Nowa pierwsza scena Kochanka

 

„Można żyć na dwa sposoby, jakby cuda nie istniały i jakby wszystko było cudem.”

Albert Einstein

1

Wpadłam do mieszkania, płaszcz, który zdjęłam z siebie już w windzie, żeby zaoszczędzić czas rzuciłam na kanapę. Powinnam się przebrać, ale w sukienkach od Anki czułam się jak Pałac Kultury owinięty w szal boa. Byłam wysoka, już samo to sprawiało, że ludzie spoglądali na mnie z tym dziwnym wyrazem twarzy, w którym odczytywałam zdumienie, jakby i im cisnęło się pytanie, które padało z ust moich szkolnych kolegów: „Kinga, a buty gdzie kupujesz w sklepie dla transwestytów?”. W pierwszym odruchu chciałam się tłumaczyć, że moje stopy nieproporcjonalnie małe, noszę czterdziestkę. To tłumaczenie się przed każdym i ze wszystkiego, stało się częścią mojego nowego ja, kompleksy z czasów szkolnych znów ożyły, jakby pożywką dla nich stała się samotność.

Po co ja właściwie wróciłam do domu? Powinnam czekać na niego na Placu Teatralnym, tak się umówiliśmy. Miał podjechać o szóstej trzydzieści na parking pod teatrem i czekać w złotym samochodzie. Ojcze, matko i babciu, w złotym samochodzie, toż to prawie jakby zajechał po mnie karocą.

Rozglądałam się bezradnie po pokoiku z kuchnią, który wynajęłam po rozstaniu z Tomkiem i nie mogłam przypomni sobie, co mnie tam przygnało. Opanuj się, powtarzałam sobie w myślach, to nic wielkiego, tylko randka, jeżeli ci się nie spodoba, podziękujesz i wyjdziesz. Masz dwadzieścia osiem lat, za sobą nieudany związek, ale nie ty jedyna. Nie musisz się nigdzie spieszyć, zegar biologiczny długo jeszcze nie zacznie dla ciebie tykać. Cholera, kiedy ja ostatnio byłam na randce, czy kiedykolwiek w życiu byłam na tej pierwszej randce. Tomek był moim profesorem, w trakcie wykładów i ćwiczeń, a potem pisania magisterki powoli, zupełnie naturalnie zawiązywała się między nami nić porozumienia. Świetnie rokowałam, pod namową Tomka postanowiłam zostać na uniwersytecie. Obiecał, że mi pomoże. Nasze spotkania przy kawie, to nie były randki tylko dyskusje o magii cyfr, konferencjach i badaczach światowej sławy. Cieszyliśmy się swobodą jaką dawało nam akademickie życia. Studiowanie sprawiało nam radość, każde nowe zagadnienie rodziło zainteresowanie kolejnym.

Przy Tomku nie musiałam się na nic silić, pociągały nas te same tematy, wrzały w nas podobne ambicje mieliśmy identyczne plany naukowe, w dodatku byliśmy tego samego wzrostu.

Kiedy Tomek zaproponował żebyśmy zamieszkali razem, zgodziłam się niemalże automatycznie. Tak oto zaczęliśmy jeszcze dzielić ze sobą łóżko. Aż pewnego dnia, obudziłam się rano, w głowie miałam zamęt, w ustach suchość, typowe objawy kaca, choć stroniłam od alkoholu i spoglądając na nasze zasypane papierzyskami biurko stwierdziłam, że duszę się w tym związku.

Boże, za chwilę miałam randkę, powinnam otworzyć się na nowe, tymczasem ja rozpamiętywałam moją porażkę. Po co ja wróciłam do domu? Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze, czarne kozaki, czarna torebka, kostium w kolorze khaki, biała bluzka blada cera, jasne włosy spięte w ciasny kok na karku. Czy spodobam się jakiemukolwiek mężczyźnie? Gdybym się trochę wysiliła, podkreśliła oczy albo usta? Tylko czy warto stroić się w pióra, udawać kogoś, kim się nie jest? A co jeżeli zadziała między nami chemia i zobaczy mnie bez makijażu, czy nie zwieje przede mną gdzie pieprz rośnie?

Wpadłam do łazienki i sięgnęłam po fiolkę Channel pięć, spryskałam nadgarstki i rozsmarowałam sobie zapach za uszami. Czerwoną pomadkę dostałam od siostry, Anka na siłę próbowała zrobić ze mnie ponętną kobietę. Odkręciłam sztyft i wymalowałam usta. Czerwone paskudztwo rozmazało się poza linię warg, wyglądałam jak tania dziwka. Usłyszałam dzwonek, to alarm, który nastawiłam w komórce, aby zdążyć wrócić na czas. Wytarłam usta w papier toaletowy i przypomniałam sobie, że Anka radziła najpierw użyć konturówki, obrysować nią usta, dopiero potem kłaść kolor. Nieważne, na wszystko było już za późno. Sięgnęłam po telefon, wyłączyłam alarm, złapałam płaszcz i dziesięć minut później wbiegłam na Plac Teatralny. Właśnie miałam wejść na pasy prowadzące na parking przed teatrem, kiedy pod wpływem impulsu spojrzałam w stronę Senatorskiej.

Tuż przed wejściem do banku, zaparkowany w poprzek szerokiego chodnika stał ogromny złoty samochód z przyciemnianymi szybami i migał czerwonymi żarówkami awaryjnych świateł.

Boże, jakie to ostentacyjne! Jeżeli, któraś z plotkar z mojego działu zobaczy jak wsiadam do tego auta, nie obędzie się bez komentarzy i złośliwych uwag.

Pomachałam do kierowcy i zbliżyłam się do auta, na tablicy rejestracyjnej zamiast kombinacji liter i cyfr widniał napis „Big Boss”, jeszcze i to! Zza kierownicy wyskoczył Zbyszek, wnuk mojej koleżanki z boksu, pani Zdzisławy, dwudziestopięciolatek w typie włoskiego amanta z burzą brązowych włosów, ubrany w trzyczęściowy beżowy garnitur i czarną koszulę, dzięki Bogu chociaż za to. Skinął głową na przywitanie, otaksował mnie wzrokiem i podszedł do bagażnika. Zadrżałam na myśl, że może przebił oponę i przyjdzie nam zmieniać koło na oczach wścibskich bab z mojego wydziału. Po chwili trzasnął klapą, podszedł do mnie największym bukietem białych róż i wręczył mi je łodyżkami do góry.

Uciekać! Uciekać natychmiast! Uciekać jak najdalej stąd!

Drzwi do banku otworzyły się. Usłyszałam przenikliwy śmiech, brzmiał jak wycie hieny, to moja szefowa z fryzurą a’la Ewa Minge, wciśnięta w jedną z wersji swoich ulubionych małych czarnych, panna pod pięćdziesiątkę desperacko szukała męża. Czy ja też tak skończę? Otworzyłam drzwiczki po stronie pasażera, zanim Zbyszek zdążył do nich podejść i wślizgnęłam się na fotel. Kolana sięgały mi brody, róże uczepiły się kolcami moich spodni. Powinnam cofnąć fotel, ale tym zamierzałam zająć się za chwilę. Zatrzasnęłam za sobą drzwi. W samą porę, szefowa ukazała się w drzwiach uczepiona ramienia vice prezesa. Pochyliłam się udając, że gmeram w torebce, aby nie mogła mnie rozpoznać.

Na Żurawiej jest sympatyczna kawiarenka i miałbyś gdzie zaparkować — wyszłam z inicjatywą.

Gdy ruszyliśmy z miejsca, Zbyszek zaczął baśniową opowieść o swojej babce, pani Zdzisławie, mojej koleżance z boksu, to ona przekonała mnie, że powinnam zacząć się z kimś spotykać. Nie miałam pojęcia, że Zdzisława czternaście razy zdobyła tytuł mistrzyni świata w tańcu flamenco, a po niej pałeczkę przejęła jej córka, a następnie wnuk. Cała rodzina obracała się w tanecznych kręgach. Znała wszystkich z branży, Zbyszek opowiadał anegdoty z życia Agustino Egurroli i innych telewizyjnych sław. Zanotowałam w pamięci, żeby przestudiować życiorysy polskich gwiazd, aby nie musieć zdawać pytań, które zdumiewały światowca Zbyszka.

Im dłużej mówił, tym jego głos stawał się bardziej płaski, pozbawiony emocji, jakby nie było już nic, co mogłoby go w życiu zdziwić. Powinno mi to dać do myślenia, podobnie jak tabliczka z napisem Wołomin, którą właśnie minęliśmy, ale nie dało.