bal”, podczas gdy stać mnie na znacznie więcej – mogłabym już z pamięci cytować całość tj 226stron tekstu w formacie A4.

Jak jest u Ciebie z tą cierpliwością? Pisz proszę w komentarzach.

 

 

Prawie wygrałam konkurs!

Odważyłam się i posłałam fragment mojej książki na konkurs. I prawie się udało. Serio. Wyprzedziło mnie kilku twórców. Gdyby początki ich książek nie zapowiadały się lepiej niż ten mój, wygrałabym ten konkurs, jak nic;D

A tak znalazłam się na liście dziesięciu osób, których prace zwróciły uwagę jury. Uplasowałam się na miejscu trzecim. Nie wiem czy kolejność jest przypadkowa, czy nie, ale i tak się cieszę.

http://www.facebook.com/pages/Virtualo/287636233432?sk=app_4949752878

Konkurs na Virtualo miał wyłonić zwycięzce spośród self-publisherów, a nagrodą była darmowa korekta i redakcja całego dzieła.

Nagroda przeszła mi przed nosem, ale moralnie czuję się zwycięzcą;D

Miłego weekendu

 

Nowa powieść już na tapecie.

U nas wietrznie, choć słonecznie. Od rana ganiam po tarasie wielką plastikową doniczkę, która przy każdym silniejszym podmuchu wyskakuje z podstawki i toczy się w stronę schodów, żeby dokonać żywota, roztrzaskując się w drobny mak.
Nie zastanawiałam się nad sensem tej operacji. Coś wymyka się spod kontroli, więc instynktownie odstawiam to na miejsce. I nagle doszło do mnie, że wciąż robię wszystko, żeby nie zasiadać przed komputerem.

Podjęłam decyzję: dłużej czekać mi Nie  WOLNO. A teraz zapisane, moje postanowienie nabierze mocy.

Zasiadłam więc i zabrałam się do pracy. W cztery godziny ponownie machnęłam schemat nowej powieści metodą płatka śniegu ( http://www.pasjapisania.pl/Metoda_platka.aspx). Miałam go już wcześniej, ale ten dzisiejszy pisałam z pamięci. Wieżę, że te najlepsze pomysły nie znikają, zostają tam gdzieś w podświadomości i kiełkują. To prawda, że wciąż staram się notować idee, co jak się okazuje, jest niepotrzebną stratą czasu. Bo tylko te, które przeżyły próbę czasu i zamiast wyparować, siedzą pod czaszką. Tylko one dadzą radę się obronić.

Unikaj samotnych spacerów. Omijaj parki i wyludnione skwery. Fotograf wychodzi w plener…

Za kilka miesięcy powstanie „Seryjny fotograf”. W ciągu tygodnia ustalę sobie deadline. Będzie jeszcze weselej;D