Oskarowa noc.

oskarowa noc

W sobotę, pierwszego lutego 2014, w samo południe, z bijącym sercem, czekałam na ogłoszenie wyników konkursu na opowiadanie wigilijne na zamkniętym forum Pasji pisania. Żeby zwiększyć szanse na wygraną, wysłałam dwa teksty.

Niecierpliwiłam się, więc co kilka sekund klikałam w „odśwież”. Wreszcie machina poszła w ruch!

Najpierw pokazały się oceny czytelników. Kolejno w siedmiu kategoriach. Pierwsza to „Fascynujący bohater”.

Za bohatera wzięłam pierwsze miejsce, no aż mi się we łbie z tego szczęścia zakręciło, krew zawrzała, z uszu zadymiło, a gardło wypełniło się gęstą substancją. Gdy głos wrócił, zaczęłam się drzeć jakbym szóstkę w totka wygrała. Mąż i dziecko przybiegli i gratulując mi zablokowali dostęp do komputera! Cuchnąca rybą inspiracja, jak zwykle obok, mruczała, a z ciekawości machała koniuszkiem ogona. Fascynujący bohater, kocik kochany, muza sardyną waniająca!

Uwolniłam się z objęć, rozpędziłam podekscytowane towarzystwo i zanim doszłam do siebie, pojawiła się kolejna kategoria: „Sexy lokalizacja”. Tu już było gorzej, opowiadanie o kocie nie załapało się do pierwszej dwudziestki, a to drugie „Czterdziesta wigilia” zajęło dopiero dwunaste miejsce. Emocje stygły. Wróciło racjonalne myślenie: przecież wiedziałam, że lokalizacja jest ważna, a mimo to przeoczyłam ten wymóg?! Głupich nie sieją…

Potem był „Humor” tu znów wynik nieciekawy, bo ósme i dziewiąte miejsce.

Dalej „Zmysłowe opisy”.
– No niech mnie! – Znów zaczęłam się drzeć, znów rodzina się zleciała, znów kota obudziłam.
– Trzecie miejsce, trzecie! – grzmiałam jak radiotelegrafistka w ostrzeliwanym z moździerzy okopie.

Kategoria numer pięć „Dobre dialogi”, cholera, o dialogach też zapomniałam! Ło matko, gdzie ja byłam jak przydzielano rozum, albo przynajmniej instynkt samozachowawczy?!

Kategoria numer sześć „Ciekawa fabuła”.
– Jestem wielka! – siła rażenia mojego głosu mogłaby diament oszlifować.
– Pierwsze miejsce! Pierwsze! – wrzeszczałam, uświadamiając rodzinie, co się stało. Kim jestem, równocześnie sugerując, że należy mi się chociaż jeden dzień bez gotowania. No dobra, przegięłam… Ale przynajmniej buziaczek:D

Gdy z moich ust dobywał się już tylko zapach acetonu (tak cuchnie zwietrzała adrenalina) i zaczęłam odpływać w sen, pojawiła się kategoria numer siedem: „Język i styl” – miejsce numer dziewięć. Z głębi moich płuc wyrwał się niekontrolowany wrzask. Ludzie, toż to ja trzy lata temu poprawnie zdania po polsku nie potrafiłam napisać (dwadzieścia lat niepisania w ojczystej mowie dało mi się we znaki)
– Dziewiąte, dziewiąte, dziewiąte… – zapowietrzałam się.

Następnie pokazał się tabela zbiorcza. Moje opowiadanie uplasowało się na siódmej pozycji! Siódma, jestem siódma! Wśród tak wybitnych opowiadań to nie lada wyczyn. (Opowiadania konkursowe będziesz mógł przeczytać, pewne wydawnictwo zrobi z tego ebooka. Przekonasz się, że konkurencja była ostra).

Tym razem Iv Grodzka-Górnik, pisarka i wybitna organizatorka zdarzeń niepowtarzalnych, zapowiedziała wyniki jury. Patrzyłam w emocjach jak dyplom po dyplomie dostawały wyróżnione teksty. W oczach mi się łza z tych emocji kręciła, łeb trzaskał z nieznaną dotąd siłą, ręce drżały, serce ściskało. Aż ukazał się dyplom numer dziesięć, na którym też nie było mojego nazwiska.

Niby nie spodziewałam się więcej, już pozytywne komentarze pod moimi opowiadaniami jeszcze tego ranka oznaczały dla mnie Wygraną (duże „W” było zamierzone), ale o dwunastej, po tym jak kocur wziął jedynkę za bohatera, a „Czterdziesta” wlazła na szczyt podium za fabułę, wszystko się przewartościowało i było mi mało (rym zamierzony)!

Zegar wskazywał czternastą (znaczy, że minęła trzynasta)… więc przyszła mi do głowy myśl szlachetna: mogłabym sobie lampkę wina przynieść, w taki dzień byłoby to mile widziane, nerwy bym ukoiła… albo przynajmniej ululała się do snu;D
Ale nie dane mi było zaszaleć: oto na ekranie pojawił się komunikat zapowiadający kolejne nagrody – Superlaury!

Tak już ogłupiałam, że się wychyliłam z pytaniem: czy te Superlaury są lepsze od wyróżnień (tylko, błagam, nikomu nie mów;D). Odpowiedź pozytywna.

Przysiadłam na skraju fotela, rękami się o stół zaparłam, żeby mebel mi spod tyłka nie wyjechał, bo na kółkach, i patrzyłam z podziwem na nazwiska kolegów. Nagle jak z grom z jasnego nieba pod numerem czwartym pokazało się moje nazwisko. Ślipia przetarłam, znowu spojrzałam. Kliknęłam w odśwież, przypuszczając, że mam halucynacje. Ale nie, stojąca obok córka wskoczyła mi na kolana i tym razem ona zaczęła piszczeć ze szczęścia, nie było mowy o pomyłce. Dostałam Superlaur!
– Superlaur! – darłyśmy się obie z głębi płuc. Superlaur! – wrzeszczałyśmy, a ja zaczęłam się śmiać i płakać na przemian, jakbym paraliżu umysłowego dostała. Dzieciak wieszał się na mnie z tej radości, też najwyraźniej opętany amokiem.
Na koniec zdołałam jeszcze pod tym Superlaurem napisać podziękowania. W pierwszej kolejności dziękowałam rodzinie, potem publiczności i jury! Wczułam się, jakbym znalazła się na rozdaniu Oskarów!:D

Gdy się już uspokoiłam i na Superlaura pogapiłam, to gratulacjom, uściskom i buziakom nie było końca;D

Zapraszam do lektury „Naszej czterdziestej wigilii” – opowiadania nagrodzonego Superlaurem!:D

Do napisania.
Kasia

PS. Powyższy tekst został oparty na faktach, a wydarzenia i postacie są autentyczne.

8 myśli nt. „Oskarowa noc.”

  1. Kasiu, bardzo fajnie pokazałaś te emocje. A najważniejsze, że dla Ciebie i czekanie, i shackowanie i te fejsbukowe „Oskary” – wszystko staje sie materiałem pisarskim. 🙂
    Ja też zintensyfikowałam działania na swoim blogu, zapraszam. Dla przypomnienia: http://kobietadomowa.wordpress.com/
    Pozdrawiam!

  2. Haniu,

    Wmawiam sobie, że w ten sposób warsztat szlifuję, bo lepiej pisać niż nie pisać. Póki co w poczekalni powieściowej jestem. Zbieram idee, coś tam bazgrzę, ale ogólnej wizji powieści wciąż brak i zaczyna mnie to trapić.
    Pozdrawiam.
    Kasia

  3. Kasiu,
    Wspaniale opisałaś te emocje. U mnie były dokładnie takie same. Radość, co prawda występowała dokładnie w innych miejscach, a zaduma w innych niż u Ciebie, ale bardzo się cieszę. Oczywiscie za moje wyróżnienie. Ktoś by powiedział „…zaledwie wyróżnienie”. Dla mnie „AŻ” wyróżnienie. Wtedy, kiedy ogłaszano wyniki zdziwienie sięgnęło zenitu. To ja mam wyróżnienie, a Kasia nic? Z nerwów paznokcie same się wciskały między zęby. Uff. Udało się. Dobrze, że pojawiły się jak królik z kapelusza Superlaury.
    Cieszę się też, że „Czterdziesta wigilia” została wysoko oceniona przez innych autorów i Jury. Superlaur. Gratulacje! To jedno z moich ulubionych opowiadań z całego konkursu. Pozdrawiam. Ironia K.

  4. Ironio,

    Dla mnie „Zasady trzeba mieć” to był tekst na Superlaur. Od razu przed oczami stanął mi Andy ze Skazanych na Showshank i te dwie prześladujące go siostry, z których jedna (to straszne, ale tak to wiedzę) została obrócona w śliniącego się ziemniaka. (Jak mi się dzieć buja na krześle, albo próbuje wybrać się na rolki bez kasku zwykle straszę go tym śliniącym się ziemniakiem, na razie działa;D Napisałas doskonały tekst szkoda,że nie przypadł Ci w udziale Superlaur. Ale co się odwlecze, to nie uciecze:D
    Jej, aż doczekac się nie mogę kolejnego konkursu i tych emocji, bo sama zobacz, to nie było tylko magiczne popołudnie, ale całe dwa miesiące emocji. Aż tu nagle zapadła dzwoniąca w uszach cisza;D
    Miłego dnia.
    Kasia

    PS. Lecę kończyć prolog. Chcieliście uderzenia, to je dostaniecie ;D

  5. Hej,
    Teraz rozumiem, co miałaś na myśli przez ‘będą duże emocje, zobaczysz’. Opisałaś je tutaj fantastycznie! Ty osiągniesz w maju drugi stopień wtajemniczenia, będąc obecna na oskarowej imprezie w Warszawie. Fajnie!! Może spotkasz Irońcię, Rhino, i wielu, wiely innych. Niewątpliwie warto! Ja się pobawię przy laptopie, i już wiem, co mnie czeka. Ile emocji 🙂
    Hej, fajnie jest pisać i czytać się wzajemnie. Życie pisarza pięknym jest, nieprawdaż? I ja to mówię w PONIEDZIAŁEK!
    Pozdrawiam ciepło,
    Zuza

  6. Zuza,

    Ja się na tę Warszawę tak cieszę,że przez cała noc oka nie zmrużyłam z tych emocji:D
    Ale gdyby nie dane mi było lecieć i tak z bijącym sercem czekałabym przed laptopem! Emocje autentycznie niezapomniane! Myśl miałam nawet taką, że całe życie czekałam na ten jeden dzień, żeby się dowiedzieć, że wiara góry przenosi. A moje marzenie o pisaniu spełniło się w 100 procentach! W tamtej chwili nie potrzebowałam wydawców, nie marzyłam o postawieniu moich powieści na półce, wystarczyło mi uznanie czytelników:D I tak się stało, zostałam doceniona, to było jak grom z jasnego nieba:)

    Trzymam za ciebie kciuki!:D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *