O tym jak sześć miesięcy rozciągnęło się w szesnaście.

Steven King pisze w swoim poradniku „On writing”, że pisanie jest rzeczą ludzką, a poprawianie boską.

Nie mogę nie zgodzić się z moim Mistrzem, choć mi już pisanie sprawiało nie ludzką, ale boską przyjemność.

Minęło pół roku i gdy sądziłam, że napisałam książkę, okazało się, że to dopiero początek. Porwałam się na ten projekt z entuzjazmem dziecka. No, zapytaj któregoś kilkulatka czy umie rysować? Każdy powie ci, że tak. Ja też byłam pewna, że umiem. Dopiero później zobaczyłam, jak marne było to moje pisanie.

Na początku najważniejsze było to, że robiłam postęp. Pisałam średnio pięć godzin dziennie. A efekt był taki, że to co napisałam w drugim miesiącu, było dwa razy lepsze od tego co stworzyłam w pierwszym. Leciało arytmetycznie. Dlatego szacowałam, że za sześć miesięcy moje umiejętności będą jedenaście razy większe niż na początku. Wszystko jest kwestią wprawy. Naprawdę w to wierzę i nigdy nie dałam się nabrać na te bajki o talencie, że niby bez niego ani rusz. Moim zdaniem wszystko można wytrenować, tak jak mięśnie nóg. A mózg to to tylko kolejny mięsień, wmawiam sobie każdego dnia, gdy zabieram się do pracy.

Wreszcie po sześciu miesiącach po raz pierwszy wydrukowałam moje dzieło. Wyglądało imponująco – 150 stron A4 leżało przede mną na stole w jadalni, który przemianowałam na moje biuro.

Z góry zakładałam, że praca nie jest ukończona, jednak wierzyłam, że zaledwie kilka poprawek dzieli mnie od spełnienia marzeń.

Dopiero lektura wydrukowanego dzieła, dała mi pełen obraz sytuacji. Było fatalnie, do bani, ja nie umiałam pisać! Gdyby ktoś to zobaczył, skompromitowałabym się na całego – tempo nierówne, pourywane i niedokończone myśli, bohaterowie jak stado klonów bez twarzy. Jak to się stało? Na czym ja jechałam przez ostatnie pół roku? Kto podsypywał do mojego jedzenia extazy?

W pierwszym odruchu, chciałam podrzeć te kartki, zapomnieć i nigdy już do tego nie wracać. Ale uwierz mi, nie da się podrzeć takiej ilości papieru naraz, nie da się tego zgnieść, ani zjeść. Poskładałam więc na stosik moje stracone pół roku. Długo gapiłam się w sufit, aż wreszcie podjęłam decyzję.

Nie poddam się. Dowiem się jak to poprawić i spełnię moje marzenie. Napiszę tę książkę i wrócę wśród żywych.

W końcu było też coś, co udało mi się już w pierwszej wersji – klimat, w którym toczyła się aukcja, oddałam bez zarzutu, no, i miałam scenariusz dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Musiałam pociągnąć to dalej.

A w czym ty czujesz się mocna? Pisz, proszę, w komentarzach.

O tym jak cięłam, wyrzucałam i nie było mi żal w następnym wpisie.

2 myśli nt. „O tym jak sześć miesięcy rozciągnęło się w szesnaście.”

  1. Wprawa? Może i tak, ale bez tej iskry bożej nic nie zdziałasz (oczywiście nie twierdzę, że jej nie masz). Talent to może 5% sukcesu, reszta to praca, ale bez tego 5% można być tylko zwykłym wyrobnikiem, jak… np. Andrzej Pilipiuk (co nie przeszkadza mu sprzedawać wielu książek rocznie). Jeżeli książka jest naprawdę zła, to nie warto do niej wracać. Czasami lepiej usiąść do czegoś nowego i teraz pisać z perspektywy doświadczenia.
    Pozdrawiam i życzę wytrwałości 🙂

    1. Nie wiem, czy ktoś bez promila, choćby, tej iskry miałby cierpliwość siedzieć przed monitorem godzinami i snuć wizje. No chyba, że dużo mu za to płacą, więc się spina. I za takich pracowitych uparciuchów trzymam kciuki.
      Ale pasji nie da się kupić jak paczki makaronu, a gdzie jest pasja tam i talent;D Tak sądze:D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *