Jak odzyskiwałam narrację

2015-08-28 17.29.42

Od kilku miesięcy pod obecność rodziny, żeby pisać zamykam się w „szafie”, tj. niewielkiej garderobie. Tylko tutaj mogę cieszyć się ciszą. 

Postanowiłam znów sczytać moją powieść, bo gdzieś trakcie wakacyjnej przerwy zagubiła się moja narracja. Zalatuje teraz mieszanką Kapuścińskiego, Lema i Janga, których przypominałam sobie w ostatnim tygodniu.

Czytam, próbując wczuć się we własną narrację, aż tu nagle słyszę drapanie w futrynę. To nasz nowy trzymiesięczny kocik zapragnął towarzystwa.

Kot włazi na klawiaturę, zdejmuję go. Akapit później znów jest na klawiaturze. Zachowuję plik i pędzę zbierać po kątach lokówki, wałki do włosów, którymi uwielbia bawić się kocik. Wracam z dwunastoma. Jedenaście chowam z widoku, jedną rzucam kotu. Karmel zeskakuje z klawiatury. Stronę później miauczy, dając znać, że zgubił lokówkę. Rzucam następną, akapit później, zaalarmowana znów ciskam wałkiem.

Przy stronie dwudziestej stwierdzam, że stworzyłam całkiem udana scenę, to rzadkie dla mnie spostrzeżenie i notuję, żeby na razie nie ruszać. Kot znów wrzeszczy. Macam, ale nie mam więcej lokówek! Rzucam długopis.

Staram się nie oddychać i nie poruszać, żeby nie zwracać uwagi kocika. Strona trzydziesta, pies, bohaterka wyprowadza psa, tylko że nie mogła go wyprowadzić, bo jeszcze nie posiadła psa. Coś namieszałam, odkręcam, rzucam kolejne długopisy.

Kocik wskakuje na mój fotel i próbuje wcisnąć się za moje plecy. Przesuwam się robiąc mu miejsce. Kot rozpycha się coraz bardziej, a ja przesuwam cztery litery, żeby było mu wygodniej. W efekcie znajduję się na skraju fotela. Nie dla mnie na dłuższą metę, lordoza znów każe mi za to zapłacić… Jeszcze tylko dziewięćdziesiąt stron.

Obiecałam kobiecie, która powierzyła mi kocika, że nigdy nie będzie sam, więc staram się dotrzymać słowa.

Kot sapie i szturcha. Oddaje się toalecie. Strona siedemdziesiąta. Kot rzuca się na dekoracyjne guziki na plecach mojej bluzki. Im bardziej go przeganiam, z tym większą furią wraca i wpija się w bluzkę i w moją skórę!

Tego już za wiele!

– Nie dam Ci żreć, bestio – odgrażam się. – To opadniesz z sił. – Podbijam stawkę. 

Wystawiam kocika za drzwi. Zamykam. Przez kilka chwil drapie we framugę, wreszcie rezygnuje.

Trzydzieści stron później odzyskałam narrację, ale zwichrowany od siedzenia na skraju fotela kręgosłup pali żywym ogniem.

Wstaję i idę do kuchni, kocik siedzi przy lodówce.

Nakładam mu porcję gotowanego kurczaka.

Do napisania;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *