Ostatni etap

Wczoraj odesłałam moją pierwszą powieść do ostatecznej korekty. Teraz już absolutnie nic nie będę mogła w niej zmienić, bo jeżeli znów wkradną się jakieś błędy, to wyłącznie na moją odpowiedzialność.

Redaktorka w tym momencie przygląda się każdemu zdaniu, przecinkowi i stylistyce. Obie mamy nadzieję, że wiele błędów zostało wyeliminowane przy okazji poprzednich poprawek. A jednak trochę to poprawianie potrwa. Muszę uzbroić się w cierpliwość. Ja furiatka z syndromem ADHD uczę się cierpliwości w kwiecie moich lat… Co jeszcze mnie spotka? Nie wiem. Jednak myślę sobie, że może to czas najwyższy, żeby zgłębiać wiedzę o sztuce czekania…

A teraz o tym czego nauczyłam się w trakcie ostatnich poprawek. Z całego serca polecam Screvener’a (http://literatureandlatte.com/trial.php). To program dla pisarzy, w którym widać jak na dłoni każdy kolejny rozdział z dokładną charakterystyką scen. To bardzo przydatne, gdy przychodzi ci do głowy przestawić sceny, celem przyspieszenia, albo opóźnienia akcji.

Problem pojawił się, gdy zmuszona okolicznościami przeniosłam się do Word’a. Dokument czyta się w tym edytorze łatwiej, bo można ustawić dowolnie wielkie czcionki, a tekst sięga od marginesu do marginesu, w dodatku nabrał kształtu książki. Jednak nie ma tu żadnych zakładek, na których można by zamieścić charakterystykę sceny. W związku z czym sceny przestały być widoczne jak na dłoni, a żonglowanie nimi skomplikowało się.

Dlatego zabrałam się za pracę u podstaw. Wypisałam sobie sceny chronologicznie, włącznie z krótką ich charakterystyką tym razem pracowałam na papierze, ołówkiem przez kalkę. Następnie pocięłam kopie i porównując sytuację aktualną do pożądanej, przyklejałam pocięte karteczki do symbolicznej osi czasu. W ten sposób uporałam się z chronologią.

Nie mogłam niestety uniknąć kilku tragicznych retrospekcji, ale to już wynikało z przeładowania wydarzeń w jednej z części książki, gdzie akcja (było „aukcja” popr. dzięki sugestii uważnej czytelniczki) pruła z prędkością TGV.

Dwa jeszcze dość istotne fakty wiszą nade mną jak milczący wyrzut sumienia. W moim odczuciu temperatura w Singapurze, która przeważnie przez całą dobę waha się między 28 a 30 stopni jest akceptowalna, żeby nie powiedzieć wręcz idealna do życia. To nie jest upał typowy dla Rzymu czy Warszawy, gdy 30 C w suchym klimacie zmusza do chowania się w cień. Singapurska wilgoć i tych 30 C otulało mnie jak kokon i czułam się tam wspaniale (pomijając wyjątkowo nieprzyjemne odczucie co do temperatur w budynkach, gdzie klimatyzacja ustawiana jest na 18C, a takie wahania temperatur zwykle przyprawiają mnie o zapalenie zatok).

Zdaniem redakcji klimat równikowy jest duszny i nie do zniesienia. Upieram się jednak przy swoim. Bo czemu moja bohaterka nie mogłaby mieć podobnych do moich odczuć co do klimatu?

I jeszcze jedno: Czy można dłonią wytłuc okienną szybę? Moim zdaniem w akcie desperacji dobrze umięśniony mężczyzna i owszem potrafi to zrobić. Nie chciałabym być gołosłowna, myślałam o eksperymencie, ale u nas znów zimno jak w psiarni i szkoda mi było pozbywać się nawet niewielkiej szyby w piwnicznym okienku.

Poprawki trwają. A ja czekać jednak nie umiem. Jutro na tapetę wraca „Seryjny fotograf”. Bezczynność kojarzy mi się ze śmiercią i tego nic nie zmieni.

Miłego dnia

6 myśli nt. „Ostatni etap”

  1. Kasiu,

    Bardzi ciekawy jest Twój pisarski blog:) Ja wzięłam tydzień urlopu tylko po to, aby zaszyć się w głuszy i pisać moje dzieło:) Zaczynam w piątek.
    Chciałabym być już na Twoim etapie!Serio:)

  2. Asiu,

    Już sam fakt, że wzięłaś urlop po to, żeby oddać się pasji pisania, powinien podziałać stymulująco. Ale Ci zazdroszczę tej głuszy.

    Już to widzę poranne pobudki. Pisanie przy kawce, jogging, lunch i znów pisanie do oporu… Zasłużony odpoczynek, może nawet przy lampce wina i ten poranny niepokój. – Od czego by tu zacząć…
    Cudnie się zapowiada.
    Trzymam kciuki.
    Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *