Odzyskana wolność

by Katarzyna Sikora

Torebka, przez jedną głupią torebkę, wszystko się zmieniło.

Cały ranek nie mogłam usiedzieć w miejscu. Z jednej strony czułam wdzięczność do teściów, że zechcieli wziąć dzieci na pierwszy tydzień wakacji, z drugiej już po dwóch godzinach od chwili kiedy opuściły dom, zaczęła zżerać mnie tęsknota. Brakowało mi wesołego jazgotu i salw śmiechu. Tymczasem, aby zabić czas i zająć czymś umysł robiłam wszystko, aby zatrzeć ślady ich obecności w salonie i w kuchni.

Sprzątałam.

Musiałam zagłuszyć strach zwykle towarzyszący mi w chwilach, kiedy rodzina udawała się w podróż samolotem. „Bóg każe nas za to czego nie potrafimy sobie wyobrazić”. Przez mój umysł przewijały się przerażające wizje. I tak nie potrafiłabym ich powstrzymać, ale przynajmniej byłam po części usprawiedliwiona. Widziałam pogięte blachy samolotu porozrzucane jak konfetti po ćmiącym się pogorzelisku. Tlące się fotele i zwęglone ludzkie szczątki. Latające w powietrzu palące się strzępki ubrań i nagie broczące krwią niemowlęta. Odstawiłam mopa i zacisnęłam dłonie aż zbielały na knykciach. W myślach modliłam się, aby nic złego nie stało się moim bliskim. Błagałam o bezpieczne lądowanie w Warszawie. Telewizor ryczał na cały regulator, chciałam go słyszeć z każdego zakątka domu. Drżałam za każdym razem, gdy dźwięk narastał sygnalizując początek kolejnej serii newsów. Tak było i tym razem. Wstrzymałam oddech ściskając w dłoni kij od mopa, czekałam. Znów nie było nic o wypadku lotniczym, ani słowa o strajkach na lotniskach. Gdzieś niedaleko stąd zderzyły się samochody, szczęśliwie wszyscy uszli z życiem. Korek na autostradach paraliżował ruch, jak to zwykle bywa w pierwszym dniu wakacji, a mimo to głównie o tym grzmiały media. Ale nic o samolotach. Z jednej strony rosła we mnie podejrzliwość: może obsługa lotniska jeszcze nie wie, że silniki samolotu wysiadły? Z drugiej starałam się zagłuszyć te straszne myśli. Przestań, obsztorcowałam siebie. Brak wiadomości to dobra wiadomość, pocieszyłam się i wróciłam do przerwanej pracy. Gdy skończyłam z podłogą, zabrałam się za okna.
Sprzątanie pozwalało mi wyładować nadmiar energii, gdybym nie miała zajęcia, chyba oszalałabym z nerwów. Po raz tysięczny spojrzałam na kuchenny zegar. Jeszcze godzina i powinni wylądować. Wiadro z mopem i brudne szmaty, którymi umyłam okna zaniosłam do piwnicy. Rozebrałam się tam na miejscu, bo w piwnicy mamy też pralnię i wrzuciłam ciuchy do kosza na brudy, żeby dwa razy nie chodzić. Tym razem mogłam pozwolić sobie na taki luksus, byłam sama. Pobiegłam po schodach do łazienki, rozglądałam się w panice. Zdarzyło mi się przyłapać wścibskiego sąsiada zaglądającego nam w okna z tego kawałka trawnika, który należał tylko do nas.

Tym razem sąsiada nie było.

Telewizor znów zaryczał zapowiadając kolejną serię świeżych newsów. Otworzyłam drzwi łazienki, żeby lepiej słyszeć. I tym razem żadnych informacji o katastrofach lotniczych. Odetchnęłam z ulgą. Prysznic brałam pod niewielkim ciśnieniem, żeby strumień wody nie zagłuszał telewizora. Potem stałam przed lustrem i zastanawiała się co dalej począć z ofiarowanym mi czasem i jak zgłuszyć nachodzące mnie wizje katastrofy. Miałam przed sobą tydzień wakacji od rodziny, a ściślej mówiąc od garów, prania, odbierania dzieci z przedszkola i szkoły, od wożenia ich na dodatkowe zajęcia, od prasowania sterty ciuchów, która nigdy nie malała, od głaskania na dobranoc, nocnych pobudek, wstawania o świcie, od plam na wyjściowych ciuchach, od robienia makijażu w locie i nieułożonych włosów, imprezek, które wypadało robić, albo na nich być, a nade wszystko od awantur z mężem, próbowałam pocieszać się w myślach. Zamierzałam ten tydzień poświęcić na relaks, ale najpierw musiałam się upewnić, że rodzina bezpiecznie doleciała na miejsce.

Dopiero potem miałam zamiar skorzystać z wakacji. Tymczasem byłam kłębkiem nerwów. Głośny ryk dzwonka w mojej komórce przedarł się przez dźwięki wydawane przez telewizor. Okryłam się ręcznikiem i zbiegłam do kuchni. Na wyświetlaczu pojawiło się imię mojego męża. Spojrzałam na kuchenny zegar. Mieli wylądować dopiero za pół godziny! Drżącą ręką odebrałam połączenie, znów spojrzałam na zegar, może się zatrzymał, bo skończyła się bateria. Ale nie, dokładnie w tamtej chwili długa wskazówka wskoczyła na kolejną kreskę na tarczy. Co więc…?

– Tak – odezwałam się drżącym głosem. W uszach dzwoniło mi od nagłego skoku ciśnienia. A może coś się stało, jakiś świadek katastrofy odnalazł telefon w zgliszczach i teraz dzwoni…

– To ja! – dobiegł mnie głos męża – był piskliwy, od jakiegoś czasu tak brzmiał. Kłóciliśmy się od miesięcy, a gdy przestawaliśmy, on błagał mnie tym piskliwym tonem, żebym nas nie skreślała, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że…

– Już wylądowaliście? – zapytałam drżącym głosem… ale jak to moż…

– Jeszcze nie wylecieliśmy – powiedział. – Samolot miał awarię i odwołali lot.

Przed oczami jak na zawołanie pojawił mi się obraz tlących się ludzkich szczątków na zwęglonym pogorzelisku, a w uszach słyszałam płacz niemowlęcia…

– A dzieci? – wydukałam – nic się nie stało dzieciom? – Teraz i mój głos przybrał wysokie, piskliwe tony.

– Uspokój się!…odwołali lot – ciągnął już głosem, w którym jakieś tysiąc lat temu się zakochałam – nawet nie wpuścili nas do tego samolotu. Zaproponowali nowe połączenie przez Dusseldorf z kolejną przesiadką w Kopenhadze. Chciałem ci tylko powiedzieć, że zaraz skończą się baterie w telefonie i żebyś się nie martwiła. Zadzwonię od mamy.

– Ale, o której, o której będziecie na miejscu?

– Około dwudziest… – połączenie urwało się. Baterie wyczerpały się na dobre. A ja stałam ze słuchawką wciąż przyciśniętą do ucha i czułam jak oblewa mnie fala gorąca.

O dwudziestej czy o dwudziestej czwartej? Zastanawiałam się i czułam, że dłużej nie zniosę tego oczekiwania. „Samolot miał awarię” – powiedział. Przecież to przewidziałam, a jeżeli reszta moich wizji też się spełni?!

Nie, bzdura, znów zbeształam siebie w myślach. Przecież zawsze tak jest, za każdym razem gdy dzieci udają się w podróż, wyobrażam sobie najgorsze i tym razem to tylko moja chora wyobraźnia. Przecież nic się nie stało, samolot miał wprawdzie awarię, zawsze istnieje ryzyko, ale przecież nikt nie próbował poderwać go do lotu. Zanim maszyna nie zostanie dokładnie prześwietlona przez techników, zapewne, zostanie wykluczona z grafiku lotów, starałam się myśleć racjonalnie.

Moje dzieci są bezpieczne, oblecą wprawdzie pół Europy zanim znajdą się u babci, ale przecież są bezpieczne. Spojrzałam na zegar kuchenny: dochodziła trzynasta.

Miałam przed sobą od siedmiu do jedenastu godzin oczekiwania. Czułam, że znów oblewa mnie fala gorąca. Zrobiłam sobie filiżankę kawy, nie żebym potrzebowała ekstra bodźców w postaci kofeiny, po prostu lubię kawę, a w tamtej chwili to był jedyny sposób, żeby zabić głód. Obficie zalałam espresso wysokotłuszczową śmietanką. Żołądek uparcie dopominał się jedzenia. Powinnam coś zjeść, ale z nerwów i tak nic nie przeszłoby mi przez gardło. Upiłam spory łyk śmietanki wprost z kartonu i po kilku minutach poczułam się syta. Oszukałam żołądek, ale jak wykiwać oszalały z nerwów umysł? Co ja mam, do cholery, robić przez kolejnych jedenaście godzin? Czym wypełnić czas, żeby nie oszaleć?!

Wychyliłam filiżankę kawy i mimo że parzyła mi usta, wypiłam ją jednym haustem. Wróciłam do łazienki i wzięłam kolejny prysznic. W trakcie kąpieli przyszło mi do głowy, żeby wyszorować ciało pillingiem, wypełniłam tym zabiegiem pięć minut, przez trzy kolejne nacierałam się balsamem do ciała.

Do lądowania w wersji optymistycznej zostało sześć godzin i pięćdziesiąt dwie minuty, w wersji pesymistycznej cztery godziny więcej.

W garderobie nie znalazłam żadnej wyprasowanej sukienki. Włączyłam żelazko, a w oczekiwaniu aż się nagrzeje zajęłam się lekturą. Po bezmyślnym przeczytaniu dwóch akapitów, z których niczego nie zapamiętałam, poddałam się.

Wyprasowałam ciuch. Zajęło mi to siedem minut. Ubrałam się pośpiesznie, w drodze przez kuchnię podsypałam kotom karmy. Nie myśląc specjalnie nad tym co robię, wzięłam torebkę, założyłam buty i wyszłam z domu.

Osiem minut później znalazłam się na dworcu kolejowym w naszej pipidówce. Kupiłam bilet na pociąg do Genewy i czekałam aż przyjedzie. Próbowałam przyglądać się podróżnym, ale mój wzrok wciąż podążał w stronę dworcowego zegara. Opierałam się ze wszystkich siły, żeby nie spojrzeć. Ale uległam pokusie. W wersji optymistycznej moja rodzina miała wylądować w Warszawie za sześć godzin i trzydzieści osiem minut.

Wsiadłam gdy pociąg zatrzymał się na peronie. Zajęłam miejsce naprzeciwko piersiastej kobiety z dwójką małych dzieci. Były w zbliżonym wieku do moich. No, może o rok czy półtora młodsze. Wpatrywałam się w uśmiechniętą twarz tamtej matki, kiedy z miłością strofowała na oko pięcioletniego synka, który nie mógł usiedzieć w miejscu, a gdy wreszcie usiadł, zaczął wylizywać językiem szybę wagonu. Chwilę później młodsze dziecko – córka, chyba dwuletnia, podeszła do matki odchyliła jej bluzkę i stanik, po czym przyssała się do ogromnej piersi. Oniemiałam z wrażenia. Takie duże dziecko?! Moje przestały ssać gdy skończyły osiem miesięcy, oboje w tym samym czasie, jakby się umówiły, choć dzieliły je trzy lata różnicy. Poczułam przeszywającą mnie na wskroś żałość. W piersiach zabolało jak przy mlecznym zastoju, a przecież młodsze dziecko przestałam karmić dobre trzy lata temu. Przypomniałam sobie jak Sisi, gdy się już najadła do syta, odsysała się gwałtownie od mojej piersi i unosiła w górę krótkie rączki, a jej braciszek patrzył na nią z wyrazem uwielbienia i poczułam jak zbiera mi się na płacz. Moje dzieci, moje kochane maleństwa, gdzie wy się podziewacie?! Czy jesteście bezpieczne! Czy nic złego wam nie grozi? Poczułam kolejny atak gorąca. Serce biło mi jak oszalałe.

– Madame, czy wszystko w porządku? – zapytała mnie karmiąca matka.

A ja tylko pokiwałam głową, bo gdybym spróbowała wycisnąć z siebie słowo, pewnie wybuchnęłabym płaczem.

Znów odruchowo spojrzałam na zegarek: sześć godzin i dwadzieścia pięć minut. Pociąg zatrzymał się. Slalom po zatłoczonym sobotnim tłumem zakupowiczów dworcu powoli koił moje nerwy. No, przynajmniej nie chciało mi się wyć. Znów naszła mnie chęć, żeby spojrzeć na zegarek. Lecz tym razem resztki rozsądku zwyciężyły.

Podziemnym przejściem minęłam stację i wydostałam się na deptak prowadzący w stronę Jeziora Genewskiego. Minęłam most nad Rodanem. Żołądek ściskał mi się z głodu. Po drodze weszłam do baru sushi i zmusiłam się do połknięcia trzech ruloników z ryżu nadzianych czerwonym kawiorem. Pozostałe dwa wyrzuciłam do śmietnika. Popiłam wodą mineralną i wyszłam. Wciąż walczyłam z pokusą spojrzenia na zegarek. Na razie wygrywałam. Ale co z tego, skoro mój biologiczny chronometr wziął się do roboty i podpowiadał mi, że zabiłam zaledwie niecałe dwadzieścia minut.

Cholera, co mnie tu właściwie przywiodło? Po raz pierwszy od opuszczenia domu zadałam sobie to pytanie. Postanowiłam wrócić do domu. Ale coś mnie tknęło. Potrzebowałam nowej torebki. Stara przetarła się na rogach, a w poniedziałek czekał mnie lot do Londynu, gdzie miałam się spotkać z potencjalnym klientem. Zamierzałam wykorzystać czas bez dzieci na nadrobienie podróży służbowych. Miałam spore zaległości. Moja firma handlowała kontraktami terminowymi na ropę naftową. Powinnam zdobyć więcej klientów, w przeciwnym razie moja kariera zawiśnie na włosku. Miałam coraz mniejsze prowizje. Od chwili kiedy pojawiły się dzieci, moja wydajność zaczęła spadać. Jakby na domiar złego wciąż obracałam się w świecie bogatych inwestorów, nie mogłam wyglądać jak siódme dziecko stróża. Tak, nowa torebka na pewno mi się przyda i być może poprawi nastrój. Może, buszując po sklepach, choć na chwilę przestanę się zadręczać losem moich ukochanych? Wróciłam na Rue de Rhone i pierwsze kroki skierowałam do butiku Diora. Sprzedawca pokazał mi trzy zielone torebki – każdą w innym odcieniu. Wszystkie były piękne, trudno było się zdecydować. Może wzięłabym wszystkie? Spojrzałam na dyskretnie umieszczoną w środku cenę i oniemiałam. Cztery tysiące dwieście franków za sztukę! Podziękowałam, wymawiając się trudną do podjęcia decyzją i wyszłam ze sklepu. Poszłam w stronę Rue de Marche, na której znajdują się „normalne” sklepy, już nie butiki, z bardziej życiowymi cenami. Po drodze mijałam salon Luisa Vuittona. Postanowiłam go jednak odwiedzić, bardziej chyba z ciekawości niż z chęci kupienia tam czegokolwiek. Chciałam przynajmniej porównać ceny.

Przystojny odźwierny otworzył przede mną przeszklone żeliwne wrota. Na parterze obejrzałam kilka par butów, też by się przydały. Ale nie tak jak torebka. Podeszłam do stoiska z torbami. Wysoka blondynka z nabotoksowanymi ustami i kto wie czym jeszcze, ubrana w elegancką czarną sukienkę, oglądała śliczną, czerwoną torebunię wielkości strony A4. Dla mnie za mała, ale i tak zatrzymałam się, żeby podsłuchać. Sprzedawca zachwalał najnowszy trend w modzie – wytwory ze skóry strusia. Skóra wyglądała jak ludzkie ciało pokryte strupkami ospy wietrznej. Adaś niedawno przechodził przez tę chorobę i przed oczami stanął mi jego obraz: szczupłe nagie ciałko w białe kropki z maści cynkowej, którą dzień i noc pokrywałam każdy strupek. Serce znów zabiło mi jak szalone. Odruchowo sięgnęłam po telefon, ale przypomniałam sobie, że komórka męża jest wyładowana. Spojrzałam na zegarek: do lądowania pozostało sześć godzin, równo sześć godzin – to w wersji optymistycznej.

– Dziesięć tysięcy osiemset – wyszeptał sprzedawca, widocznie zapytany o cenę torebki. Klientka uśmiechnęła się i rzuciła krótkie „biorę”.

Odeszłam i szerokimi schodami wspięłam się na piętro z odzieżą.

– Anka?! – zachwiałam się na najwyższym stopniu, niewiele brakowało abym straciła równowagę. Ale udało się. – Anka! – to był głos Dolores, naszej nowej gwiazdy. Ostatnio pół biura obstawiało za tym, że śpi z szefem, a drugie, że nie, ale to tylko kwestia czasu. Piękna, wąskobiodra i wielkobiuściasta Dolores, z długimi gęstymi włosami jak u Pameli Cruz, ubrana w wieczorową garsonkę z najnowszej kolekcji Luisa Vuittona, stała naprzeciwko przystojnego bruneta z burzą czarnych loków, ujarzmionych jakąś pomadą, o bladej cerze i zdumiewająco niebieskich, prawie wpadających w granat oczach. Facet rozsiadł się na kanapie i bezczelnie wgapiał we wdzięki mojej koleżanki.

– Anka, chcę przedstawić ci Alego, to przyjaciel szefa, przyjechał do Genewy w interesach, ale dzisiaj potrzebował asysty przy zakupach – zaprezentowała mnie osobnikowi. Wstał. Był ubrany w sportowy garnitur.

– Miło mi, Anka – przedstawiłam się i podałam mu rękę. Był wysoki i zabójczo przystojny. Podał mi swoją dłoń, a drugą objął nasze połączone w uścisku ręce.

– Dolores patrzyła na nas z dziwnym uśmiechem, strużka potu spłynęła po jej skroni. Ktoś z obsługi sklepu wręczył jej szklankę wody, a na miniaturowym szklanym stoliku przed Alim postawił filiżankę kawy. Ali zwolnił uścisk. Korzystając z zamieszania Dolores wciągnęła mnie do kabiny.

– Anka, błagam cię – zaczęła szeptem – pomocy – szef poprosił mnie, żeby oprowadzić tego Alego po sklepach, spójrz – wskazała brodą na kilkanaście wielkich kolorowych toreb z logo najróżniejszych dizajnerów. – On obkupił już chyba wszystkie pięć żon i siebie na cały sezon, a ja mu w tym towarzyszę… od rana! W dodatku on się prawie w ogóle nie odzywa. A ja jestem tragarzem i modelką… Zaraz się ugotuję… żywcem – zdjęła z siebie marynarkę i podała mi ją. Tkanina wydawała się dość gruba, za gruba jak na lato, ale może dizajnerowi chodziło o lato na Grenlandii? Dolores otarła chusteczką czoło. Z torebki wyjęła puder i zmatowiła błyszczącą twarz. – Błagam, Anka, zajmij się nim przynajmniej przez godzinę. Ja już nie daję rady – niewiele brakowało, a padłaby przede mną na kolana. Zrobiło mi się jej szczerze żal. W sumie i tak nie miałam wiele do roboty, przynajmniej w pożyteczny sposób, ku chwale firmy, mogłabym zabić czas. Tylko że… Znów spojrzałam na zegarek: pięć godzin i pięćdziesiąt dwie minuty, w wersji optymistycznej, a w pesymistycznej… prawie dziesięć! Teraz po mojej skroni spłynęła kropla potu.

– Anka, dobrze się czujesz?

– Tak, tylko wiesz, moja rodzina jest w podróży i tak strasznie…

– Nie ma czasu – przerwała mi – posłuchaj, powiem mu, że zdarzyło się coś nieprzewidzianego i teraz ty mnie zastąpisz. Zjedzcie coś, bo pewnie jest głodny, nie mieliśmy nawet czasu na lunch. Zadzwonię za godzinę – instruowała mnie, równocześnie przebierając się w swoją czerwoną dopasowaną sukienkę. Wyglądała zjawiskowo. Wreszcie, nie pytając mnie o zdanie, wyszła z kabiny. A ja za nią. Patrzyłam jak zamienia kilka słów z Alim, a w chwilę później rozpłynęła się w powietrzu.

– Madame Anka, zechciałaby towarzyszyć mi w lunchu? – zapytał Ali. Nie mogłam się nie uśmiechnąć, słysząc jak się do mnie zwraca.

– Jasne – odpowiedziałam, choć i tak nie sądziłam, że coś w ogóle przejdzie mi przez gardło, tym bardziej, że w ustach wciąż czułam smak sushi.

Tymczasem Ali zaczął rozmowę ze sprzedawcą, tamten skinął głową i pozbierał stroje z przymierzalni. Ali nonszalancko podał mu kartę kredytową. Platynową! Dopił filiżankę kawy, po czym spojrzał na mnie zorientowawszy się, że przyglądam mu się badawczo.

– Też na zakupach? – uśmiechnął się porozumiewawczo, tak jakby to, że w sobotę wybrałam się na zakupy miało nas zbliżyć, jak członków super tajnej sekty. Tymczasem na genewskim dworcu minęłam setki jeśli nie tysiące zakupowiczów. A ilu z nich dojechało tu samochodami? Nie wspomnę o tych, którzy skorzystali ze środków transportu miejskiego… Lub zwyczajnie przyszli piechotą.

Jednak odwzajemniłam uśmiech, facet wydawał się sympatyczny.

– Czego szukasz?

– Torebki – przyznałam i żeby nie być gołosłowną ubarwiłam moją wersję tym, że spodobała mi się ta mała torebka na parterze i zastanawiam się czy jej nie kupić.

Ze zrozumieniem przytaknął głową.

– Zjedzmy coś, a potem możemy tu wrócić – zaproponował. Chwilę jeszcze rozmawiał ze sprzedawcą, instruując aby jego najnowsze zakupy i te wcześniejsze dostarczono pod wskazany adres. Wreszcie wyszliśmy na nagrzaną słońcem ulicę.

Ali zaproponował Brasserie Lipp, drogi lokal, w którym serwowano owoce morza. Przecięliśmy Place Mollard, po czym Rue de Marche i weszliśmy do restauracji. Zajęliśmy stolik z widokiem na ruchliwą ulicę handlową. Rozmowa nie kleiła się zbytnio. Ja wciąż nerwowo spoglądałam na zegarek, a Ali sprawdzał wiadomości na swoim wypasionym telefonie. Przeprosił i wykonał jeszcze kilka telefonów. Treści rozmów nie zrozumiałam, mówił po arabsku. Chwilę później kelner przyniósł kilkupoziomową tacę, taką na jakiej w cukierniach prezentuje się ciasteczka. Na każdym poziome znajdowało się po kilka rodzajów muszli, w tym ostrygi, mój mąż uwielbia ostrygi, powinniśmy kiedyś zostawić dzieci z opiekunką i jak za dawnych czasów wyjść na miasto. Po raz pierwszy od dawna pomyślałam ciepło o Zbyszku. Boże, ależ byłam głupia, dlaczego pozwoliłam aby kłótnie o drobiazgi niszczyły nasz związek? Znów spojrzałam na zegarek. W wersji optymistycznej do lądowania zostały cztery godziny i trzydzieści minut. I nagle przypomniałam sobie jak w ferworze jakiejś awantury życzyłam Zbyszkowi śmierci, w myślach, przez sekundkę, ale jednak. Poczułam atak paniki, znów popatrzyłam na zegarek, od ostatniego spojrzenia upłynęła minuta.

– Anka, czym się pani tak denerwuje? – gonitwę myśli przerwał zatroskany głos Alego. – A może lampka szampana na przełamanie pierwszych lodów? – zmienił temat, widocznie odechciało mu się wysłuchiwać potoku moich zmartwień.

Ale ja nie wytrzymałam. Opowiedziałam mu o tym, że moja rodzina jest w podróży do Warszawy, że pierwszy samolot miał awarię, że mają jakiś kombinowany lot, że nie mam z nimi kontaktu i odchodzę od zmysłów. Przysłuchiwał mi się cierpliwie, odruchowo lub nie, gładził mnie po dłoni. A ja czułam, że stres stopniowo ulatnia się, że tego mi było trzeba. Musiałam się wygadać! A Ali potrafił słuchać.

Jedliśmy skorupiaki popijając szampanem. Po trzeciej lampce miałam wrażenie jakbym spędzała czas ze starym przyjacielem, któremu mogę powiedzieć wszystko. Albo… jak z moim Zbyszkiem w czasach zanim pojawiły się dzieci. Potem jeszcze czasami żartował, mówił: „Patrz, po co nam to było, a moglibyśmy jeździć na nartach” później już nawet nie dowcipkował. Staliśmy się tym, czym w czasach, kiedy się poznaliśmy nigdy nie zamierzaliśmy się stać. Ale rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania.

Po późnym lunchu, za namową Alego, wróciliśmy do salonu Luisa Vuittona. Twierdził, że drobiazg w postaci torebki polepszy moje samopoczucie. Uległam. Dokładnie obejrzałam torebkę, tę z wysypką, tyle że w zielonej wersji. Była śliczna, choć jak na moje potrzeby za mała i przypominała mi o ospie wietrznej Adasia. Jednak coś w niej było. Rozochocony Ali wręczył sprzedawcy kartę kredytową.

– Nie, ja płacę – zaprotestowałam, unosząc się dumą. Pamiętałam ile kosztowała torebka, a mimo to podałam sprzedawcy moją własną kartę kredytową. Zbyszek, gdyby wiedział pewnie złapałby się za głowę, a potem zacząłby ze mnie śmiać. Nawet ostatnio, gdy ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, ani razu nie wyrzucił mi moich ubraniowych szaleństw. Kochany Zbyszek… Podpisałam drżącą ręką potwierdzenie transakcji, odebrałam pakunek obiecując sobie, że w poniedziałek zwrócę zakup.

Dolores wciąż nie oddzwaniała. Wprawdzie wcale nie uwierzyłam, że do mnie zadzwoni, nie sądziłam nawet, aby miała mój numer telefonu, a jednak poczułam do niej żal. Znów spojrzałam na zegarek: do lądowania w wersji optymistycznej pozostało trzy i pół godziny. Ali spojrzał na mnie z dezaprobatą. Popatrzyłam na niego przepraszająco i chyba mi uwierzył, bo odwzajemnił uśmiech.

– Anka – teraz zwracał się do mnie już po imieniu, choć wcale mu tego nie zaproponowałam. Co powiesz na mały relaks w SPA? Zarezerwowałem popołudnie w La Réserve. Całe SPA do naszej dyspozycji. Zabijesz czas i będziesz miała bliżej do domu – namawiał mnie, widząc moje niezdecydowanie. Dziwny facet. Te zakupy, teraz SPA… strasznie babski, pomyślałam i to dodało mi odwagi. Zbyszek nie byłby szczęśliwy, że spędzam czas na lunchach z innym facetem, o ile nie miało to bezpośredniego związku z pracą, nie wspomnę już nawet o czasie spędzonym w SPA. Ale ten facet bardziej przypominał przyjaciółkę niż amanta. Jakiś utajony gej? Może te ciuchy kupił dla siebie, a nie dla żon? Zaśmiałam się w głos.

– O nareszcie – szczerze ucieszył się, że odzyskuję dobry humor.

Pół godziny później taksówka dowiozła nas do Bellevue pod hotel La Réserve. Dziesięć minut później przebrani w białe szlafroki siedzieliśmy w eleganckim pokoju wypoczynkowym, jednym z wielu dyskretnych pokoi wypoczynkowych i popijaliśmy aromatyzowaną wodę. Moja miała mi przynieść spokój i pomóc się zrelaksować. Ali pił coś, co obiecywało wygładzić jego zmarszczki. Omal nie pękłam ze śmiechu, gdy po dokładnym przestudiowaniu ulotki wlał w siebie trzy szklanki tego specyfiku. Baba, wypisz wymaluj baba, ale nie powiedziałam tego głośno.

Przez godzinę dwie masażystki wyżywały się na nas symultanicznie i niewielkim pokoju, w którym znajdowały się dwa łóżka do masażu. Przez kolejną akupunkturzystki wbijały w nas igły, również symultanicznie, tylko w innym celu. We mnie po to, żeby pomóc mi się odprężyć, w Alego, aby rozprasować mu zmarszczki. Ali twierdził, że jeden zabieg nie wystarczy, musi odbyć kolejnych dziesięć aby stan był zadowalający. Śmiałam się jak wariatka, tym razem otwarcie przyznając, że jest największą babą jaką spotkałam w życiu. Też się śmiał, choć wyznał, że boi się postarzeć, bo starość oznacza śmierć, a ta go przeraża. Resztę czasu milczeliśmy i to była taka dobra cisza – zupełnie naturalna – nikt nie czuł się nią skrępowany.

W przerwie znów napiliśmy się aromatyzowanych wód. Na koniec byłam już tak wyluzowana, nie wiem czy masażami, igłami czy też wystarczyłaby aromatyzowana woda, że zgodziłam się popływać w basenie w bieliźnie. Potem dwie kobiety masowały symultanicznie nasze stopy. A na koniec, już ubrani we własne ciuchy, jedliśmy kolację w hotelowej restauracji pod chmurką. Rozmawialiśmy o wszystkim. Właściwie to ja mówiłam. Z niego musiałam wyciskać informacje. Wreszcie się poddałam. Skoro i tak mieliśmy się już nie spotkać, przestało mnie obchodzić jego życie osobiste. W drodze do łazienki spojrzałam na zegar przy recepcji. Wybiła dwudziesta pierwsza! Dwudziesta pierwsza? – zdziwiłam się. Wygrzebałam z torebki telefon. Nie było na nim nieodebranych połączeń. Serce znów przyspieszyło. Drżącymi palcami wybrałam numer teściowej. Przez głowę przewijały mi się setki wizji. Wróciła też najstraszniejsza z nich: nagie niemowlęta z poodrywanymi rączkami i nóżkami, w agonii, schrypniętym płaczem wzywające pomocy. Leżały na dogorywającym pogorzelisku.

– Tak? – usłyszałam głos teściowej.

– Mamo, dotarli? Jakieś wieści?

– Przylecą jutro… w tym samolocie z Kopenhagi nie było wolnych miejsc… ktoś się pomylił… zostali zakwaterowani w hotelu. Zbysio dzwonił godzinę temu…

– Zbysio! – już samo zdrobnienie spowodowało u mnie falę mdłości… – dzwonił godzinę temu… to dlaczego nie zadzwonił do mnie… – wydukałam. Przecież wiedział, że odchodzę od zmysłów – ale tego już nie powiedziałam głośno, moja teściowa i bez tego miała mnie za osobę niezrównoważoną psychicznie, nie było sensu przyznawać jej racji.

– Przestań – zbeształa mnie teściowa. – Jak zwykle robisz z igły widły – dodała. Potem coś jeszcze mówiła, ale już nie słuchałam. Ze wszystkich sił starałam się zachować spokój.

– O której mają być w Warszawie? – przerwałam jej wywód.

– Około dziesiątej rano. Zbysio cię ściska – dodała, jak zwykle starając się usprawiedliwić zachowanie syna.

– Muszę kończyć mamo, dziękuję – wydukałam i nie czekając na odpowiedź, rozłączyłam się. Zrobiło mi się gorąco. Cholerny gnój, dlaczego nie zadzwonił do mnie?! Skoro mógł przekręcić do matki, powinien i do mnie. Przecież wie, jak bardzo przeżywam każdą podróż! Tym razem opanowała mnie wściekłość. Drżącymi palcami odnalazłam numer męża. Wybrałam, ale po kilku sekundach rozłączyłam się i tak jak planowałam poszłam do łazienki.

Obmyłam twarz zimną wodą i patrząc na swoje odbicie w lustrze uznałam, że popołudnie w towarzystwie Alego dobrze mi zrobiło. Moja cera odzyskała blask, podobnie jak moje długie blond włosy, które dodatkowo nabrały objętości. Moja figura też przedstawiała się jakoś korzystniej. Po pierwsze przestałam się garbić, trzymałam się prosto, biust uniósł się wysoko, a talia znów przypominała tę sprzed pierwszej ciąży. Może była to zasługa lustra, ale po raz pierwszy od dawna poczułam się znakomicie w swojej skórze. Nawet bez makijażu wydawałam się sobie atrakcyjna, choć od dawna nie miałam odwagi wyjść z domu przynajmniej bez nałożenia na twarz odrobiny pudru. Mocniej ścisnęłam w talii zieloną szarfę mojej białej rozkloszowanej sukienki w zielono-szmaragdowe kwiaty i odciągnęłam szerokie ramiączka, aby bardziej uwydatnić dekolt. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze. Nie zamierzałam psuć sobie nastroju kolejną kłótnią z mężem.

Gdy wróciłam, Ali czekał na mnie na ogrodowej kanapie tuż nad brzegiem basenu. Na stoliku stały filiżanki z kawą, obok taca z mikroskopijnymi czekoladkami. Każda z nich przypominała kopię malusieńkiego jajka Fabergé, ozdobionego drogocennymi klejnotami zrobionymi z lukru. Podziwiałam czekoladki przez chwilę, nie mając odwagi pożreć tego majstersztyku. Po chwili kelner ustawił na stoliku dwie szerokie lampki z jakąś wyrafinowaną odmianą koniaku. Ali trącił mój kieliszek swoim.

– Za wspaniały dzień – wzniósł toast – i za piękną towarzyszkę – dodał.

Uśmiechnęłam się i podziękowałam skromnie, choć coś mi mówiło, żeby raz na zawsze pozbyć się tej skromności i znów być sobą. Sprzed dzieci i kłótni z mężem.

– Anka, jeżeli chcesz mogę cię odwieźć do domu – zaproponował. Wstrzymałam oddech, poczułam się rozczarowana i chyba wyczytał to z mojej miny. – Albo… – Bogu dzięki za to „albo”, pomyślałam i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. – Możemy wrócić do Genewy. Potańczyć?

Byłam mu wdzięczna za tę propozycję.

Tym razem coś we mnie puściło, jakiś hamulec, który na kilka lat zamienił mnie w Ankę-matkę, w Ankę-żonę, od święta tylko kochankę. Znów byłam sobą. Szczęśliwa. Wolna jak ptak. Nie przeszkadzało mi nawet, że kwiecista letnia sukienka, nieco już przepocona, nie bardzo nadawała się na szalone wyjście po nocnych klubach Genewy. Wzięłam z tacki czekoladkę, a potem następną i kolejną, połykałam je prawie w całości. Pożerałam jajka Fabergé, których wcześniej nie odważyłabym się nawet dotknąć. I zdawało mi się, że odradzam się na nowo.

Znów poszłam do łazienki, tym razem z tekturową torbą od Luisa Vuittona. Wyjęłam z jedwabnego woreczka mój nowy nabytek. Przepakowałam rzeczy do nowej torebki, a starą porzuciłam w łazience wraz z tekturową torbą dizajnera. Zielona torebka już nie kojarzyła mi się z wysypką. Wyglądała przepięknie. Czułam się wystrojona. Ten cudowny akcent sprawił, że moja skromna sukienka wyglądała jak suknia balowa Kopciuszka. Przeczesałam włosy i zadowolona z siebie wyszłam z toalety. Ali czekał na mnie przy recepcji, chwilę później odjechaliśmy sprzed hotelu taksówką w stronę Genewy.

Wieczór zaczęliśmy na tarasie widokowym Hotelu Kempinski. Potem zeszliśmy do podziemnej dyskoteki i tańczyliśmy pozwalając unosić się rozbawionemu tłumowi. Czułam się lekko. W przerwie między drinkami dyskretnie spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta nad ranem. Zaniemówiłam, jakim cudem czas tak bardzo przyśpieszył? W dodatku wcale nie byłam zmęczona, wręcz przeciwnie, tryskałam energią, jak po długim, spokojnym śnie. Dwa drinki później pozwoliłam się namówić Alemu na taniec na jednym ze stolików. I to było ostatnie co zapamiętałam z tamtego wieczoru.

Obudziłam się w obcym miejscu. Było mi zimno. Z przerażeniem zauważyłam, że jestem tylko w bieliźnie. Podniosłam się z materaca, który z jakiegoś powodu leżał na podłodze. Rozejrzałam się po ciemnym wnętrzu. W odległych rogach świeciły się słabe żaróweczki, z tej odległości przypominające ogniki świec. Pomieszczenie było ogromne, prawie jak sala balowa. Gdzie ja jestem? W głowie mi się kręciło, ale to nie był zwykły alkoholowy kac, musiałam zostać czymś odurzona. Przetarłam oczy i wstałam. Ponury, bordowo-czarny pokój z sufitem w tym samym kolorze, wyglądał jak wnętrze burdelu. Tak bardzo przypominał go wystrojem. W rogu stało wielkie łoże z baldachimem, kotłowała się na nim jakaś para. Znów zakręciło mi się w głowie. Od patrzenia na żaróweczki przed oczami miałam mroczki, ale starałam się za wszelką cenę zmusić wzrok do koncentracji. Tym razem spojrzałam w dół, cała podłoga wyłożona była białymi materacami, takimi jak ten mój. A na nich we śnie pogrążone dziesiątki nagich ciał. Z łoża doszedł mnie jęk rozkoszy.

– Boże, co ja tu robię? Gdzie ja jestem? – wyrwało mi się cicho.

Spojrzałam na podłogę i przez chwilę miałam wrażenie, że nagie ciała, zbroczone krwią, wiją się w śmiertelnej agonii, a biel materaców skojarzyła mi się z dymem unoszącym się nad pogorzeliskiem…

Zebrałam w sobie siły i ruszyłam z miejsca. Stąpałam delikatnie, omijając pogrążonych we śnie ludzi. Starałam się zachowywać jak najciszej, w obawie, że ktoś przeszkodzi mi w ucieczce. Po chwili, która wydawała się wiecznością, dotarłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę i pchnęłam ciężkie skrzydło. Ostre światło dnia uderzyło mnie po oczach. Słońce wisiało już wysoko. Znalazłam się w przestronnym hallu, zastawionym stylowymi, obitymi pluszem kanapami i fotelami w odcieniach złota i czerwieni. Na meblach walały się sterty ciuchów. Na jednym z foteli dojrzałam rąbek mojej sukienki, przykrytej marynarką Alego. Wydobyłam pogniecioną sukienkę i ubrałam się. Wygrzebałam spod sterty ciuchów moją zieloną torebkę i już chciałam odejść, kiedy do głowy przyszła mi kolejna myśl. Zrewidowałam kieszenie marynarki Alego. W wewnętrznej znalazłam metalowe pudełeczko przypominające puderniczkę. Otworzyłam. W środku znajdowały się maleńkie tabletki. Masa maleńkich tabletek w kolorze écru.

– Szlag by to trafił, cholerny zbok, musiał mi tego podsypywać do drinków, a potem przywlókł mnie tutaj i zapewne wykorzystał! Przesypałam mniej więcej połowę zawartości puderniczki do mojej torebki. Właśnie miałam odejść, gdy dobiegł mnie głos Alego.

– Anka, odwiozę cię – zaproponował.
Odwróciłam się w jego stronę. Miał wprawdzie goły tors, ale był w spodniach i w skarpetkach. Nie wiedziałam jak zareagować. Tak jakbym starała się za wszelką cenę ukryć fakt, że pobudka po zbiorowej orgii nie jest dla mnie niczym wyjątkowym. Nonsens, ale w tamtej chwili nie wiedziałam już jak się zachować. Kompletnie zamroczyło mi umysł.
– Anka, przepraszam, że się tu znalazłaś, sam nie do końca pamiętam… tyle tylko, że spotkaliśmy Juana, twojego znajomego inwestora, a ty upiera… – urwał.

– Odniosłam wrażenie, że w tym co mówi jest ziarno prawdy, co więcej prawdopodobnie uznał, że nietaktem byłoby zwalać na mnie całą winę.

– Ale nic się nie stało. Nic złego. Rozebrałaś się i poszłaś spać.

Powinnam coś powiedzieć. Dać mu w pysk. Uciekać. Ale w głowie znów mi się zakręciło. Nie wiedziałam gdzie jestem. Czy mnie stąd wypuszczą? Co to za ludzie! Byłam skacowana i śmiertelnie przerażona.

Ali założył koszulkę i przewiesił przez ramię marynarkę. Wziął mnie pod rękę i pewnie poprowadził labiryntem korytarzy. Szerokimi schodami zeszliśmy dwie kondygnacje i znaleźliśmy się u drzwi wyjściowych, przypominających wrota warowni. Wydawało mi się podejrzane, że tak dobrze orientuje się w terenie. Po prawej stronie, w cieniu na krześle siedział jakiś facet. Wstał dopiero gdy podeszliśmy bliżej.

– Lepiej nie wychodzić – poinformował nas zmęczonym głosem. – Tam się roi od paparazzich – dodał.

– Dobre! – wysyczałam, czując jak ogarnia mnie panika. Nie chciałam tam być ani chwili dłużej. Ciśnienie skoczyło mi tak, że zapiszczało w uszach. Rzuciłam się na klamkę i zaczęłam nią szarpać. Ale drzwi nawet nie drgnęły.

– Wypuścić! – wrzasnęłam. – Chcę wyjść! – powtórzyłam.

Facet wcisnął jakąś kombinację cyfr w urządzenie alarmowe przypominające kalkulator, zamocowane po prawej stronie drzwi wejściowych. Wypadłam na dwór rozpaczliwie łapiąc powietrze. Gdy wreszcie udało mi się opanować, rozejrzałam się. Dom stał w dużym ogrodzie nad brzegiem Jeziora Genewskiego, z widokiem na Mont Blanc. Zorientowała się, że gdziekolwiek jestem, znajduję się niedaleko domu. Poznałam to po kącie pod jakim widać było Mont Blanca. U końca ogrodu znajdował się port, a w nim łodzie. Ali poprowadził mnie w tamtą stronę. W stacyjkach były kluczyki. Wsiedliśmy na motorówkę przy końcu pomostu. Ali, zręcznie manewrując odbił od brzegu. Po raz ostatni spojrzałam na ogromne domiszcze, które z każdą chwilą malało, aż zupełnie znikło za drzewami okalającymi posiadłość. Ali jak zwykle się nie odzywał. Ja też nie miałam ochoty na rozmowę.

Po mniej więcej piętnastu minutach dopłynęliśmy do portu w Petit Ville. Ali zatrzymał łódź przy pomoście i wiążąc liny, przyglądał mi się smutno. Ale i tym razem nie odezwał się słowem.

Chciałam nawiązać rozmowę, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Jedyne co plątało się po moim umyśle to chęć zemsty za to, że podsypał mi jakiegoś świństwa i zaciągnął w tamto miejsce. Czułam się brudna i upokorzona, chciałam mu to wyrzucić, ale nie wiedziałam od czego zacząć. „Nic złego się przecież nie stało” – wirowały mi w głowie słowa Alego.

– Anka, przepraszam powinienem… Chciałbym ci to wynagrodzić. Czy dzisiaj wieczorem miałabyś ochotę na kolację? – zawahał się. – W jakimś znanym ci miejscu – dodał i spojrzał na mnie wielkimi zmartwionymi oczami. Wyglądał jak cocker-spaniel. Zdaniem mojej teściowej to najgłupsza z psich ras.

Mój telefon zawibrował. Wydobyłam go z torebki. Spojrzałam na zegarek: dziesiąta trzydzieści. Odczytałam SMS-a. Był od Zbyszka: „Dotarliśmy. Padam. Dzieci źle spały. Odezwę się później”.

– No cóż – zaczęłam i uśmiechnęłam się. Wiadomość od męża sprawiła, że ból głowy zelżał, choć od stanu pełnego szczęścia dzieliły mnie ze dwie aspiryny, czterdziestopięciominutowy jogging i godzinna drzemka. Z drugiej strony, zaczęła zżerać mnie ciekawość… No i spójrzmy prawdzie w oczy, od dawna nie czułam się tak pobudzona na myśl o ponownym spotkaniu z facetem. Choć Ali wciąż bardziej kojarzył mi się z babą niż z mężczyzną. – Czemu nie – zaczęłam – spotkajmy się tutaj, o dziewiętnastej, może zabiorę cię w pewne miejsce… – urwałam, bo mój głos nabrał tak kokieteryjnej barwy, że mnie samą speszył, a nie chciałam odstraszyć Alego. Musiałam wydobyć z niego co zdarzyło się w nocy. I jeszcze te tabletki, które znalazłam w kieszeni jego marynarki. Jeżeli podsypał mi jakiegoś świństwa do drinków, to marna jego figura. Już ja się o to postaram.

Przytaknął na zgodę. Gdy szłam w kierunku domu czułam na plecach jego spojrzenie, ale nie odwróciłam się. Minęłam pomost i zeszłam na nabrzeże. Szłam mostkiem łączącym port z plażą miejską. Minęłam restaurację plażową, a potem betonową ścieżką wspięłam się na poziom ulicy. Po raz ostatni tego ranka spojrzałam na Alego. Wciąż stał na pomoście i patrzył w moją stronę.

Pięć minut później byłam w domu. Już w drzwiach głośnym zawodzeniem przywitały mnie koty. Podsypałam im karmy, rzuciły się na żarcie jak wygłodniała szarańcza. Żaden z nich nie uraczył mnie nawet otarciem się o łydkę.

Tak jakby mnie w ogóle nie rozpoznały.

Po raz pierwszy od wyjazdu rodziny zdałam sobie sprawę, że znów jestem wolna, przez tydzień mogę robić co mi się żywnie podoba: jeść byle co, poczytać gazetę w trakcie posiłku, uciąć sobie drzemkę w ciągu dnia, wyskoczyć na rower bez konieczności szukania baby-sittera, popływać w jeziorze, usiąść na tarasie z książką. Byłam wolna, mogłam robić dosłownie wszystko.

Problem w tym, że na razie nie miałam ochoty na nic z wyżej wymienionej listy. Wciąż zastanawiałam się co stało się tej nocy, czego podsypał mi Ali i dlaczego znalazłam się w tamtym domiszczu. Ale najwięcej wątpliwości budził we mnie rzekomo spotkany przez nas Juan – mój znajomy inwestor. Nigdy nie poznałam żadnego Juana. I nie przypominam sobie, żeby jakikolwiek Juan współpracował z moją firmą. Mogłam się oczywiście mylić, mieliśmy kilka tysięcy klientów, mogłam nigdy nie mieć do czynienia z tym człowiekiem, albo przedstawiał się z nazwiska. Jednak instynkt podpowiadał mi, że się nie mylę. Juan nie istnieje. Tylko dlaczego Ali zmyślił tamtą część historii?

Wzięłam długi prysznic, fałszywie nuciłam pod strumieniem wody i po raz pierwszy od dawna nikt nie poprosił mnie, żebym przestała „bo tego się nie da słuchać”. Ciągnęłam więc kolejne przyśpiewki, a gdy wyczerpałam repertuar, jeszcze cztery razy odwyłam „U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki…” Mój głos odbijał się od wykafelkowanych ścian łazienki i nabierał mocy, może to wprawa uczyni mnie mistrzem? Tydzień pracy nad głosem, a mój talent wreszcie się ujawni. Jak to leciało? „Im większe mamy marzenia, tym młodsi się stajemy” albo jakoś tak. Ale najważniejsze, że przestałam myśleć o Alim.

Nie wytarłam się nawet, tylko ociekająca wodą i naga, jak mnie Pan Bóg stworzył, poszłam do sypialni. Po drodze rozchlapywałam wodę na parkiet i nikt nie mógł mi zwrócić uwagi. Ten parkiet wymagał wymiany od kiedy kupiliśmy dom, ale wciąż odkładaliśmy to na potem. „I tak minęło dziesięć lat…” – jak mawia mój synek ilekroć bez powodzenia próbuje nawinąć na widelec nitkę spaghetti.

Kilka minut później usnęłam w chłodnej pościeli i śniłam na kolorowo. Obudziłam się wypoczęta po raz pierwszy od ponad siedmiu lat. Przez obie ciąże nie mogłam spać. Gdy nosiłam Adasia było mi szczególne ciężko, od pierwszego tygodnia ciąży męczyły mnie nudności, a gdy brzuch zaczął rosnąć, było jeszcze gorzej. Spojrzałam na zegarek: dochodziła siedemnasta! Spałam ponad sześć godzin!

Tego było mi trzeba.

Poderwałam się gwałtownie przypominając sobie, że o dziewiętnastej wychodzę z Alim, a jutro o szóstej rano lecę do Londynu. Powinnam przygotować się do tego spotkania, wyszperać więcej informacji o kliencie… o skali jego działalność. A jeżeli dopisze mi szczęście, może uda mi się też dowiedzieć czegoś o jego życiu osobistym… Odpaliłam kompa, może facet jest na Facebooku? Potem pozostanie mi jeszcze wyprasowanie wyjściowej sukienki, muszę jutro dobrze wyglądać. Spojrzałam na śliczną, nową torebunię, którą położyłam na stole w kuchni… Ciuch musi pasować do torebki. Z podniecenia zakręciło mi się w głowie… biegnąc po schodach do pokoju,w którym trzymam najładniejsze rzeczy, śmiałam się z powodu podniecenia jakie wywoływała u mnie ta torebka. Tego mi było trzeba, pomyślałam. Torebki za fortunę, której już nie mogłabym nawet oddać, mimo że wczoraj zaklinałam się, że tak zrobię. Niech to, przecież zasługuję na taki drobiazg! To już na dobre rozwiało moje wyrzuty sumienia.

Zajęta researchem i prasowaniem ledwo zauważyłam kiedy minęły dwie godziny. Za pięć siódma ubrałam się, wzięłam mój nowy nabytek i pobiegłam na spotkanie z Alim. Stałam na pomoście zastanawiając się jak rozegrać rozmowę, aby wyciągnąć z Alego, dlaczego podsypał mi do drinka tabletek. Zamierzałam również powiedzieć mu prosto w twarz, że Juan nie istnieje.

Jednak Ali się nie pojawił. I kit mu w ucho! Nie zamierzałam zdobywać jego telefonu i płaszczyć się dzwoniąc do niego z pytaniem dlaczego mnie wystawił. Miałam swoje życie i sześć dni absolutnej, niczym niezakłóconej wolności. Ali, choć zabawny, nie był mi do niczego potrzebny. A co się stało, to się nie odstanie.

Jednak w nocy długo nie mogłam usnąć, Ali wystawił mnie jak nastoletnią podfruwajkę. W dodatku mojej sytuacji nie polepszał fakt, że aby zdążyć na samolot o szóstej, musiałam wstać o czwartej rano. Patrzyłam na zegarek i odliczałam czas do pobudki. Spałam tylko piętnaście minut.

Gdy zadzwonił budzik, po omacku odnalazłam szlafrok i narzuciłam go na siebie. Zeszłam do kuchni i otworzyłam drzwi na taras. Powietrze o tej porze było rześkie i takie przyjemne. Włączyłam ekspres do kawy i czekając aż się nagrzeje, stanęłam w otwartych na taras drzwiach. Rozchyliłam poły szlafroczka i czułam na ciele delikatny powiew wiatru. Powoli odzyskiwałam energię. Nieprzespana noc nie pokrzyżuje moich planów. Nabrałam pewności, że wrócę z Londynu z tarczą i z klientem. Klientem, który przyniesie mi przyzwoitą prowizję. A co najważniejsze odzyskam szacunek kolegów, którzy od kilku lat mieli mnie za miernotę, wiecznie nieobecną z powodu chorób swoich pociech. Skrzętnie to wykorzystywali. Odbierali mi jednego klienta po drugim, a gdy próbowałam się temu przeciwstawić, Adaś, zupełnie jakby uczestniczył w spisku znów zapadał, na którąś z zakaźnych chorób. Z podkulonym ogonem szłam wówczas na zwolnienie lekarskie, podczas gdy harpie rozszarpywały między siebie moich najlepszych klientów. Tamtego ranka odzyskałam wreszcie pewność siebie. Snułam plany, które wydawały mi się całkiem realne i wsłuchiwałam się w śpiew porannych ptaków. Nie usłyszałam jego kroków. Musiał stąpać na palcach.

– Anka, przepraszam za wczoraj – odezwał się Ali – wypadło mi nagłe spotkanie. Nie miałem twojego numeru i nie mogłem cię ostrzec. Twój szef nie odbierał telefonu. Później oddzwonił i powiedział, że rano lecisz do Londynu i żeby nie zawracać ci głowy po dwudziestej drugiej, bo skoro wstajesz o czwartej, to pewnie już śpisz. Więc nie dzwoniłem. W tamtej chwili Ali powiedział więcej niż w czasie naszego całego sobotnio-niedzielnego spotkania. Mówiąc patrzył mi w oczy, dlatego zupełnie zapomniałam, że stoję przed nim prawie całkiem naga. Gdy skończył, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Jesteś bardzo piękną kobietą, Anka. Od tego powinienem zacząć. – Uśmiechnął się. A ja starając się nie wpadać w panikę wskazałam mu ruchem głowy ekspres do kawy i powolnym krokiem, jak na damę przystało, a szczególnie przyłapaną w kłopotliwej sytuacji, dumnie kroczyłam do łazienki.

Zamknęłam za sobą drzwi i poczułam, że już nie mogę opanować paniki, z emocji dostałam ataku śmiechu. Wtuliłam twarz w ręcznik i chichotałam jak wariatka, a z oczu płynęły mi łzy. Wreszcie trzepnęłam się w czoło, aby się opamiętać. Spoważniałam. Co się ze mną, do cholery, dzieje!

Przed wyjściem z domu wypiliśmy po filiżance mocnej kawy. Rozejrzałam się uważnie w obawie czy sąsiedzi nie widzą mnie wychodzącej z domu o poranku w towarzystwie mężczyzny. To by był dopiero powód do plotek! Jednak dzielnica wciąż pogrążona była we śnie. O tej porze mogłabym biegać nago w towarzystwie setki facetów i nie miałabym świadków. Nie odzywaliśmy się do siebie. Dopiero w drodze do czekającej na nas limuzyny Ali oświadczył, że w ramach rekompensaty podrzuci mnie do Londynu.

– Rekompensaty za co? Za tamtą noc, czy poprzedni wieczór? – zapytałam. W odpowiedzi uśmiechnął się do mnie pobłażliwie, w taki sam sposób w jaki ja uśmiecham się do Sisi, gdy ta prosi mnie o kolejny cukierek, choć umówiłyśmy się, że codziennie może zjeść tylko jeden.

Już w samochodzie Ali zaproponował, że może mi pomóc w spotkaniu z moim nowym klientem, który jest jego starym przyjacielem. Ucieszył się, gdy Sorin, mój szef, powiedział mu, z kim się spotykam i uznał, że mógłby mi towarzyszyć. Jakim cudem udało mu się zdobyć bilet na zwykle o tej porze przepełniony lot do Londynu? Nie zapytałam. Wkrótce miało się okazać jakiego użył wybiegu. Ale po kolei. Spotkanie z nowym klientem zakończyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami, choć z powodu Alego przeszłam przez piekło.

Z Rogerem spotkaliśmy się w jego przytulnym gabinecie. Potraktowałam to zaproszenie jako szczyt łaski. Zwykle nikt nie wpuszcza obcych do własnego gniazdka. Po wzajemnej prezentacji, przystąpiłam do wychwalania fachowości naszych usług i zasług firmy. Zwykle tak to się odbywa, ale już po kilku zdaniach Ali wszedł mi w słowo, widocznie w kwestiach zawodowych miał znacznie więcej do powiedzenia niż na prywatnych spotkaniach, przynajmniej ze mną… Ali z wdziękiem erudyty oczernił wizerunek mojej firmy. Mówił, że trzymamy się niestandardowych procedur, że zarówno rozmiary transakcji jak i czas ich realizacji są inne niż ogólnie przyjęte. Potem wtrącił jeszcze kilka uwag, ale ich sens mi uleciał. Ali świetnie władał angielskim, jego słownictwo znacznie przekraczało mój zasób słów. To już zupełnie zbiło mnie z tropu. Po co wpakował mi się na to spotkanie? Jak mogłam być aż tak głupia, żeby do tego dopuścić. Starając się trzymać nerwy na wodzy, wyjaśniłam mojemu „byłemu potencjalnemu klientowi”, że rozwiązania, które stosujemy wprawdzie są niestandardowe, ale nasze usługi są skierowane do wyjątkowych klientów, że czas realizacji zleceń odbiega od normy, bo przyjmujemy zlecenia nawet już po zamknięciu giełd, i często przed ich otwarciem.

– Widzę, w co się tu gra – przerwał mi mój „były potencjalny klient”. Spojrzałam na niego zdziwiona i już chciałam wstać, kiedy powstrzymał mnie ruchem ręki. – Cwane, naprawdę cwane… – powiedział, spoglądając, raz na mnie, raz na Alego, na którego ja już nie mogłam patrzeć. Co więcej, miałam ochotę wylać mu na głowę cały dzbanek zimnej wody, do którego podświadomie zbliżyła się już moja dłoń. – Zły i dobry policjant! – powiedział mój niedoszły klient i zaśmiał się w głos. – A z pani to jest niezła aktorka – dodał puszczając do mnie oko.

Aktorka? Idiotka raczej! Przeszło mi przez myśl. Doszedł do mnie sens postępowania Alego – niech to cholera, najwyższa półka!

Uśmiechnęłam się do moich rozmówców, a chwilę później uścisnęłam wyciągnięte do mnie dłonie.

Przy krwistych stekach przypieczętowaliśmy współpracę lampką czerwonego wina. Zastanawiałam się ile wyniesie rachunek. Firma zwracała mi koszty podejmowania klientów, ale mój szef nie przepadał za lokalami, w których, nawet w menu, nie podaje się cen. Ta należała do jednej z takich restauracji. Na koniec, mimo protestów panów, to ja uregulowałam rachunek. Mój nowy klient, teraz już Roger, obiecał odezwać się jeszcze tego popołudnia. Powiedział, że ma nietypowe zlecenie i potrzeba mu kogoś z talentem aktorskim, po czym mrugnął do mnie okiem. Widząc pełne triumfu spojrzenie Alego, zmusiłam się do uśmiechu.

W obie strony podróżowaliśmy samolotem Alego. Całkiem sporym samolotem, na dwadzieścia osób. Żeby zadzierzgnąć rozmowę zapytałam czy w samolocie jest wanna. Idiotyczny żart nie odbiegał specjalnie od tego co dzisiaj sobą reprezentowałam. Ali wydawał się bardzo blady, z wysiłkiem podniósł się z siedzenia, poprowadził mnie do dużej okrągłej kanapy z przodu samolotu i guzikiem odsunął jeden z materacy. Pod spodem była wanna. Wróciliśmy na swoje miejsca Ali na szeroki fotel po lewej ja po prawej stronie. Nie chcąc zrobić z siebie jeszcze większego pośmiewiska nie odezwałam się słowem, choć wciąż korciło mnie, żeby zapytać co to za tabletki i czy przypadkiem nie podsypał mi ich do drinków.

Po jakimś czasie wreszcie zebrałam się na odwagę i spojrzałam na Alego, ale ten drzemał w swoim fotelu. Gdy pilot podkołował na parking na genewskim lotnisku dla prywatnych jetów, Ali wciąż spał. Stewardesa, w przypominającym fartuszek pielęgniarki uniformie, wyłoniła się z kabiny pilota, podeszła do Alego i okryła go kocem. Spojrzała na mnie, położyła palec na ustach i wyprowadziła mnie z samolotu.

– Może pani skorzystać z naszej limuzyny, skoro udało mu się zasnąć… – urwała i spojrzała na zegarek.

– Ma problemy ze spaniem? – zapytałam szeptem, mimo że wysiadłyśmy z samolotu i nie mogłam przeszkodzić Alemu w odpoczynku. Pielęgniarka spojrzała na mnie smutno, ale nie podjęła przerwanego wątku. Po odprawie pomachała do szofera opartego o wielkie czarne auto ćmiącego grube brązowe cygaro, podała mi dłoń na pożegnanie i odeszła.

Na mój widok facet skłonił się lekko, otworzył drzwi limuzyny i zanim zdążyłam ponaciskać wszystkie guziki, pozaglądać do rozlicznych skrytek i schowków i podotykać gadżetów, w które wyposażono część dla pasażera, zatrzymaliśmy się pod moim biurem. Dziwne, nie podałam facetowi adresu… zapewne Ali wszystko już dla mnie załatwił. Ali… znów stanęła mi przed oczami jego pobladła twarz i zmęczony wzrok, Ali wyglądał jakby całą noc przepracował w kamieniołomach… lub jak ktoś umierający na śmiertelną chorobę. Dopadło mnie straszne przygnębienie. Odnalazłam na telefonie zdobyty rano numer jego komórki. Nie odbierał.

Przez kilka godzin pogrążona w myślach o Alim, wgapiałam się w ekran komputera. Nie mogłam się nawet skupić na wykresach pokazujących zmiany cen. Wciąż miałam przed oczami poszarzałą ze zmęczenia twarzy Alego. Już na spotkaniu z Rogerem wydawał się jakiś inny, ale wtedy za bardzo skupiałam się na swoim celu, żeby to dostrzec. W restauracji było ciemno, więc zupełnie wyleciało mi to z głowy. Potem w samolocie dostrzegłam tę jego przerażającą bladość i jeszcze stewardesa w stroju pielęgniarki, która witała nas przy wsiadaniu do samolotu, a potem jak duch wyłaniała się z kokpitu pilota i badawczo przyglądała Alemu … Wszystko razem składało się na jakąś przerażającą całość. Całość, której nie ogarniałam.

Niewiele się działo tego dnia na rynkach. Jak zwykle na początku wakacji panował marazm i nic nadzwyczajnego nie wisiało w powietrzu. No, pomijając sytuację w Syrii, ta wciąż nie była stabilna, ale tego dnia inwestorzy zdawali się o tym nie pamiętać. O szesnastej trzydzieści zadzwonił Roger – mój nowy londyński klient i poprosił o przysługę. PRZYSŁUGĘ! Nie dał mi polecenia czy nawet zlecenia. Poprosił o p r z y s ł u g ę! Miał do sprzedania kilkumiliardowy pakiet. Tak na próbę. Jeżeli dziesięciomiliardowy kontrakt to próba, to co mi zleci jeżeli się wykażę?! Chciałam krzyknąć z radości, ale w porę się opanowałam. Nie mogłam zdradzić wielkości zlecenia, na wakacyjnym rynku taki wolumen mógłby wzbudzić podejrzenia. Mogłabym pozbierać kilka zleceń. Ale wydawało się nierealne uzyskać taki popyt u moich aktualnych klientów, to dla nich za dużo kwota. Mogłabym poprosić o pomoc kolegów… ale nie chciałam im sprawiać tej satysfakcji… Poszłam bezpośrednio do szefa. To on rozmawiał z największymi klientami. Spojrzał na mnie nie dowierzając, ale widząc moją pełną powagi twarz, podniósł słuchawkę i wystukał numer klienta, chwilę później transakcja została zamknięta. Odtańczyłam szalony taniec zwycięstwa, nasz rodzinny znak firmowy, tańczyliśmy go przed kolacją w dni kiedy udało nam się zdążyć wszędzie na czas, punktualność przy dwójce małych dzieci to karkołomny wyczyn. Na koniec trzy razy przyłożyłam z szefem „piątkę”. Po czym korzystając z jego telefonu potwierdziłam Rogerowi transakcję. Był bardziej niż zadowolony. Obiecał zadzwonić następnego dnia. Gotowało się we mnie od emocji. Zwycięstwo! Nawet nie spodziewałam się tak znakomitego początku moich cudnych wakacji.

Po pracy postanowiłam popływać w jeziorze, a potem zaprosić przyjaciółki na szampana do plażowej restauracji. Mogłybyśmy też coś przekąsić i pośmiać się jak za dawnych czasów na luzie, bez presji, że dzieci czekają na mnie w domu. Byłam szczęśliwa, wyluzowana i bogata! Tego dnia zarobiłam na prowizji więcej niż przez zwykły miesiąc. Krótko mówiąc Roger zasponsorował mi tę torebkę od Luisa Vuittona i zostało na dobrą kolację.

Gdy po opuszczeniu biura szefa, podskakując radośnie jak mała dziewczynka, szłam do pokoju socjalnego aby zaparzyć sobie kubek mocnej kawy, w kieszeni mojej sukienki zawibrował telefon. Spojrzałam na wyświetlacz: Zbyszek? Moment, ale dzisiaj miał być w Tokio?! On też przez ten tydzień nadganiał podróże służbowe. Z Tokio miał lecieć do którejś Korei, nie pamiętam czy północnej, czy południowej, a potem do Singapuru.

– Halo, Anka, tylko się nie denerwuj – po takim wstępie poczułam jak ugięły się pode mną nogi w kolanach, przysiadłam na plastikowym krześle w sterylnie białym pokoju socjalnym i miałam wrażenie, że stukot mojego serca odbija się echem od pustych ścian. Nie odezwałam się tylko czekałam na ciąg dalszy. – Adaś… mama zadzwoniła, że jest chory, wygląda to na kolejną anginę ropną… szybko się rozwija… nie ma jeszcze siedemnastej, a mały ma wysoką gorączkę. Mama dzwoniła kilka razy… ale byłem w samolocie… dała mu antybiotyk.

– Angina? Znowu? – tylko tyle potrafiłam z siebie wykrztusić. Adaś w tym roku już dziewięć razy chorował. Lekarz twierdził, że do trzynastu razy sztuka. Jeżeli przekroczymy tę liczbę, jest się czym martwić, bo dziecko z każdą dawką antybiotyku się na niego uodpornia… Póki co, twierdził pediatra, zbliża się lato i pewnie da nam trochę odpocząć od tego chorowania. Moje biedne maleństwo! Wysłałam schorowanego dzieciaka do teściów zamiast to ich tu sprowadzić, wtedy moje dziecko na pewno obroniłoby się przed chorobą! A ja kazałam mu się tłuc przez pół Europy, żeby ugrać tydzień wolnego!

– To moja wina – wyszeptałam. – Odezwę się później – dodałam i rozłączyłam się. Chciałam zadzwonić do teściowej, zapytać dlaczego tyle razy dobijała się do mojego męża skoro wiedziała, że jest w podróży… Dlaczego nie mogła przekręcić do mnie. Ale znałam odpowiedź, „robisz z igły widły” powiedziałaby, doprowadzając mnie do furii. Postanowiłam poczekać kilka godzin, teściowa jest lekarzem, od czterdziestu lat pracuje na oddziałach pediatrycznych, z pewnością zatroszczy się o Adasia. Nagle opanowała mnie chęć aby przytulić moje rozpalone gorączką maleństwo i pogładzić po spoconej twarzyczce… Odgarnąć z oczu zwilgotniałe od potu włoski i pozwolić mu usnąć w moich ramionach. W oku zakręciła mi się łza. Postanowiłam, że jeżeli stan Adasia nie poprawi się do jutrzejszego ranka, wezmę urlop i polecę się nim zająć do Warszawy. Zaproszenie teściów do nas, żeby zaopiekowali się dziećmi w czasie kiedy będziemy odrabiać zaległości, jeszcze kilka dni temu wydawało się koszmarem, ale w tej sytuacji mieszkanie u teściów przez tydzień zanim Adaś dojdzie do siebie, uwięzionym w czterech ścianach przy chorym dziecku, skazanym na całodobowe towarzystwo teściów było jedyną opcją. Jestem matką. – Dam sobie radę, dam sobie radę, dam sobie radę… – powtarzałam w myślach.

– Z czym sobie dasz radę – zapytał mój szef, który stał teraz przy ekspresie do kawy i przyglądał mi się w skupieniu. Spojrzałam na niego ogłupiała, w pierwszej chwili pomyślałam nawet, że ten stary drań zaczął czytać mi w myślach, po chwili doszło do mnie, że w nerwach musiałam sama do siebie gadać, w dodatku po francusku!

– Z nowym klientem – powiedziałam jak gdyby nigdy nic.

– W to nie wątpię – uśmiechnął się do mnie i to dodało mi odwagi. – Wyglądasz na zmęczoną. Idź do domu, masz ode mnie na dzisiaj dyspensę. Jutro kolejny dzień próby – powiedział i tym razem poklepał mnie po ramieniu.

– Myślałam właśnie… że może od jutra wzięłabym kilka dni urlopu – odezwałam się i widząc jego nieufne spojrzenie, urwałam

– Urlop? Teraz kiedy nadarzyła ci się taka szansa, taki klient? Czyś ty kompletnie oszalała? Twoi koledzy już ostrzą sobie na niego pazury, widzieli w systemie transakcję, za kilka godzin będą próbowali ci go odebrać… a ja nie będę miał nic przeciwko temu, żeby powierzyć go komuś, kto wyciśnie z niego więcej zleceń! Przestań się wreszcie mazać. Masz swoje pięć minut. Od tego zależy twoja przyszłość w firmie!

Pociągnęłam łyczek kawy i w duchu przyznałam mu rację. Tylko co z moją maleńką kruszyną? Jak mogę pozwolić, żeby Adaś cierpiał z daleka ode mnie?

Podziękowałam za możliwość wcześniejszego wyjścia i pół godziny później byłam w domu.

Odwołałam spotkanie z przyjaciółkami, były rozczarowane, ale zrozumiały moje przygnębienie. Zamiast popływać, przebrałam się i poszłam pobiegać. Później zjadłam kilka plastrów szynki wprost z lodówki, zakąsiłam pomarańczą po czym siedziałam na kanapie w salonie i bezmyślnie wpatrywałam się w okno. Trochę żałowałam, że jednak nie poucztowałam z dziewczynami, Adaś był pod świetną opieką, przecież to tylko kolejna angina. Postanowiłam, że sama uczczę pierwszą transakcję z Rogerem. Nalałam sobie lampkę białego wina, otworzyłam słoiczek kawioru, który trzymałam na specjalną okazję i spojrzałam na moją śliczną torebunię. Po chwili wahania wyjęłam z szafki kolejny kieliszek napełniłam go i postawiłam koło torebki. Głupio jakoś było pić samej. Stuknęłam lampką w lampkę torebuni i wzniosłam toast. Już po kilku łykach poczułam rozluźniające działanie procentów. Znów wróciła pewność, że już wkrótce będę na topie! Mam szanse na świetny bonus. Jeszcze w tym życiu uda nam się spłacić kredyt za dom… A dzieci pójdą na najlepsze uczelnie.

Dzieci! Pospiesznie wykręciłam numer teściowej.

– Mamo, jak się czuje Adaś? – zapytałam bez zbędnych wstępów i wstrzymałam oddech czekając na odpowiedź.

– A jak się ma czuć? Ma anginę… jest rozpalony. Podałam mu antybiotyk. Pół godziny temu. – Pomyśleć, że ta baba od lat pociesza rodziców nieuleczalnie chorych dzieci.

– A pije? – zapytałam z nadzieją w głosie.

– No, właśnie pić nie chce… jak tak dalej pójdzie będzie go trzeba podłączyć pod kroplówkę.

– Pod kroplówkę?! – czułam, że serce ze zgrozy przestało mi bić. – Przecież wiadomo, że z zawalonym gardłem trudno pić, ale gdyby, mama, podawała mu po maleńkiej łyżeczce wody co piętnaście minut, wtedy nie odwodniłby się tak szybko

– O widzę… – teściowa odezwała się z przekąsem – Że sporo nauczyłaś się od wujka Google, właściwie to już nie potrzebujecie lekarzy, prawda? Teraz dziewięćdziesiąt procent pacjentów przychodzi do mnie z własną diagnozą wygooglowaną na necie i prosi wyłącznie o receptę…

– Mamo, ja jutro do was przylecę…

– Serio, przylecisz? A co z zaległościami w pracy? Mówiłaś, że dlatego potrzebna jest ci pomoc… więc wzięłam urlop, żeby zająć się wnukami! A co z pracą… z kredytami… jak chcecie się utrzymać? Zadzwoń za godzinę. Okaże się czy i tym razem antybiotyk działa.

– Zadzwonię, niech mama podaje Adasiowi chociaż po łyżeczce wody – poprosiłam błagalnym tonem.

– Ale teściowa rozłączyła się.

Wylałam obie lampki wina do zlewu. Mój entuzjazm zupełnie ostygł. Nic, zero palpitacji, ani nawet drżenia ręki, tym razem sukces spływał po mnie jak po kaczce. Absorbowało moje myśli wyłącznie samopoczucie Adasia. Jeszcze godzina wtedy okaże się czy antybiotyk działa. Dla zabicia czasu wzięłam długi prysznic. Przebrałam się w stare jeansowe szorty i sprany t-shirt i usiadłam na kanapie, wgapiając się we wskazówkę. Wciąż poruszała się zbyt wolno.

Tej nocy znów nie zmrużyłam oka, kilka razy zadzwoniłam do teściowej, ofukała mnie, że wybijam ją ze snu i że Adasiowi to też nie pomaga. Wiem, że ona potrafi usnąć po zamknięciu powiek, lata dyżurów w szpitalu sprawiły, że zapada w sen na zawołanie. Więc jej pretensje wydawały się podejrzane.

Nad ranem o czwartej trzydzieści zrezygnowałam z dalszych prób uśnięcia. Wypiłam dwie filiżanki kawy ze śmietanką, wzięłam prysznic i ubrałam się. Sukienka jeszcze kilka dni temu za ciasna w pasie zrobiła się luźna. Od sobotniej kolacji, poza poniedziałkowym stekiem nie miałam nic porządnego w ustach. Poszłam do pracy okrężną drogą. Miałam nadzieję, że spacer mnie nieco rozluźni, a przynajmniej przywróci mojej cerze lepszy wygląd. O piątej zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawił się brytyjski numer telefonu.

– Halo?

– Hej, jak się masz? – to był głos Rogera.

– Świetnie, dziękuję – powiedziałam energicznie, po raz pierwszy byłam zadowolona, że tej nocy nie udało mi się usnąć, w innych okolicznościach nie odebrałabym telefonu przed szóstą rano.

– Anka, mam następną prośbę – zaczął.

– Jasne, zamieniam się w słuch – udawałam rozluźnioną, jak ktoś, na kim kwoty rzędu tych, jakimi obracał Roger nie robiły wrażenia, a przecież od urodzenia dzieci taka gadka nie zdarzyła mi się ani razu.

– Mam do sprzedania kolejnych osiemnaście miliardów, ten sam termin na identycznych warunkach co wczoraj – powiedział i już miał się rozłączyć, gdy uświadomiłam sobie, że facet nie gra czysto. Wczoraj mnie sprawdzał, ale dzisiaj powinien zdradzić mi cały wolumen. Muszę wiedzieć na czym stoję, żeby nie wpakować kupujących na minę. Nie mogę zapakować ich towarem, który jutro mogliby kupić taniej.

– Ile tego masz? Pełna kwota! – zapytałam. – Poproszę – dodałam i zdumiałam się, że stać mnie na taką bezpośredniość. „Powinnaś dopieszczać klienta, a nie walić prosto z mostu”, tak powiedziałby mój szef. Do tej pory go słuchałam i na czym teraz stoję? Wreszcie przydarzył mi się „prawdziwy klient” i niech mnie, jeżeli nie wykorzystam tej okazji w pełni. A może podświadomie chciałam spłoszyć Rogera, żeby z czystym sumieniem pojechać do Adasia?

Roger zaśmiał się z uczuciem ulgi.

Czterdzieści osiem miliardów – powiedział – Możesz to sprzedać z dziesięcioprocentową stratą, nie więcej, rozumiesz? Nie spieprz tego – dodał i rozłączył się.

W normalnych warunkach kwota wbiłaby mnie w fotel, ale nie zdążyłam nawet przeanalizować na jaką skalę kroi się operacja, bo znów zdzwoniła moja komórka.

Odebrałam nie patrząc na wyświetlacz. W tle usłyszałam płacz dziecka. Rozpoznałam głos Sisi.

– Jezu, co się dzieje? – nie mogłam się powstrzymać

– Adaś zwymiotował, sprzątałam i wtedy obudziła się Sisi, ojciec jest z dziećmi.

– A jak Adaś, pije? Wciąż gorączkuje?

– Zabieramy go do szpitala trzeba go podłączyć do aparatury i dokładnie przebadać. Zadzwoń około dziewiątej – dobrotliwym tonem zakończyła teściowa. A ja zwaliłam ten rzadki u niej przejaw człowieczeństwa na karb zmęczenia. Już nawet nie miała siły kąsać.

Dobrze, będę czekać… mamo – pożegnałam się i rozłączyłam.

Żeby zająć czymś myśli zabrałam się za pracę, szło mi powoli i wciąż musiałam robić zapiski na marginesie, aby się nie pogubić, bo nie mogłam się skupić.

Moje maleństwo było takie chore, że teściowa postanowiła je zabrać do szpitala! Powinnam zaraz polecieć Polski i zaopiekować się dzieckiem!

Przez kolejną godzinę grzebałam w naszym systemie i sporządziłam listę klientów, którzy ostatnio zainteresowani byli kupnem tego co miałam do sprzedania. Przy okazji zorientowałam się, że jednak w bazie mamy Juana, a ściślej mówiąc trzech. Ale tylko jeden z nich pracował w genewskiej firmie. Pobiegłam do Dolores, z prośbą aby wygrzebała coś na jego temat. Uśmiechnęła się chytrze. Widać, że praca śledczego bardzo jej się spodobała.

Entuzjazm Dolores dodał mi skrzydeł. Wczorajsze zlecenie zrealizowałam z pomocą szefa, bo spanikowałam, ale dzisiejsze postanowiłam załatwić samodzielnie. Pokarzę im kto tu rządzi, pomyślałam i zaśmiałam się w głos. Miałam nadzieję tego „nie spieprzyć”, a szansa, że mi się uda, była spora. Uzbierałam czterdziestu małych nabywców, którzy razem wzięci chcieli kupić sześć miliardów z małą górką. Tym razem serce zabiło mi mocniej. Sześć tylko sześć, a co z pozostałymi 42 miliardami?

Na razie postanowiłam wziąć się za to co realne, posłałam informacje o zleceniu do moich, wciąż jeszcze śpiących kolegów, ale wyłącznie tych, których klienci wyrażali chęć zakupu. Mieli jak najszybciej sprzedać moje trzymiesięczniaki starając się zwiększyć wolumeny poszczególnych transakcji. Gdy uporałam się z pocztą, poszłam do pokoju socjalnego i włączyłam ekspres do kawy. Z kubkiem wróciłam do komputera i spojrzałam na skrzynkę pocztową, miałam nadzieję, że przynajmniej część kolegów już obdzwoniła swoich klientów i przysłała mi potwierdzenia transakcji. Przeliczyłam się. Nie dostałam żadnego potwierdzenia. Na wszelki wypadek weszłam w spam, kto wie, czasem jakaś ważna informacja, może się tam zapodziać.

„Pomóż zmniejszyć rodzicom ból po stracie dziecka” przeczytałam nagłówek maila od jakiejś fundacji i tym razem wbiło mnie w fotel.

Adaś! W jakim on jest stanie? Dlaczego teściowa jest dla mnie taka słodka, czyżby próbowała coś przede mną ukryć? „Pomóż rodzicom […] po utracie dziecka”. Przed oczami stanął mi znowu ten tekst. Dlaczego akurat dzisiaj? Dlaczego ktoś mi to w ogóle przysłał?!

Pośpiesznie wykręciłam telefon do teściowej.

– Anka… – zaczęła moja teściowa. – Adaś jest już w szpitalu, wstępne badania potwierdziły moją diagnozę, dziecko jest odwodnione, ale wraca do zdrowia… to oczywiście wymaga czasu, ale jest pod doskonałą opieką, zostanę tu z nim jak długo trzeba – dodała zmęczonym głosem, o dziwo i tym razem nie kąsała.

– Mamo, dziękuję – mój głos też, zabrzmiał naturalnie, a nie zimno i konkretnie jak zwykle, gdy rozmawiałam z tą kobietą.

Zrozumiałam, że jednak muszę polecieć do Warszawy i sama przekonać się w jakim stanie jest Adaś. Właśnie miałam poszukać połączeń, gdy do biura, zaczęli schodzić się koledzy, którym wysłałam informacje o zleceniu. Kolejno kładli na moim biurku ręcznie wypisane potwierdzenia transakcji. Zsumowałam kwoty. Sprzedaliśmy dwanaście miliardów. Nikomu nie zdradziłam całkowitej kwoty, może niektórym z nich mogłabym zaufać, jednak ostatecznie uznałam, że lepiej się nie wychylać. Mieli mnie za miernotę, co w tamtej sytuacji dawało mi przewagę. Nikt się nie spodziewał co mam w zanadrzu. Nie było więc powodów, żeby zmieniać mój image. W ten sposób bez specjalnej ekscytacji koledzy namówią swoich klientów do kupna po z góry ustalonej cenie i „wybiorą” mój towar stopniowo bez konieczności zasypywania nim rynku i wzbudzania paniki. W ciągu kilku godzin ogołocili mnie z kolejnych dziesięciu miliardów, a gdy oświadczyłam, że mogą sprzedawać dalej, niektórzy zaczęli patrzeć podejrzliwie. Dwóch moich najbliższych sąsiadów zapytało o całkowity wolumen, a ja w odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam. Kilka razy przymierzałam się, żeby poszukać połączeń do Warszawy, ale wciąż spływały nowe potwierdzenia i musiałam je wklepywać do systemu. W myślach uknułam plan, żeby polecieć wieczorem i wrócić pierwszym porannym lotem.

Dopiero po siedemnastej udało mi się znaleźć chwilkę. Na rejsy bezpośrednie nie było wolnych miejsc! Sprawdziłam połączenia kombinowane z przesiadkami, ale zanim bym doleciała musiałabym wracać. Znów wykręciłam numer teściowej

– Mamo, jak naprawdę czuje się Adaś? – zapytałam.

Odpowiedziała mi cisza.

– Mamo, jak on się czuje?! – wywrzeszczałam jednym tchem i z braku powietrza zobaczyłam przed oczami mroczki.

– Anka – głos teściowej znów zabrzmiał słodko, uspokajająco, jedwabiście wręcz. Coś było na rzeczy! – Uspokój się – powiedziała po chwili – Adaś jest silny, wyjdzie z tego…

– Silny?! Z czego wyjdzie?! – już w ogóle przestałam nad sobą panować. – Z czego wyjdzie?! – powtórzyłam, tylko na to mnie było stać.

– Jest odwodniony, ale jego stan się poprawia, przyjmuje leki, jest pojony dożylnie…aftki w buzi pogorszyły sytuację, to dlatego nie chciał pić, to go boli…

– Aftki w buzi?! Czego jeszcze nie wiem? Czego mi mama nie powiedziała? – czułam jak po policzku spływa mi łza. Nie mogłam złapać oddechu. Przed oczami zrobiło mi się ciemno. Panika osiągnęła apogeum.

– Anka, oddychaj – powiedziała teściowa jakby czytała mi w myślach – Słyszysz?! – wysyczała już swoim pełnym jadu głosem i to sprawiło, że zaczęłam powracać do jako takiej równowagi.

– Będę jutro, będę u was jutro…

Na drugiej linii zadzwonił Roger, więc musiałam przerwać połączenie z teściową.

– Anka, dostałem potwierdzenie – oświadczył. – Dobra robota! Dlatego uznałem, że mogę ci zaufać. Tamten order potraktuj pasywnie, powieś jakąś niewielką ofertę, niech podbierają. Teraz zacznij sprzedawaj dziewięć miesięcy.

– Jasne, ile? – zapytałam przez łzy.

– Dobrze się czujesz?

– Tak, oczywiście – zapewniłam go – to alergia – dodałam. Długopis, którym zanotowałam na kartce termin zawisł w powietrzu, kilku kolegów zbliżyło się, aby zajrzeć mi przez ramię i podejrzeć, co piszę.

– Sto miliardów powiedział Roger. Masz czas do jutra rana wtedy okaże się co jesteś warta. – Ale przecież muszę lecieć do Warszawy… nie dam rady tego załatwić, mam chore dziecko, miałam to na końcu języka, ale nie wypowiedziałam głośno. – Rozumiesz? – Głos Rogera sprowadził mnie na ziemię – jeżeli się wykażesz podpisuję z tobą dożywotni kontrakt – powiedział i rozłączył się.

Tym razem poczułam, że nogi miękną mi w kolanach i gdybym nie siedziała pewnie bym padła! Adaś moje maleństwo nie może pić, bo ma aftki, czego teściowa mi jeszcze nie powiedziała?! Nie ma już miejsc na lot do Warszawy, a ja mam na głowie Rogera, który każe mi niczego nie spieprzyć. Pomijając wielkość zlecenia, co tym razem spłynęło po mnie jak po kaczce, okoliczności zmuszają mnie do tkwienia tu na miejscu w strasznej niepewności o stan zdrowia mojego dziecka!

Tym razem wykręciłam numer do męża, może on mógłby przerwać delegację i polecieć do Warszawy? Chociaż na jeden dzień! Jutro już nic mnie nie powstrzyma przed wylotem. Na potwierdzenie, czekając aż Zbyszek podniesie słuchawkę, zamówiłam bilet na jutrzejszy wieczorny lot i pojutrzejszy poranek. Na chwilę poczułam ulgę. Potem znów skoczyło mi ciśnienie, bo Zbyszek nie odebrał telefonu. Ponownie wykręciłam numer do teściowej. Odebrała po dłuższej chwili. Przeprosiła, że nie może rozmawiać, zapewniła, że Adaś z każdą minutą czuje się coraz lepiej i poprosiła o telefon za godzinę, bo właśnie wsiadła do samochodu, musi przywieźć z domu jakieś rzeczy do szpitala i nie może rozmawiać.

Do dwudziestej byłam tak pochłonięta pracą, że nie miałam nawet czasu zadzwonić do teściowej. Zrealizowałam jedną trzecią zlecenia na dziewięć miesięcy. Zdecydowałam zdradzić dwóm kolegom całkowity wolumen. Tylko tym którym ufałam, musiałam to komuś powiedzieć, na wypadek gdyby nie udało się tego załatwić do mojego wylotu do Warszawy, ktoś musiał przejąć pałeczkę. Najpierw patrzyli na mnie oniemieli, potem jeden z nich pogratulował mi fachowości wreszcie zobaczyłam w ich oczach zazdrość. Na koniec dowiedziałam się, że ponoć zdaniem szefa byłam na wylocie, a tu zdarzył się cud, który przywrócił mnie do łask. „Na wylocie?” ciekawe, że dowiaduję się o tym jako ostatnia…

Około dwudziestej pierwszej wróciłam do domu. W komórce skończyła się bateria, podłączyłam aparat pod ładowarkę i rzuciłam się na lodówkę. Moje wnętrzności głośno upominały się o jedzenie. Dojadłam napoczęty słoik kawioru, w dwóch gryzach połknęłam pozostałości żółtego sera i ostatnie dwa plastry szynki. W ten sposób wyczyściłam lodówkę. Dopchałam się miską musli bez mleka, bo też się skończyło i usiadłam na kanapie. Powinnam zadzwonić do teściowej, wrócić do kuchni po telefon… Ale dałam sobie chwilkę na odpoczynek. Musiałam odpłynąć w sen, bo gdy obudził mnie dzwonek telefonu, świtało.

– Anka, tu Roger, wstrzymaj się chwilowo z dziewięcioma miesiącami, ale sprzedaj resztę trzymiesięczniaków. Potwierdź wykonanie mojej asystentce. Odezwę się o dziewiętnastej. Wtedy ląduję w Nowym Jorku.

– Jasne – powiedziałam półprzytomnym, rozespanym głosem.

– Powodzenia! – życzył mi Roger i rozłączył się.

Moment, ale o dziewiętnastej będę w samolocie do Warszawy! Wylatuję punkt o dziewiętnastej!

– O dziewiętnastej będę w samolocie – odezwałam się zbolałym głosem w pustą przestrzeń.

Poderwałam się z kanapy, poczułam przeszywający ból karku – koszt nocy spędzonej w pozycji siedzącej. Rozmasowałam szyję i już prawie rozbudzona wykręciłam numer Rogera. Jego telefon był zajęty przez kolejną godzinę, a przez resztę dnia abonent był poza zasięgiem. Wzięłam prysznic i spakowałam niezbędne mi w Warszawie rzeczy do maleńkiego nesesera. Wcięłam kilka łyżek płatków śniadaniowych. Pełna energii i wystrojona w zieloną dopasowaną w talii i rozkloszowaną u dołu sukienką jeszcze sprzed dzieci, ale teraz na topie, czułam się wystrojona jak Kopciuszek udający się na bal. Upewniwszy się, że uzupełniłam kocie miski na co najmniej dobę poszłam do pracy. Do siódmej wirtualnie szukałam w systemie potencjalnych klientów na moje trzymiesięczniaki, ale bez powodzenia. Zupełnie nie wiedziałam jak dalej rozegrać tę sprzedaż. Potem zamierzałam poprosić o pomoc szefa, póki co musiałam się napić kawy i najważniejsze… zadzwonić do teściowej.

– Dzień dobry, mamo – zaczęłam

– Anka, przestań tak non stop wydzwaniać, ty wiesz która jest godzina? Robisz z igły widły – przywitała mnie teściowa.

Nie poddałam się. Szczegółowo wypytałam o zdrowie Adasia. A ona równie szczegółowo odpowiedziała na moje pytania. Twierdziła, że jego stan jest coraz lepszy, temperatura schodzi antybiotyk działa, że wszystko jest pod kontrolą, że za góra dwa dni Adaś wyjdzie ze szpitala. Na koniec dodała, że Adaś powoli zaczyna kontaktować się z otoczeniem, a chwilę wcześniej nawet się do niej uśmiechnął…

Dokładnie w tym momencie do pomieszczenia socjalnego zaczęli się schodzić moi koledzy. Przed ekspresem do kawy ustawiła się już kilkunastoosobowa kolejka.

– Kontaktować? … z otoczeniem?! Uśmiechnął się?! – powtórzyłam jak w malignie. – Przecież Adaś zawsze miał świetny kontakt… i ciągle się śmieje… w jak bardzo tragicznym musiał być stanie, żeby musiał to odzyskiwać?! Czego mi jeszcze mama nie powiedziała?! – znów wykrzyknęłam.

W pokoju zapadła cisza, nikt z moich kolegów nie mówił po polsku, nie mógł zrozumieć rozmowy, ale w obliczu tego co dzisiaj miałam do sprzedania powinnam wykazać się większym spokojem.

Teściowa ofuknęła mnie i bezczelnie się rozłączyłam. A ją z furią trzasnęłam otwartą dłonią we framugę drzwi, choć rozsądek podpowiadał mi, żeby nie robić niepotrzebnego zamieszania, nie potrafiłam się opanować.

– Teściowa! – poinformowałam gapiący się na mnie amatorów kawy i na kilku twarzach udało mi się dostrzec wyraz zrozumienia.

Wróciłam przed komputer, uruchomiłam go, ale w gruncie rzeczy niewiele obchodziły mnie dane z rynku. Czekałam na szefa.

Pojawił się pół godziny później, jak zwykle zrelaksowany tryskający zdrowiem i energią. Skinęłam na niego głową i ruchem warg zapytałam czy znajdzie dla mnie chwilkę. Zgodził się. Dyskretnie wślizgnęłam się do jego gabinetu. Poinformowałam, że jeszcze dzisiaj przed siedemnastą muszę sprzedać dwadzieścia cztery miliardy trzymiesięczniaków i poprosiłam o pomoc.

– Nie możesz zwrócić się bezpośrednio do swoich kolegów? – zapytał jakby zapomniał, że przedwczoraj wygrażał, iż moi koledzy już ostrzą sobie pazury na tego klienta.

Nie odezwałam się tylko spojrzałam mu głęboko w oczy, wypięłam pierś, wciągnęłam brzuch mając nadzieję, że i tym razem moje wdzięki pomogą mi w osiągnięciu celu. Pięknym kobietom jest łatwiej… jak już zdobędą odpowiedniego klienta… mają czas pracować przez czternaście godzin na dobę i siłę do odbierania telefonów o piątej rano. W przeciwnym razie „Są na wylocie”, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno.

– Dobra, przynieś mi kawy! – powiedział. – Poproszę – dodał. – Zobaczę co się da zrobić…

Przez piętnaście minut stałam w kolejce po kawę dla szefa, konstatując z rezygnacją, że nawet jeżeli, któryś z moich starych klientów nie zastanie mnie przy telefonie i tak niewiele stracę. Moje życie zawodowe zaczęło obracać się wokół Rogera. Gdy wracałam korytarzem starając się nie rozchlapać kawy z kubka, zauważyłam, że kilku moich kolegów opuszcza gabinet szefa. Upewniwszy się, że jest sam, weszłam.

– Posłuchaj, tamtym trzem wydałem dyspozycje, żeby znaleźli ci kontrahentów. Nikt poza nimi nie wie o skali zlecenia… a jeżeli się dowie… to już sobie z nimi pogadam.

– To co mam robić? – zapytałam odstawiając delikatnie kubek na jego biurko.

– Czekać! I nie wychylać się – powiedział i skinieniem ręki wyprosił mnie z gabinetu, nawet nie dziękując za kawę.

Wróciłam przed komputer. Wykonałam kilkanaście telefonów, żeby zorientować się czy moi starzy klienci mają dla mnie jakąś „robotę”. Nic nie mieli. Kilka razy próbowałam też dodzwonić się do teściowej, ale jej numer był wciąż zajęty. W południe odebrałam telefon, na wyświetlaczu pojawił się tylko napis „prywatne” żadnego numeru, a tym bardziej nazwiska. Tym większe było moje zdziwienie, gdy usłyszałam głos Alego.

– Anka, masz czas na lunch? – zapytał. – Jestem w restauracji Maître Jacques, to trzy kroki od twojego biura – wyjaśnił wesołym głosem, na którego dźwięk poczułam mocniejsze uderzenia serca. Fakt, że jeszcze o mnie pamiętał był tak cudowny jak powrót wiosny, albo szklanka zimnej wody w upalne popołudnie. Był jak Wigilia w moim rodzinnym domu z mamą tatą, kiedy jeszcze żyli… zanim zginęli w katastrofie lotniczej, wracając z wymarzonych wakacji na Hawajach. Stało się to tak dawno temu, że prawie zapomniałam jak wyglądali tamtego lata, gdy w drodze na wakacje, odwiedzili mnie w Petit Ville. To był mój pierwszy rok pracy, zaczęło mi się świetnie powodzić, więc dorzuciłam się do ich wyjazdu. Podczas czterodniowego pobytu u mnie tato zainstalował halogeny w kuchni wynajętego mieszkania, a mama uszyła zasłonki i narobiła weków na co najmniej pół roku. Miesiąc później otworzyłam pierwszy słoik. Były w nim gołąbki mojej mamy… Po kilku godzinach od ich przyjazdu do Petit Ville, tknięta przeczuciem, zaczęłam odradzać im te wakacje. Błagałam i groziłam. Mimo to polecieli. Potem zapadła ciemność. Zostałam zupełnie sama. Pierwszym uczuciem jakie mnie potem naszło była wściekłość na rodziców. Powinni mnie posłuchać i nie lecieć. Sądziłam nawet, że dostali, to czego chcieli. Dopiero po wielu latach im wybaczyłam. Tym razem też nie myślałam o urazach, chciałam zobaczyć Alego, pragnęłam, żeby gładził moją dłoń, chciałam pomilczeć w jego towarzystwie…

– Jasne! – odpowiedziałam, choć wcale nie było to takie proste. Skoro wrobiłam szefa w obsługę mojego klienta, powinnam przynajmniej cierpliwie czekać przed moim komputerem na informację zwrotną. A w razie gdyby udało się coś sprzedać, od razu posłać asystentce Rogera potwierdzenie. Tym bardziej, że zamierzałam wymknąć się po siedemnastej aby zdążyć na lot do Warszawy. – Już schodzę – powiedziałam, wzięłam moją śliczną torebunię i nikomu nic nie mówiąc wstałam. W ostatniej chwili przeprogramowałam mój służbowy numer, tak abym mogła odebrać ewentualne połączenia na komórce.

Ali czekał na mnie przy stoliku przed wejściem do restauracji. Wyglądał świetnie. Cerę miał lśniącą, a chabrowa koszula podkreślała kolor jego oczu, nieco tylko zaczerwienionych, ale bardziej jak po długiej lekturze, lub ślęczeniu przed komputerem niż z powodu choroby. Wstał, gdy mnie zobaczył. Podałam mu rękę na powitanie, uścisnął ją, a potem pogładził mnie po twarzy. Nie był w tym nic erotycznego raczej gest jakim rodzic wita swoje dziecko. Ale na wszelki wypadek rozejrzałam się, czy nikt tego nie wiedział. W małym miasteczku plotka szybko się rozchodzi. A nuż jakiś życzliwy doniesie innemu życzliwemu i wieść o tym, że zdradzam męża dojdzie do Zbyszka.

– Zamówiliśmy filet de perche, kelner, ojciec kolegi Adasia z klasy, zaklinał się, że ryby są z porannego połowu, świeżutkie. Ale ja nie mogłam się powstrzymać aby zapytać czy to przypadkiem nie mrożonki z Polski. Kiedyś dowiedziałam się, że filetowane okonie zmrożone są sprowadzane w region Jeziora Genewskiego z mojej ojczyzny i od tego czasu nie poprzestawałam i przy każdej okazji upewniałam się co mam na talerzu. Rzeczywiście te filety z okonia smakowały jak świeży połów, unurzane w cytrynowo-maślanym sosie dosłownie rozpływały się w ustach. Na koniec wypiliśmy po naparstku nalewki ze szwajcarskich ziół pochodzących z Alp. Ali twierdził, że to świetne na trawienie. I tym razem alkohol rozwiązał mi język i poskarżyłam się Alemu na teściową, zapłakałam nad stanem mojego synka, a na koniec oświadczyłam, że muszę wracać do pracy. Ali i tym razem mnie wysłuchał, potem odprowadził pod wejście do biura i tam się pożegnaliśmy. Mieliśmy się nie spotkać przez dwa dni, ale stało się inaczej. Jak w tym starym żarcie: Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach…

Gdy wróciłam, w biurze panowało zamieszanie. Dolores podeszła do mnie i wyszeptała do ucha, że mam udać się do gabinetu szefa.

– Anka, gdzieś ty się włóczyła? – zapytał mnie, z wyrzutem spoglądając na zegar ścienny. Dochodziła czternasta. Nie było mnie dwie godziny!

– Przepraszam – wydukałam. – I jak idzie sprzedaż – zapytałam aby mu uświadomić, że jestem żywo zainteresowana sprawami mojego klienta.

– Sprzedaliśmy… sprzedałaś – poprawił się dwadzieścia miliardów, zostały jeszcze cztery, ale nad tym pracują już twoi koledzy – pocieszył mnie. – Wiesz, skoro wrobiłaś nas w obsługę swojego klienta, wypadałoby, żebyś była na miejscu, albo przynajmniej informowała na jak długo i dokąd wychodzisz – dodał mierząc mnie surowym wzrokiem.

– Jasne, i dziękuję – powiedziałam, wycofując się tyłem z jego gabinetu. Powinnam powiedzieć mu, że zamierzam wyjść z pracy o siedemnastej, ale w tamtej chwili nie miałam odwagi. Poinformowałam o tym Dolores i poprosiłam, żeby w razie mojej nieobecności, posłała Rogerowi potwierdzenie tej ostatniej czwórki. Niechętnie, ale się zgodziła. Dzięki temu, że wyręczyłam ją w sobotę, zyskałam w biurze chociaż jedną zaufaną osobę. Dolores podała mi plik odręcznie nabazgranych potwierdzeń, które musiałam szybko wklepać do systemu i przesłać raport Rogerowi. Praca szła mi dość szybko, pomyliłam się trzy razy, ale udało mi się to zweryfikować i poprawić błędy, przynajmniej nie mogli mi zarzucić, że jestem niesamodzielna.

Dwa razy zadzwoniłam też do teściowej, która jak katarynka powtórzyła mi tę samą historię: że Adaś ma się coraz lepiej, że antybiotyk działa i tak dalej. Nie zdawałam dodatkowych pytań tego wieczoru, już na miejscu, upewnię się jak naprawdę czuje się moja kruszyna. Póki co nie zdradziłam moich planów.

Za trzy siedemnasta dostałam potwierdzenie, że moi koledzy sprzedali ostatnią transzę trzymiesięczniaków. W tamtej chwili uwierzyłam, że wszystkie siły wszechświata przybyły aby mi pomóc. Wkrótce rzeczywistość miała zweryfikować te mrzonki. Wklepałam potwierdzenie, wysłałam do Rogera i zadzwoniłam po taksówkę. Musiałam zdążyć na samolot. Dyskretnie wyszłam z biura, znów przekierowując rozmowy z telefonu służbowego na mój, tak na wszelki wypadek.

Dwadzieścia minut później stałam w ogonku do prześwietlenia bagażu i kontroli biletu. Podniecona, że wkrótce przytulę moje chore dziecko i nieświadoma, co mnie czeka tego wieczoru.

– Proszę pokazać bilet – głos pracownika lotniska przywrócił mnie do rzeczywistości. Wyjęłam z torebuni wydrukowaną kartę pokładową i paszport. Pipnął czytnikiem jedno potem drugie i wręczył mi dokumenty. Włożyłam na taśmę neseserek i torebunię. Zadowolona z siebie przeszłam przez bramkę. Tym razem nie kazali mi nawet zdejmować butów. Czekałam po drugiej stronie maszyny, aż mój prześwietlony bagaż przytoczy się do mnie na rolkach taśmy. Czekałam i czekałam i „tak minęło dziesięć lat” znów przypomniały mi się słowa Adasia. Zachichotałam. Przed oczami miałam jego uśmiechniętą buźkę i zrobiło mi się ciepło na sercu. Chyba po raz pierwszy, od kiedy kupiłam bilet, zdałam sobie sprawę, że za kilka godzin będę tulić w ramionach moje maleństwo. Niewiele brakowało, a na fali radości odtańczyłabym nasz rodzinny taniec zwycięstwa.

– Proszę pani, proszę za mną.

Rozejrzałam się zaskoczona.

Kto, ja? – zapytałam kobiety, która najwyraźniej zwracała się do mnie, a nie do staruszki, która stała za mną i cierpliwie oczekiwała zwrotu swoich toreb. Strasznie jej się przy tym trzęsły ręce i głowa.

– Proszę pani! – tymczasem wzywająca mnie kobieta najwyraźniej traciła cierpliwość. Podeszłam. Neseser był nietknięty, mimo że zapomniałam wyjąć kosmetyki, które przezornie zapakowałam w przeźroczysty zip lock. Za to torebunia została opróżniona, a jej zawartość spoczywała na dnie pojemnika w kształcie głębokiej tacy.

– Fuck me! – wyrwało mi się, gdy lepiej przyjrzałam się fantom z torebki. Wśród kluczy, portfela, opakowania chusteczek higienicznych i kilku kosmetyków na tacy znajdowały się małe tabletki w kolorze écru. Te same, które odsypałam z puderniczki Alego i wrzuciłam na dno torebki. Podniosłam do oczu jedną z nich i po raz pierwszy jej się przyjrzałam. Z jednej strony tabletka miała wytłoczoną arabską czwórkę, a na rewersie drukowane „M”. To te tabletki Ali musiał podsypać mi do drinka! To nimi mnie odurzył! Próbowałam przekroczyć granicę z torebką pełną narkotyków!

– Kompletnie zapomniałam, że je mam! To nieporozumienie – odezwałam się do kobiety, która patrzyła na mnie zimnym i nieprzeniknionym wzrokiem policjantki.

– Proszę poczekać – powiedziała.

– Pani Anka – z prawej strony dobiegł mnie znajomy głos. Spojrzałam i w tłumie oczekującym na bagaż przy drugim prześwietlaczu, dostrzegłam maleńką postać Carlity, Indianki z Salwadoru, wywodzącej się z plemienia Anka, mają tam też Indian z plemienia Inka, ale mniejsza o to. Carlita, moja pierwsza opiekunka do dzieci, po roku pracy wyszła za mąż, porzuciła nas z dnia na dzień, bez ostrzeżenia, zostawiając na pastwę losu. Na początku byłam na nią wściekła, teraz już nie. Jej nowym zajęciem, stały się rejsy pełnomorskie na luksusowych liniowcach. Niekiedy liczących sobie dziesięć poziomów. Carlita uwielbiała wieczorki kapitańskie i pląsy w nocnych klubach. Na rejs zabierała ze sobą wieczorowe suknie aby każdego wieczora wystąpić w innej. Wspomniał mi o tym rzeźnik z mięsnego przy Rue de la Gare i sprzedawczyni warzyw ze stoiska przy Place Bel Air. Mówiło o tym pół miasteczka. Nie zdążyłam nawet odmachać do Carlity, bo ktoś złapał mnie za nadgarstki i zakuł w kajdanki. Na oczach największej plotkary w Petit Ville! Kilka minut później, w obstawie czterech policjantów, zostałam wyprowadzona z bramki na terminale i zawrócona do hali odlotów. Tam dołączył do nas pies – duży owczarek niemiecki. W obstawie przemierzyłam całą długość hali odlotów. Założę się, że w tłumie pasażerów znajdowali się również inni mieszkańcy Petit Ville. Niejeden mnie pewnie rozpoznał. Po szesnastu latach życia w małej miejscowości trudno o anonimowość. Spotykam mieszkańców Petit Ville w zaskakujących miejscach. Na pewną parę wpadłam nawet w Tunezji w ośrodku Club Medu. Jakby na domiar złego mój strój rzucał się w oczy jak kurant na wieży kościelnej. W zielonej jak wiosenna trawa rozkloszowanej sukience, skuta w kajdanki w obstawie „czterech pancernych i psa” nie mogłam zostać niezauważona. Miałam nadzieję, że nikt mnie radośnie nie pozdrowi i nie zapyta o zdrowie. Szłam ze spuszczoną głową, z bezsilności po policzkach spływały mi łzy. Miałam nadzieję, że włosy zasłaniają mi twarz. Znów pomyślałam o Adasiu, który „odzyskał kontakt z otoczeniem” i poczułam nagły przypływ energii: żebym miała sprzedać duszę diabłu polecę do Warszawy! Spojrzałam na zegarek: do odlotu została godzina i piętnaście minut. Muszę dowieść, że z tymi tabletkami to nieporozumienie lub złamać ich moją opowieścią o chorym dziecku… Miałam kilka minut na obranie właściwej strategii. Postanowiłam, że równocześnie uderzę z obu stron.

Zaprowadzono mnie do zakratowanej z trzech stron sporej celi. Czwarta ściana była betonowa, z maleńkim okienkiem na wysokości mniej więcej trzech metrów nad podłogą, i wmurowaną na stałe betonową półką przykrytą materacem. Między oknem i półką ściana była świeżo pomalowana, ale spod warstwy farby widać było brunatną plamę. Krew albo fekalia, rozważałam. Ze wstrętem odwróciłam głowę, miałam ważniejsze sprawy do przemyślenia. Przysiadłam na materacu wypełnionym słomą. Wystające źdźbła kuły mnie w tyłek, osłonięty cienkim materiałem sukienki. Siedziałem na pryczy i zastanawiałam się, natłok myśli urwał się na dźwięk duszącego kaszlu dochodzącego z celi obok. Dopiero w tamtej chwili spostrzegłam, że z nerwów, kiwam się w przód i w tył jak dziecko z chorobą sierocą. Wcześniej nie podejrzewałam, że mogłabym mieć sąsiada. A jeżeli jest nas więcej… Co jeśli przyjdzie mi czekać w kolejce na przesłuchanie? Wtedy samolot odleci beze mnie.

Podeszłam do odgradzających cele szerokich gęstych krat i spojrzałam na pryczę. Dostrzegłam na niej filigranową postać ubraną w coś uszytego z materiału w czerwone kwiaty na białym tle. Równie dobrze mogła to być sukienka, szlafrok, albo chusta. Nie widziałam twarzy mojej sąsiadki, zasłaniała ją burza czarnych włosów. Kilka razy jeszcze zakaszlała, a gdy kaszel minął, nie poruszyła się więcej.

Piętnaście minut później do mojej celi zbliżył się policjant, z trzaskiem przekręcił zamek w drzwiach. Poprosił abym wyciągnęła ręce i znów skuł mnie w kajdanki. Poprowadził do pokoiku, w którym czekał inny funkcjonariusz. Starszy gość ze sporą nadwagą, starannie ogolony z pajęczyną zmarszczek wokół oczu, w których dostrzegłam spokój i inteligencję.

– Komisarz Mansardi – przedstawił się i podał mi dłoń, gdy zorientował się, że moje są skute, poprosił aby zdjęto mi kajdanki. – Co ma pani na usprawiedliwienie? – zapytał

– No, cóż… – zaczęłam – te tabletki nie są moje… szczerze mówiąc ukradłam je znajomemu… to był odruch… martwiłam się o niego i chciałam sprawdzić co to za środek… noszę je w torebce od czterech dni, bo wyleciało mi z głowy, że je tam wsypałam.

– Czyli nie jest pani chora?

– Chora? Nie! A co to właściwie są za tabletki?

– To morfina.

– Morfina?

– Tak. Zdaje sobie pani sprawę, że możemy panią oskarżyć o przemyt narkotyków? Ten tu ma działanie silnie uzależniające. A ponieważ nie jest pani chora i nie znaleziono przy pani listu od lekarza, który przypisał pani te medykamenty, moglibyśmy potraktować panią jak przemytnika… ale sprawdziliśmy pani opinię. Jest nieposzlakowana. Jak nazywa się ten znajomy?

– Który?

– Ten, któremu ukradła pani te tabletki

– Ali.

– Ali? Nazwisko!

– Szczerze mówiąc nie wiem…

– Czyli martwiła się pani o znajomego, którego nazwiska nawet pani nie zna? – po raz pierwszy spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Ok – poddałam się. – Poznałam go w sobotę. Potem trochę poimprezowaliśmy, a na koniec miałam podejrzenia, że mi tego podsypał do drinków, chciałam sprawdzić co to – wyznałam.

– Nareszcie. Jak można się skontaktować z tym Alim?

– W komórce mam do niego numer, tylko że nie wiem gdzie są moje rzeczy? Pańscy koledzy mi wszystko zabrali.

W trakcie kiedy odesłany po moją komórkę policjant wyszedł z pokoju przesłuchań, rozgadałam się na dobre. Opowiedziałam komisarzowi o celu mojej podróżny, o chorym dziecku i o skomplikowanej sytuacji w pracy. Łzy same potoczyły mi się po policzkach. Gdyby ten drugi nie wrócił z moim telefonem, wylałabym jeszcze wiadro pomyj na moje relacje ze Zbyszkiem, ale nie zdążyłam. Dłuższą chwilę szukałam numeru do Alego. Przez załzawione oczy obraz mazał mi się i nie mogłam nawet wstukać pierwszej litery alfabetu. Wreszcie udało się. Dokładnie w tamtej chwili zdzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił się napis „Roger”. Spojrzałam na komisarza niepewna czy mogę odebrać to połączenie, ale skinął głową na zgodę. Chrząknęłam aby oczyścić gardło i odebrałam na głośnomówiącym.

– Anka, świetna robota, dziękuję. Jutro zacznij sprzedawać kontrakty roczne. Zacznij od pięćdziesięciu miliardów.

– Jasne – odpowiedziałam łamiącym się głosem

– Hej, dobrze się czujesz? – zapytał z troską w głosie.

– Tak, to ta alergia.

– Jutro zabiorę się za twoje roczniaki, możesz mi ufać – powiedziałam, mając nadzieję, że to go uspokoi i rozłączy tak samo szybko jak zwykle

– Hej, aby na pewno?

– Słucham?

– Mam się nie martwić? Czy to nie za duże obciążenie dla ciebie?

Jeszcze chwila, a wybuchnęłabym płaczem.

Przysłuchujący się rozmowie komisarz pomógł mi wybrnąć z sytuacji.

– Anka, musisz już kończyć, bo nie zdążysz – odezwał się po angielsku. Tak aby Roger go usłyszał.

– Widzę, że jesteś zajęta, to do jutra – powiedział i rozłączył się.

Spojrzałam z wdzięcznością na komisarza. Machnął ręką w roztargnieniu.

– Dobrze, teraz ten Ali, niech pani do niego zdzwoni i poprosi aby się tu stawił, jeżeli chce pani zdążyć na samolot, ma na to pół godziny. Wybrałam numer do Alego. Za pierwszym razem nie odebrał, znów wybrałam numer i tym razem sytuacja się powtórzyła. Niewiele brakowało, a rzuciłabym aparatem o ścianę, ale komisarz zdążył mi go odebrać i sam wybrał numer. Po drugiej stronie usłyszałam głos Alego.

Anka, coś się stało?

Wyjaśniłam mu moją sytuację, przyznając się ze wstydem, że ukradłam mu morfinę. Obiecał przyjechać jak szybko się da, ale był w Montreux, to godzina drogi od lotniska. Jeżeli nawet uda mu się oczyścić mnie z zarzutów, to i tak nie miałam szans zdążyć na samolot do Warszawy. Zrobiło mi się gorąco.

– Czy mogłabym zadzwonić do teściowej – zapytałam nieśmiało i poczułam, że oczy znów napełniają mi się łzami.

– Ale szybko! Zaraz odprowadzą panią do celi.

– Mamo, jak się czuje Adaś?

– Lepiej, znacznie lepiej – przyznała – Tę noc spędzi w szpitalu, ale jutro rano go stamtąd zabieramy – poinformowała mnie swoim zwykłym opryskliwym tonem. Jej głos, odbijał się echem od ścian pokoju przesłuchań, wciąż miałam nastawiony telefon na głośnomówiący, i widziałam jak twarz komisarza zmienia się, wprawdzie nic nie zrozumiał z rozmowy, ale dostrzegłam w jego oczach wyraz współczucia.

– A Sisi? Czy z nią jest wszystko w porządku? – Doszło do mnie, że choroba Adasia tak pochłonęła moje myśli, że zupełnie zapomniałam o mojej córeczce.

– Trochę smarczy, ale raczej nie zaraziła się od brata… to nie bakteria, raczej wirus, pełno tego w samolotach… ta klimatyzacja w ogóle nie jest przeczyszczana i zarazki są w ciągłym obiegu… jak gówno w betoniarce… – O, teściowa odzyskała formę. To najlepszy znak, że Adaś faktycznie wraca do zdrowia.

Uśmiechnęłam się. Komisarz dał mi znak, że powinnam już zakończyć rozmowę. Więc podziękowałam, życzyłam miłej nocy i rozłączyłam się.

Współczuję pani takiej teściowej – powiedział komisarz podnosząc się z wysiłkiem z fotela. Uśmiechnęłam się.

– Znów kąsa – poinformowałam go z triumfem w głosie. – Znaczy, że sytuacja wraca do normy.

Zachichotał, co zupełnie mi do niego nie pasowało. Gdy spoważniał, podał mi rękę i kazał uzbroić się w cierpliwość. Znów odprowadzono mnie do celi. Godzinę później przez kraty dojrzałam sylwetkę Alego. Był w towarzystwie małego facecika w czarnym garniturze z czerwoną muszką pod brodą – potem okazało się, że to prawnik. To dzięki jego zabiegom wypuszczono mnie z celi, oczyszczono z zarzutów, a w moich dokumentach nie pozostał ślad tamtego aresztowania. Gdyby stało się inaczej, straciłabym możliwość pracy w branży zbliżonej do finansowej. Byłabym skreślona. Co więcej nie mogłabym nawet zatrudnić się jako kasjerka w supermarkecie.

O dwudziestej drugiej byłam w domu. Zdjęłam sukienkę i nie zawracając sobie głowy, żeby zmyć przynajmniej makijaż, poszłam do łóżka.

Obudziłam się w czwartkowy letni poranek o siódmej rano. Wzięłam prysznic, zjadłam kilka garści płatków i zadzwoniłam do teściowej. W słuchawce usłyszałam głos Adasia.

– Mamo, jedziemy do babci. Byłem w szpitalu, wiesz? – powiedział, po czym wybuchnął płaczem, chciałam go uspokoić, powiedzieć cokolwiek, ale mi też napłynęły do oczu łzy. Przez chwilę oboje chlipaliśmy w słuchawkę.

– Skarbie, jak się teraz czujesz? – zapytałam przez łzy.

– Normalnie – odpowiedział zapłakanym głosem

– To znaczy dobrze?

– Tak, dobrze, a babcia powiedziała, że prawdopodobnie dzisiaj po kolacji będę mógł pobawić się w ogródku.

– Kocham cię, mój malutki, wiesz… – chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle.

– Mamusiu, ja chcę do domu – oświadczył i to sprawiło, że rozryczałam się na dobre.

– Jasne – wydusiłam z siebie i stać mnie było jeszcze tylko na: – Zadzwonię później.

Potem długo łkałam siedząc na taborecie w kuchni i nie mogłam się uspokoić. Jeżeli tak ma wyglądać moja wolność, to już nigdy, nawet na jeden dzień, nie rozstanę się z dziećmi, odgrażałam się w myślach, choć wiedziałam, że za rok już nie będę o tym pamiętać i znowu wyślę dzieci do dziadków, żeby ugrać kilka dni tylko dla siebie… Dla siebie!

Opłukałam twarz zimną wodą, mając nadzieję, że po płaczu nie zostanie na niej ślad opuchlizny. Zrobiłam staranny makijaż, ubrałam się w żółtą letnią sukienkę, ta również pochodziła z czasów sprzed Adasia i poszłam do pracy. Z powodu różnicy czasu, Roger zadzwonił z Nowego Jorku siedem godzin później niż zwykle. Znów dał mi zlecenie, a ja skrzętnie, przy pomocy kolegów, je zrealizowałam. Choć czułam się otępiała po porannym ataku płaczu i z powodu przykrej rozmowy z Adasiem, który teraz byłam już tego pewna, wracał do zdrowia, robota szła mi sprawnie, a dzień mijał szybko. O osiemnastej wyszłam z biura, poszłam na jogging. W drodze powrotnej wstąpiłam na pobliską farmę. W sklepiku kupiłam tuzin świeżych jaj, litr mleka, wędzony bekon własnej roboty, warzywa na sałatkę i pół bochna wiejskiego chleba. Wróciłam do domu i nie zawracając sobie głowy prysznicem, zjadłam kolację, na którą składały się jajka na twardo, kilka grubych plastrów boczku i trzy pomidory prosto z krzaka. Jadłam pochylona nad gazetą, w tle ryczał telewizor, a ja nie zawracałam sobie nawet głowy sprzątaniem bałaganu pozostawionego w kuchni i w salonie. Objedzona do granic możliwości, odprężona joggingiem i spokojna o zdrowie moich dzieci, oficjalnie zaczęłam wakacje. Wprawdzie z czterodniowym poślizgiem, ale czekały mnie jeszcze trzy dni wolności i zamierzałam je wykorzystać na maksa.

Otworzyłam butelkę czerwonego wina, nalałam sobie lampkę i poszłam na taras. Rozłożyłam szezlong, z którego po raz ostatni korzystałam siedem lat wcześniej, przetarłam szmatą, nakryłam ręcznikiem i zaległam na nim z książką. Upewniłam się, że kieliszek stoi na wyciągnięcie ręki. Powietrze było ciepłe, śpiew ptaków brzmiał radośnie, przepełniał mnie spokój, wino smakowało wyśmienicie, a powieść Reymonta Chandlera pochłonęła mnie bez reszty. Po kilku akapitach czułam się jak jedna z jego femme fatale, próbująca zauroczyć błyskotliwego Detektywa Marlowe. Jak wszystkie bohaterki jego książek miałam w sobie tę nieprawdopodobną siłę charakteru, urok, urodę, ujmującą osobowość i czar modliszki. Właśnie kabrioletem Philipa Marlowe przemierzaliśmy Bulwar Zachodzącego Słońca, gdy rozdzwonił się telefon.

Niechętnie oderwałam się od lektury i poszłam do kuchni, aby wygrzebać aparat z torebuni.

– Anka, rozpoznałam głos Dolores, Sorin dał mi twój numer… – O, Sorin! Już nie szef… – Słuchaj, ten Juan…

– Juan?

– No, Juan, ten którego kazałaś mi sprawdzić… – powiedziała zdezorientowana

– Jasne, mów! – przypomniałam sobie dopiero po chwili jak gdyby od tamtego poranka, kiedy obudziłam się w domiszczu po imprezce minął co najmniej rok.

Ten Juan, to jakiś stary perwers i ćpun. Podzwoniłam po znajomych dziennikarzach, tych od rubryk towarzyskich, no i okazuje się, że facet lubuje się w orgietkach. Przez jakiś czas był nawet z pewną bułgarską prostytutką, podesłałam Ci jej profil z Facebooka, plotka głosi, że w jeden wieczór wydał na nią dziesięć tysięcy franków. No wiesz, tańczyła dla niego na rurze i pewnie… Ok, nieważne, potem zostali parą. Facet się ustabilizował, ale na krótko. Bo panienka rzuciła go dla jeszcze bogatszego. Juan zaczął jej wygrażać, chciał, żeby do niego wróciła. Ale ona twierdziła, że mu nie ufa, bo podsypywał jej coś do drinków. – Zadrżałam, chciałam się odezwać, ale zrezygnowałam. Tymczasem Dolores mówiła dalej: – Facet ściągnął sobie na głowę prywatnych detektywów. To ten bogacz, nowy facet Bułgarki, im ponoć płaci. Teraz gdziekolwiek ten Juan się nie ruszy, jest śledzony przez zgraję paparazzich. Na necie znalazłam masę jego zdjęć. Zapisz sobie adres strony, bo ja już mam od tego mdłości.

Podziękowałam Dolores i rozłączyłam się. Odpaliłam kompa i wstukałam adres strony. Juan w towarzystwie kobiety przed dyskoteką, Juan wylizujący szyję innej kobiety, Juan obmacujący tyłek jeszcze innej… przeleciałam piętnaście stron i na wszystkich działo się to samo. Właśnie chciałam wyłączyć komputer, kiedy dostrzegłam zapowiedź kolejnej sensacji: „Orgietka w domu Juana”.

Kliknęłam w link. Rozpoznałam pomost i domiszcze. Zdjęcia były robione wieczorem w dodatku z dużej odległości i to od strony jeziora. Jakiś ciekawski fotograf musiał podpłynąć łodzią. Próbowałam odnaleźć na nich siebie, ale były tak niewyraźne i źle oświetlone, że nie dało się na nich rozpoznać postaci. Przewinęłam na kolejną stronę i zamarłam. Zdjęcie było w ogromnym powiększeniu. Widać było na nim dwie postaci. Bardzo wyraźnie. Tak dobrze, że można było dostrzec nawet worki pod ich oczami. Na zdjęciu był Ali z przewieszoną przez ramię marynarką i JA w pogniecionej sukience z rozczochranymi włosami, blada jak śmierć na chorągwi i z podkrążonymi oczami. Na pierwszym ujęciu jesteśmy przed domem, na drugim idziemy w stronę pomostu, na trzecim jesteśmy na motorówce, na czwartym odbijamy od brzegu. „Dzień po” – głosił napis pod serią naszych zdjęć. Czy Dolores widziała te fotki? Czy ktokolwiek ze znajomych mógł je widzieć?!

Zrobiło mi się gorąco! Niespecjalnie zastanawiając się czego spodziewam się po tym telefonie, bo przecież jak już coś jest w sieci, to tam definitywnie zostanie, tak twierdził Zbyszek, a on wie o czym mówi to jego domena i obsesja… wykręciłam numer do Alego.

– Anka? – wymówił moje imię ze śmiechem. No tak, wczoraj cudem wyciągnął mnie z ciupy, dzisiaj pewnie zastanawiał się w co się znów wpakowałam.

Podałam mu adres strony i w skrócie opisałam, co się na niej znajduje.

– Stałem się nieśmiertelny – skwitował i zaśmiał się w głos, jakby to był najlepszy żart jaki usłyszał w życiu.

– No właśnie – powiedziałam, gdy przestał się śmiać.

– Dowiem się, co można z tym zrobić. A jak dzieci?

Znów w skrócie opowiedziałam mu, że wszystko z nimi okej, że zaczęłam korzystać z wakacji, ale cały wszechświat sprzysiągł się, aby mi w tym przeszkodzić. Nie odezwał się, ale i tym razem miałam wrażenie, że go rozbawiłam do łez.

– Zadzwonię później – podsumował i rozłączył się. Cokolwiek miało oznaczać to „później” nie nastąpiło tego wieczoru.

Z nerwów nie mogłam usnąć, rzucałam się po łóżku przez całą noc. Wstałam o piątej nie widząc najmniejszej szansy na uśnięcie. O piątej trzydzieści poszłam pobiegać. Półgodzinny jogging trochę mnie otrzeźwił, ale myśl, że być może Zbyszek ogląda moje zdjęcia, w którejś z Korei, korzystając z hotelowej sieci, była przerażająca.

O siódmej weszłam do biura, tym razem w szarej workowatej sukience, w której wyglądałam jak pensjonarka. Zanim jakimś cudem Ali nie usunie tych zdjęć z sieci, moim celem stało się niezwracanie na siebie uwagi. Gdy weszłam do pokoju socjalnego, zaległa cisza. Kilka osób, jak przyłapani na ściąganiu uczniowie, wyłączyło smartfony, na których tego byłam bardziej niż pewna, właśnie oglądało moje fotki z cyklu „dzień po”. Cholerna Dolores, a myślałam, że mogę jej zaufać…

Zamiast wyjść z podkulonym ogonem, ustawiłam się w kolejce po kawę. W ten sposób przynajmniej na chwilę moja obecność powstrzyma ciekawskich od oglądania moich fotek na necie. Taką przynajmniej miałam nadzieję. Może ugranych kilka chwil pomoże pomocnikom Alego w wysadzeniu kilku serwerów i pozbyciu się zdjęć z sieci… Może? Z takim samym prawdopodobieństwem w serwer mógłby uderzyć meteoryt. Mogłabym też wykasować pamięć komputerów za pomocą gigantycznego magnesu… tylko jak wykasować pamięć moich współpracowników, ich przyjaciół, wśród nich byli zapewne i moi sąsiedzi i reszty świata… która nie tylko widziała te zdjęcia, ale podlinkowała je na portalach społecznościowych.

Pół godziny później zadzwonił Ali z wieścią, że jedyne co mogli zrobić jego magowie od sieci, to wypozycjonować „Dzień po” na dwusetną stronę w Googleu. Teraz ktokolwiek będzie szukał tych fotek w sieci, będzie zmuszony przekopać się przez kilka tysięcy linków prowadzących do jakiś bzdurnych stron. Jednak ci najcierpliwsi wreszcie je odnajdą. No i nic nie da się zrobić w sprawie zdjęć podlinkowanych na Facebooku i innych portalach, one tam będą. Jedyne co mi pozostaje, to uprzedzić męża.

Godzinę później, zanim zdążyłam roztrybić, jak wyjaśnić te fotki Zbyszkowi, zadzwonił mój mąż.

– Anka, dobrze się bawisz? Po to były ci te wakacje? Na orgietki? – jego głos znów wszedł na wysokie tony, ale tym razem miałam wrażenie, że walczy ze łzami.

Przepraszam, to nie tak zaczęłam i choć mówiłam po polsku na sali zapadła cisza. Po tonie mojego głosu musieli się domyślić, że rozmawiam z mężem.

Przycisnęłam telefon do ucha, wstałam i wyszłam na korytarz.

– Zbyszek, tam się nic nie stało, to nieporozumienie… – tłumaczyłam się i czułam jak po policzku spływa mi łza. – Ktoś mi podsypał czegoś do drinka… – brnęłam dalej, ale w porę ugryzłam się w język.

– Nie wiem, naprawdę, nie wiem co powiedzieć – pełnym bólu głosem wyznał mój mąż. – Nie wiem co robić… – dodał, a potem na bardzo długo w słuchawce zapadła cisza, w tle słyszałam jakby łkanie… płacz?

– Ja cię kocham! – wykrzyknęłam zbolałym głosem. Po tym wyznaniu Zbyszek rozłączył się.

Resztę dnia spędziłam przed komputerem bezmyślnie wpatrując się na przemian w wykresy, a na przemian stawiając sobie tarota on-line. Około czternastej zadzwonił Roger, przyjęłam zlecenie, około osiemnastej oddzwoniłam do niego z potwierdzeniem realizacji. A o dziewiętnastej byłam w domu.

Mój świat, moje małżeństwo, wisiało na włosku, co kompletnie odebrało mi chęć do życia. Wzięłam długą gorącą kąpiel i usiłowałam czytać w wannie, ale na niczym nie mogłam się skupić. Wypuściłam wodę. Leżałam na dnie zimnej wanny i zastanawiałam się jak krok po kroku wyjaśnić Zbyszkowi co się stało tamtej nocy. Problem w tym, że żadna z wersji nie mogła go uspokoić. Byłam niewierną żoną, już sam fakt, że spędzałam sobotę w towarzystwie jakiegoś obcego facet, że sprawiło mi to taką przyjemność, iż zdecydowałam się w jego kompanii kontynuować wieczór, byłby dla Zbyszka nie do zaakceptowania. Nie mogłam też powiedzieć, że tego ranka wracałam z porannego joggingu, nie był idiotą, w to by nie uwierzył.

Po godzinie wyszłam z łazienki. Podeszłam do lodówki i wrzuciłam coś na ząb. Usiadłam na kanapie z lampką czerwonego wina i gapiłam się w przestrzeń. Z odrętwienia wyrwał mnie dzwonek telefonu.

– Mamusiu, tatuś powiedział, że zostaniemy u babci do końca tygodnia, a potem jeszcze jeden tydzień. Powiedział, że babcia się zgodziła. A ja przecież chcę do domu – z płaczem oznajmił mój synek. Babcia się zgodziła… mój cholerny mąż zapewne poinformował matkę o tym co wyczyniam i ona wzięła kolejny tydzień urlopu, żeby zająć się biednymi wnukami, bo małżeństwo ich rodziców wisi na włosku! Tym razem opanowała mnie wściekłość.

– Daj do telefonu babcię! – rozkazałam Adasiowi. Wykonał moje polecenie, ale w tle usłyszałam jego donośny płacz.

– Anka! Nie krzycz na niego, wciąż jest osłabiony! Nie sądziłam, że takie z ciebie ziółko, choć nigdy mi się nie podobałaś… ale TO?! To już grube przegięcie. Pomogę Zbyszkowi załatwić sprawy formalne, razem z ojcem pomożemy…

– Cisza! – wrzasnęłam do telefonu. – Niech się mama nie wtrąca! A dzieci wrócą do domu za dwa dni, tak jak było postanowione! Skończyłam! – oświadczyłam i się rozłączyłam.

Wykręciłam numer Zbyszka, ale nie odebrał żadnego z trzydziestu połączeń. Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe. Gdybym tylko miała szanse mu wytłumaczyć to nieporozumienie… ale nie miałam, nie w tamtej chwili.

Kilka minut później zadzwonił telefon, odebrałam w nadziei, że to Zbyszek, ale przeliczyłam się.

Usłyszałam w słuchawce nieznajomy głos. Facet mówił po angielsku przedstawił się jako szef konkurencyjnej firmy. W kilku zdaniach wychwalił zasięg ich działalności, po czym przeszedł do pakietu socjalnego, wreszcie zaproponował mi pracę i to na warunkach, o jakich nie mogłam nawet marzyć w czasach kiedy byłam na topie – w czasach sprzed dzieci. Serce zatłukło mi się w piersi, świat odkrył moje zalety! Wróciłam na szczyt! Bałam się nawet odezwać, w obawie, że to mnie przebudzi z pięknego snu. Na koniec facet zaproponował spotkanie przy kolacji w dowolnie wybranym przeze mnie lokalu. Obiecał, że jeżeli się zgodzę, zaraz przyśle po mnie limuzynę. Nie mogłam zebrać myśli, dlatego obiecałam oddzwonić następnego dnia. Co jest do diabła? Zanim odpowiedziałam sobie na to pytanie, znów rozdzwonił się telefon. Odebrałam, to była kolejna propozycja pracy, na warunkach dwa razy lepszych niż ta poprzednia, z tym, że wiązałaby się z przeprowadzką do Zurychu… – Tym razem serce nie przyśpieszyło rytmu, zaczęłam nabierać podejrzeń. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ukrytej kamery. Nie dostrzegłam jej. W słuchawce słyszałam głos tamtego faceta: – O nic nie musiałabyś się oczywiście martwić, firma znalazłaby wam odpowiedni dom, szkołę i przedszkole dla dzieci i przeprowadziłaby was tak zgrabnie, że nawet byście nie zauważyli. I tym razem podziękowałam i obiecałam przemyśleć propozycję.

Wiedziałam już czemu zawdzięczam tę popularność. Zdjęciom, które potwierdzały, że jestem kochanką jednego z najpotężniejszych graczy na rynku ropy. W prawdzie Ali nie zaliczał się do osób sławnych, ani rozpoznawalnych publicznie, ale w tym świadku był znany i podziwiany. Dlatego zatrudnienie mnie byłoby jednoznaczne z przyciągnięciem do nowej firmy obrotów Alego.

Oznaczało to, że cały świat widział moje zdjęcia z Alim, a teraz trzęsie się od plotek… Podczas gdy mój mąż, w którejś Korei odbiera współczujące telefony od przyjaciół, znajomych i współpracowników… I wylewa wiadro pomyj na nasze relacje wynikające z mojej niewierności.

W ciągu godziny opróżniłam prawie całą butelkę czerwonego wina. Z do połowy napełnioną ostatnią lampką wina w dłoni ległam na kanapie. Obudziłam się czwartej rano, głowa pulsowała mi nieziemskim bólem. W dłoni trzymałam niedopitą lampkę wina, dziw bierze, że jej nie wylałam. Obok mojej twarzy leżał telefon, piszcząc sygnalizował, że kończy się bateria i wymaga doładowania.

Tak zaczął się ostatni dzień moich wakacji.

Pod prysznicem na zmianę polewałam się gorącą i zimną wodą, próbując pobudzić krążenie i unicestwić kaca. Wreszcie poddałam się. Głowa wciąż naparzała mnie tępym bólem. Ubrałam się w strój kąpielowy, na wierzch narzuciłam plażową sukienkę i poszłam popływać. Na plaży nie było nikogo. Zdjęłam sukienkę upewniwszy się, że klucz od domu nie wysunie się i nie spadnie do wody, położyłam ją na pomście.

Około czterdziestu minut pływałam w tę i z powrotem dając z siebie wszystko. Rozmyślałam o Zbyszku i o tym jak mu się wytłumaczę, o ile kiedykolwiek odbierze telefon ode mnie. Ostatecznie, postanowiłam zarezerwować lot do Warszawy i osobiście zabrać dzieci od teściowej. Tym razem wszystko dokładnie sobie przemyślałam, w dodatku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ból głowy minął. Opłukałam się pod plażowym prysznicem i poszłam na pomost po sukienkę. Nie było jej tam, gdzie ją zostawiłam. Dokładnie obeszłam pomost, potem plażę stwierdzając, że ktoś zwinął mi sukienkę, razem z kluczem od domu. Jedynym kluczem od domu. Na pomoście znalazłam tylko moje zniszczone japonki. Założyłam klapki i w stroju kąpielowym wracałam do domu. Musiało być grubo po siódmej, bo w dzielnicy panował już normalny poranny ruch. Sąsiedzi mijali mnie w samochodach, a ja kłaniałam im się głową. Ubrana w japonki i strój kąpielowy przykuwałam uwagę. Na schodach do posesji spotkałam moją najbliższą sąsiadkę.

– Anka, jesteście ze Zbyszkiem naszymi przyjaciółmi – zaczęła – ale dopóki nie poukładacie między sobą własnych spraw, nie chcemy się z wami widywać.

– To znaczy?

– Nie jesteście już zaproszeni do nas na niedzielę – powiedziała i spuściła wzrok, wgapiała się w trotuar jakby znalazła tam coś cennego.

– Jasne – powiedziałam. I objęłam się ramionami, bo tym razem zrobiło mi się zimno.

Patrzyłam na jej plecy, widząc jak odchodzi.

– Poczekaj! – krzyknęłam. Odwróciła się jak rażona piorunem.

– Pożycz mi jakiejś sukienki, proszę. Na plaży ukradli mi moją i klucz od domu. Z pracy wezwę ślusarza, ale nie mogę iść do biura w stroju kąpielowym.

– Tak – przytaknęła – Słyszałam, że dobrze się ostatnio bawisz – wymamrotała pod nosem, ale mimo to zawróciła do domu. Przekręciła w drzwiach klucz i nie zamykając ich weszła do środka. Po chwili wróciła. Najpierw podała mi ręcznik, abym mogła odcisnąć strój z wody, a potem granatową letnią sukienkę, sporo na mnie za dużą, ale przy tym fasonie nie rzucało się to w oczy. Na koniec wyjęła z portfela banknot stufrankowy i wręczyła mi go ze słowami: – Na ślusarza, oddasz jutro.

Podziękowałam, podałam jej mokry ręcznik i poszłam prosto do biura.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po dotarciu do pracy, było zarezerwowanie lotu na jutrzejszy poranny samolot do Warszawy. Potem znów próbowałam dodzwonić się do Zbyszka. Ale bez powodzenia. O dwunastej wyszłam na lunch, nikomu nic nie mówiąc. W kantynie w centrum handlowym natknęłam się na kilku znajomych. Gdy ich pozdrawiałam, wzrok uciekał im gdzieś w bok. Stałam się popularna, ale nie o takiej sławie marzyłam.

O czternastej znów zadzwonił Roger, wciąż był w Nowym Yorku. Regularność z jaką do mnie telefonował, oznaczała, że jeżeli chcę być bogata, do końca życia będę zmuszona odbierać jego telefony o piątej rano. Piątej rano strefy czasowej w jakiej akurat rezydował. No cóż, czego się nie robi dla rodziny.

O siedemnastej trzydzieści wróciłam do domu. Pod drzwiami przypomniałam sobie, że nie mam klucza i zupełnie wyleciało mi z głowy, żeby zadzwonić do ślusarza.

Poszłam na Rue de Rive wprost do warsztatu. O dziwo, mimo piątku, facet jeszcze nie zamknął interesu i zgodził się natychmiast interweniować.

Podczas gdy ślusarz zmieniał mi zamki, obdzwoniłam przyjaciółki. Wymówiły się. Twierdziły, że mają już plany na wieczór. Dopiero Cincia, ta nigdy nie potrafiła utrzymać języka za zębami, wyznała mi, że boi się ze mną widywać. Nie chce rozgłosu, bo mogłaby stracić pracę. Podobnie jak reszta dziewczyn z paczki. Już i tak kilku klientów z miasteczka wiedząc, że się przyjaźnimy wypytywało ją o te zdjęcia. Podziękowałam Cincii za szczerość. A ona obiecała się ze mną skontaktować w bliżej nieokreślonej przyszłości. Straciłam przyjaciółki. Jeszcze tydzień temu nie sądziłam, że moje życie się tak potoczy. Właściwie tydzień temu w ogóle nie zastanawiałam się nad tym jak przeżyję resztę życia.

Utknęłam w stanie zawieszenia między obowiązkami domowymi, towarzyskimi, a pracą, która przestała mnie satysfakcjonować, a na dodatek nie przynosiła pieniędzy. Wracałam do domu, do wiszących na mnie dzieci i wiecznie niezadowolonego męża, z którym toczyłam boje o każdy drobiazg. W co ubrać lub nie ubierać Adasia, o to że słodycze szkodzą, że węglowodany nas zabiją i żeby przynajmniej nie karmić nimi dzieci, o plamy po kawie na kuchennym blacie i brudne kubki, porozstawiane w całym domu, które tylko ja znosiłam do zmywarki. Miałam też grono znajomych, bo za wszelką cenę chciałam być lubiana. Zapraszaliśmy różnych nieciekawych typów na kolacje, oni się rewanżowali, potem znów padało na nas. Znaliśmy pół Petit Ville i na wymuszonych imprezkach trawiliśmy tygodnie, miesiące i lata. No i telefony podtrzymujące relacje z dziewczynami, które z braku czasu widywałam raz na pół roku i już chyba tylko z przyzwyczajenia wciąż nazywałam przyjaciółkami. Marnowałam czas, czas, który powinnam poświęcić sobie. Moje życie rozbijało się o nic nie znaczące detale. I nagle dzięki tym przypadkowym zdjęciom stałam się wolna. Wolna od bezsensownych towarzyskich zobowiązań… Ale co gorsza zdaje się, że również stanu wolnego.

Musiałam odzyskać Zbyszka, a najważniejsze – sprowadzić do domu dzieci.

Przyniosłam sobie z piwnicy butelkę czerwonego wina i otworzyłam ją. Napełniłam lampkę i usiadłam na tarasie.

Sąsiedzi urządzali u siebie grilla. Tym razem nikt nie zaprosił mnie spontanicznie abym się przyłączyła do imprezki. A ja po raz pierwszy poczułam ulgę, że nie muszę się stroić, robić makijażu, aby kilka godzin spędzić na nic nie znaczących rozmowach przeważnie o ludziach, których nie znałam.

Przeczytałam kilka stron książki, ale nie bardzo mogłam się skupić. Syn sąsiadów zaczął właśnie przesypywać piasek z piaskownicy na nasz wypielęgnowany trawnik. Obrzuciłam go gniewnym spojrzeniem i pogroziłam palcem, a on z płaczem pobiegł do matki. Postanowiłam, że w nadchodzącym tygodniu wezwę ogrodników i każę obsadzić granice naszego ogrodu żywopłotem. Dzięki temu będziemy mieć więcej prywatności. Nikt już nigdy nie będzie łaził po moim trawniku zaglądał mi w okna, ani chrzcił piaskiem mojej trawy. Dopiłam lampkę wina i wróciłam do domu. Zdziwiła mnie zmiana jaka we mnie zaszła. Nagle brak prywatności wywoływał u mnie wręcz fizyczny ból.

O dwudziestej pierwszej zadzwoniłam do Alego. W nagłym impulsie postanowiłam podziękować mu za to, że tyle razy wybawił mnie z kłopotów.

Zaprosił mnie do siebie. Obiecał przysłać po mnie samochód.

Godzinę później stewardesa/pielęgniarka, a teraz osobista asystentka, w garsonce od Luis Vuitton, tej samej, którą mierzyła Dolores, przywitała mnie w drzwiach apartamentu Alego, mieszczącego się w pięknej kamienicy tuż przy Ogrodzie Anielskim. Pokonałyśmy długi hall z podłogą wyłożoną złotym marmurem i kryształowymi żyrandolami w kolorach tęczy zwisającymi z wysokiego białego stropu. Zostałam zaproszona do sypialni Alego. Weszłam z bijącym sercem, takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Nie chciałam zostać kochanicą Alego. Choć był cudownym opiekuńczym facetem i zrobiłabym dla niego prawie wszystko, nie zamierzałam lądować z nim w łóżku. Kochałam Zbyszka. To się nie mogło tak skończyć! Nie tak!

Złote kotary zasłaniały okna. Na środku gigantycznego pokoju znajdowało się okrągłe łoże wielkości lądowiska dla helikopterów. Satynowa pościel odbijała kolor zasłon. W rogu pokoju stała równie wielka wanna. Obok parawan ze złocistej tkaniny naćwiekowanej kolorowymi kamieniami. Wyglądały na szlachetne.

– Tutaj – słaby głos Alego dobiegł zza moich pleców.

Odwróciłam się. Sypialnia łączyła się z innym pokojem. Wyglądał jak biuro. Naprzeciwko ogromnego ciężkiego biurka szkliły się ekrany, a na nich zmieniające się wykresy cen. Dopiero po przekroczeniu progu dostrzegłam Alego. Tu zasłony też były zaciągnięte, a w błękitnej poświacie monitorów, Ali wyglądał jak zombi, które dopiero co powstało z grobu. Podeszłam bliżej. Siedział zapadnięty w ogromnym fotelu. Jego twarz była wychudzona, jakby przez dwa dni ubyło mu połowę wagi. Włosy sterczały na wszystkie strony, ale wydawały się okropnie przerzedzone. Zbliżyłam się, dopiero z tej odległości dostrzegłam rurkę prowadzącą od igły wbitej w ramię Alego do kroplówki przymocowanej na niskim stojaku po drugiej stronie fotela.

Jesteś chory? – zapytałam, jakby odpowiedź przecząca mogła tu cokolwiek zmienić.

Nie odezwał się, tylko głębiej zapadł w fotelu.

Złapałam go za drugą wolną rękę i delikatnie trzymałam w dłoni jego zimne palce. W ciszy minęła co najmniej godzina, ale żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Tak jak za każdym razem, kiedy się spotykaliśmy. To była dobra cisza.

Ali stopniowo odpływał w sen. Zanim zasnął, razem z pielęgniarką pomogłyśmy mu położyć się na łóżku. Usiadłam obok w wielkim fotelu. Znów złapałam go za zimną dłoń.

Obudziłam się po kilku godzinach. Spojrzałam na zegarek – wybiła północ. Skończył się ostatni dzień mojej wolności. Sięgnęłam po dłoń Alego, ale nie wyczuwałam już jego pulsu.

Ali odszedł tamtej nocy.

Nie pamiętam jak i kiedy wróciłam do domu po bilety lotnicze i paszport. Całą drogę na lotnisko przepłakałam. Łzy lały mi się po policzkach, gdy przekraczałam odprawę bagażową i wsiadałam do samolotu. Przepłakałam lot i jazdę taksówką do domu teściowej.

Łzy wyschły na widok dzieci. Nie wiem, tego też nie pamiętam, jak szarpiąc się z teściową, udało mi się spakować moje maleństwa, a potem zabrałam je na lotnisko i razem pokonaliśmy powrotną trasę z Warszawy do Genewy. Wtulone we mnie dzieci przespały całą podróż. Zabrałam je na kolację do Ping Shenga, chińskiej restauracji na Placu Bel Air. Zbyszek ją uwielbia. Tak bardzo mi go brakuje. Potem Adaś i Sisi posłusznie poszli do własnych łóżeczek.

Jest północ, Zbyszek wciąż nie odpowiada na moje telefony. Wreszcie odbierze. Będę próbować do skutku. Kocham go… No i nie chcę być tak samotna jak Ali.

6 myśli nt. „Odzyskana wolność”

  1. Przeczytałam jednym tchem .Muszę przyznać że jesteś coraz lepsza w tym co robisz.Mam nadzieje że tak wredna” teściowa „to nie ja.Pisz dalej i wcale nie przejmuj się wydawcami a na pewno i tak Cie niedługo dojrzą i Ty wtedy będziesz ich wybierała.Pozdrawiam

    1. Mamo,

      Dziękuję. Cieszę się, że się spodobało. Ta teściowa jest wymyślona od początku do końca i nie ma nic wspólnego z postaciami z reala:D Musiałam wystawić bohaterkę na próbę, a „zła teściowa” jest tak oklepanym wrogiem, że czytelnik to łyka i nieczego nie trzeba mu już tłumaczyć. Postaci, podkreślam, nie mają nic wspólnego z moją rzeczywistością. Natomiast strach o dziecko jest już całkiem realny i tej paranoi nie zamierzam się wypierać.
      Buziaki.
      Kasia

  2. Jestem z Ciebie bardzo dumna. Widzialam komentarz tesciowej I chyba ma racje. Idzie ci coraz lepiej. Opowiadanie bardzo realne. Bardzo. Az sie chce ta biedna babke przytulic. Chce sie wpierdolic tesciowej. Maz mieczak I dupek. Akcja wartka i czlowiek sie nie nudzi wypatrujac konca.

  3. Nie mam zbyt wiele czasu. Ale proponuję zabawę. Poprawiam pierwszy akapit… i jeszcze jeden ze środka (wybrany losowo), oczywiście zgodnie ze swoim uznaniem (czyli mocno subiektywnie).
    No to jedziemy.

    Torebka, przez jedną głupią torebkę, wszystko się zmieniło (po co rozwlekasz?; przykuj uwagę czytelnika, tym bardziej, że to początek!).
    Cały ranek nie mogłam usiedzieć w miejscu. Z jednej strony czułam wdzięczność do teściów, że zechcieli wziąć dzieci na pierwszy tydzień wakacji, z drugiej już po dwóch godzinach od chwili kiedy opuściły dom, zaczęła zżerać mnie tęsknota. Brakowało mi wesołego jazgotu i salw śmiechu (znowu niepotrzebnie rozwlekanie). Tymczasem, aby zabić czas i zająć czymś umysł robiłam wszystko, aby zatrzeć ślady ich obecności w salonie i w kuchni (interpunkcja!)

    Torebka.
    Przez jedną głupią torebkę wszystko się zmieniło.
    Cały ranek nie mogłam usiedzieć na miejscu. Z jednej strony czułam wdzięczność do teściów, że wzięli dzieci na pierwszy tydzień wakacji, z drugiej już po dwóch godzinach samotności zaczęła zżerać mnie tęsknota. Brakowało mi ich śmiechu, ich wesołych krzyków. Standard. Tymczasem, aby zabić czas i zająć czymś umysł, robiłam wszystko, aby zatrzeć ślady ich obecności w salonie i w kuchni.
    ……………………………………..
    Dopiero potem miałam zamiar skorzystać z wakacji (szanuj słowa). Tymczasem byłam kłębkiem nerwów (byłam, byłam, byłam). Głośny ryk dzwonka w mojej komórce przedarł się przez dźwięki wydawane przez telewizor (szanuj słowa!). Okryłam się ręcznikiem i zbiegłam do kuchni. Na wyświetlaczu pojawiło się imię mojego męża. Spojrzałam na kuchenny zegar. Mieli wylądować dopiero za pół godziny! Drżącą ręką odebrałam połączenie, znów spojrzałam na zegar, może się zatrzymał, bo skończyła się (skończyła?) bateria (masło maślane). Ale nie, dokładnie w tamtej chwili długa wskazówka wskoczyła na kolejną kreskę na tarczy. Co więc…?

    Dopiero potem zamierzałam skorzystać z wolnego. Tymczasem przypominałam kłębek nerwów. Głośny ryk telefonu (po jaką cholerę nastawiłam tak krzykliwy dzwonek?) przedarł się przez dźwięki wydawane przez telewizor. Otuliłam się ręcznikiem i zbiegłam do kuchni. Wzięłam do ręki komórkę. Wyświetlacz wypluwał jedno jedyne słowo: Andrzej. Mąż. Spojrzałam na kuchenny zegar. Mieli wylądować dopiero za pół godziny! Odebrałam połączenie. Znów spojrzałam na zegar… Co jest, do diabła? Może się zatrzymał, bo zdechła bateria? Nie, dokładnie w chwili, gdy wzywałam Lucyfera, wskazówka przeskoczyła z miejsca na miejsce. Co więc…?

    Improwizacja. Subiektywna. Ale dzięki niej widzisz, że niemal każde zdanie można zmienić. Czy na lepsze? Nie wiem, w mojej ocenie tak. Kilka błędów jest oczywistych, inne zmiany to tylko sugestia.
    Tyle ode mnie.
    Znikam, bo roboty mnóstwo.
    Pozdro.

    1. Zodiaku,

      Świetne! Jestem wdzięczna za podpowiedzi. Pojęłam o co chodzi!:D Super! Dziękuję za pomoc i za czas. Jutro przerobię całość. Jej, wciąć coś przekładam na jutro… Żyję w jakimś przerażającym niedoczasie, a przede mną tyle roboty… Zastanawiam się czasem czy mi życia wystarczy na napisanie tego wymarzonego bestsellera;D

      Pozdrawiam ciepło:D
      Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *