Nasza czterdziesta wigilia.

Tak bardzo oddaliliśmy się od siebie, że nie moglibyśmy spędzić Świąt sam na sam. Choć żadne z nas nie mówiło o tym głośno, staliśmy się dwojgiem obcych ludzi mieszkających pod jednym dachem. Aby wypełnić pustkę zaprosiliśmy gości. Im więcej, tym lepiej. Byleby uniknąć kłopotliwej ciszy.

Gdyby nagrać wigilię i puścić film od końca, oto co byś zobaczył:

Dawno niewidziany stary sąsiad, który ma na karku osiemdziesiąt lat i na co dzień z trudem się porusza, pchnięty przez naszą choinkę, która cudem powstaje z dywanu, podnosi się do pionu. Dlatego ten numer z wstawaniem odtwarzam dwa razy. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

Tymczasem porozbijane bombki składają się w całość i z powrotem wskakują na drzewko. Wyrwana z gniazdka wtyczka ożywa i wciska się do kontaktu. Kolorowe żaróweczki zapalają się i oświetlają drzewko.

Goście zasiadają do stołu. W milczeniu wyjmują jedzenie z ust i odkładają na talerze. Noże scalają kawałeczki foie gras w plastry. A widelce odkładają konfitury z daktyli na zgrabne kopczyki. Okruchy chleba cynamonowego z podłogi wracają na stół, pokonując prawo grawitacji. Szklane skorupy przyciągają się i powstaje kieliszek, który wskakuje na stół, równocześnie napełniając się winem.

Pijana w sztok młoda żona starego sąsiada, mimo że chwilę wcześniej poślizgnęła się na schodach i skręciła kostkę, przestaje wrzeszczeć z bólu. Wstaje z kolan. Szczupła blondynka w złotej sukni zatacza szerokie kręgi biodrami i z lekkością tancerki tyłem pokonuje stopnie. W ten sam sposób wraca do stołu.

Goście podnoszą się z krzeseł. Odkładają serwetki, które samoczynnie składają się w idealne stożki. Następnie tyłem podchodzą do kominka. W ich dłoniach pojawiają się kieliszki z winem. Trunku przybywa, ilekroć goście przykładają do ust brzegi kryształów. Przechwałki o jachtach i podróżach cichną i przechodzą w wymuszone pogawędki o pogodzie. Płomienie w kominku zasysają się i stopniowo gasną, a drewna robi się więcej. Mój mąż za pomocą zapalniczki i rozpałki ostatecznie gasi płomień.

Głosy cichną. Goście lustrują się wzrokiem w poszukiwaniu tematów do rozmowy. Wina w kieliszkach gwałtownie przybywa. Dawno niewidziany sąsiad zaczyna wylewać żale. Zdanie na filmie puszczonym w normalnej kolejności brzmiałoby tak:
— Ździro, przestań kręcić tyłkiem!

Jego żona, adresatka żali, podnosi głowę. Jej twarz jest mokra i zaczerwieniona od płaczu. Na zbliżeniu widać, że łzy z powrotem wlewają się do oczu. Zasysają się także smugi rozmazanego makijażu. Wreszcie i po nich nie ma śladu.

Gęba pijaka rozluźnia się z każdym ujęciem. Przy okazji też blednie. Oczy przestają błyszczeć, gdy zwraca się do łysego typa o wydatnym brzuszku. Kiedyś miałam z nim romans. John odkrył naszą tajemnicę i wyzbył się resztek skrupułów. Gdybym wiedziała, jak drogo zapłacę za chwilę zapomnienia, jeszcze tamtego grudniowego wieczoru wskoczyłabym w rwący nurt Rodanu.

Pusta lampka byłego kochanka cudownie napełnia się winem. Trunek ma barwę rubinową, a w krysztale odbijają się światełka choinki.

Dialog odbywa się wspak, ale pamiętam go dosłownie:
— Ta dziwka puszcza się na lewo i na prawo.
— Daj spokój.
— Puszczę ją z torbami… Słyszysz, dziwko! — ostatnią kwestię pijak wykrzykuje. Jego głos brzmi wyraźniej niż kilka ujęć wcześniej.

Pijak robi zamach. Zapada cisza, którą poprzedził głośny trzask. Spoglądam na męża. Czyjaś dłoń odrywa się od wykrzywionej bólem twarzy. Za sprawą dotyku zaczerwieniony policzek Johna blednie, a usta rozciągają się w uśmiechu. Pojawia się coraz więcej białych zębów, a w kącikach ust dołeczki. Poznaję potężną rękę, której magiczny dotyk przywrócił dobry humor Johnowi. Należy do naszego byłego sąsiada. John ma teraz romans z jego żoną?!

Tymczasem krok blondynki z każdą chwilą robi się mniej chwiejny. Idąc przez salon tyłem, niby przypadkiem, ociera się o ramię Johna. Podchodzi do brunetki, która wcześniej na długo zniknęła w naszej łazience. Czerwony nos brunetki jest opuchnięty. Kobiety wymieniają się informacjami na temat projektantów wnętrz. Zamierzają „przewietrzyć” domy przed nadejściem wiosny. Chciałabym przyłączyć się do rozmowy, ale nazwiska dizajnerów nic mi nie mówią. Podobnie zagubiona czuję się teraz, kiedy słyszę te nazwiska wymieniane wspak.

Przez kolejne klatki wino wystrzeliwuje z lampek i strumieniem wlewa się do dziewięciu butelek. Nie roniąc przy tym ani kropli. Czyjaś dłoń, korkociągiem, zatyka butelki. Gdyby pociągnąć film o winie dalej, zobaczyłbyś, jak ktoś odtyka butelki za pomocą maszyny do wciskania korków, a wino wypełnia dębowe beczki. Z beczek trafia do młynka, w którym szypułki łączą się z owocami, a winogronowa miazga zamienia w jędrne owoce. Świeże grona trafiają na stół do sortowania, a stamtąd do koszy zbieraczy. Zbieracze, dźwigając na ramionach ciężkie kosze, pracowicie rozwieszają grona na krzakach. Używają do tego nożyków o haczykowatych ostrzach. Dojrzałe grona zamieniają się w niedojrzałe, a następnie w kwiaty. Pszczoły odkładają pyłek na kwiaty i wracają do uli. Kilka ujęć później kwiaty zamykają się w pąki, wreszcie i one znikają. Liście na krzakach pomniejszają się i przybierają jaskrawozielony kolor.

Z winnic okalających Chateau le Rosey w szwajcarskim Bursins wróćmy z kamerą na imprezę. Goście tyłem wycofują się z salonu. Rozmazane makijaże obu pań z każdym ujęciem stają się nieskazitelne. Krawaty panów zawiązują się, a marynarki zapinają na guziki. Stojąc w drzwiach oddaję im podarunki i kwiaty. Żegnam się cmokając gości w policzki. Blondynka ma na sobie białe futro, na twarzy coś na kształt bolesnego uśmiechu. W jej mięśniach krąży tyle botoksu, że przestały słuchać właścicielki. Przeszły w stan spoczynku właściwy zabalsamowanej mumii. Na twarzy brunetki pojawia się uśmiech, gdy gładzi pod włos swoje srebrne szynszyle. Jej gruby mąż traktuje ją jak powietrze. Sięgając z rozmachem po kapelusz odrywa łokieć od jej spuchniętego nosa. Obrzmienie cudownie znika, a krew wraca do nozdrzy.

Zostajemy sami. Czytam książkę, przewracając strony wspak, podczas gdy mąż patrzy w komputer. John znów obiecywał, że pójdzie na terapię. Zdradza mnie, ze wszystkim co się napatoczy, a nawet gorzej, ze wszystkim co ma dupę i cycki. Wiem co chciałby powiedzieć: że wyglądam świetnie i jestem królową stylu. Nasze oczy na chwilę spotykają się, otwieram drzwi, tyłem idę do korytarza, słyszę dzwonek.
Firma cateringowa zbiera ze stołu tace z nietkniętym jedzeniem. Im bliżej potrawy są wózka, tym więcej unosi się nad nimi pary. Wreszcie para zasysa się do metalowych pojemników. Chuderlawy Portugalczyk, bez wysiłku, pcha wózek w stronę drzwi. Porusza się przy tym tyłem.

Spoglądam na SMS-a: „!ąjcalok z eicjakezc ein , ynałowdo tol ,inahcoK„.
Wiadomość znika.

Ubrani w płaszcze podnosimy walizki. Tyłem, przedzieramy się przez wirujące w powietrzu tumany śniegu,stąpając po wcześniej odbitych w puchu własnych śladach idziemy do taksówki. Wyglądamy jak cyrkowi akrobaci. Śnieg odrywa się od naszych ramion i wzlatuje w górę. Napierający na mnie tuman cofa się. Porwana przez wiatr czapka ląduje na mojej głowie. Za szybami śnieg prószy coraz słabiej. Rozwidnia się. Pojedyncze płatki śniegu wracają tam, skąd przybyły. Drogę na lotnisko pokonujemy tyłem. Dzisiaj wszyscy Szwajcarzy postanowili poruszać się po autostradzie na wstecznym biegu.

W hali odlotów wpadamy na dwie pary dawno niewidzianych znajomych, z którymi wolelibyśmy się nigdy nie spotkać. Dzięki małżeństwu dzieci stali się rodziną. Nasz były sąsiad jest szary ze zmęczenia. Wygląda jakby stał nad grobem. Zwłaszcza w kontraście ze zdumiewającą urodą o połowę młodszej blondynki, odnosi się wrażenie, że dla starego już nie ma ratunku. Gruby łysol, którego od dwóch dekad staram się unikać, jest wciąż w towarzystwie tej samej wychudzonej brunetki, którą czterdzieści lat wcześniej pojął za żonę i poprzysiągł ignorować do grobowej deski. Brunetka wyrywa dłoń z mojego uścisku i zadziera sukienkę, która wygląda na wersję trochę tylko dłuższej cekinowej bluzki. Zdaje się, że jej właścicielka zapomniała nałożyć spódnicy. Cekiny zahaczają się o koronkowe wykończenie pończoch. Oczom zgromadzonych ukazują się czarne satynowe stringi.

Oddajemy im pieniądze, które dopiero co wręczyli nam w ramach składki na wigilijną imprezkę. Domawiamy szczegóły wieczornego spotkania. Są tak nieistotne, że nie zamierzam ich przytaczać. Znajomi, których wolelibyśmy nigdy nie spotkać, przysiadają na skraju ławki w lotniskowej poczekalni. Ze smutnymi minami informują nas, że zostaną w domach na święta. Ich loty przełożono na czas bliżej nieokreślony, zapewne zostaną odwołane. Bardzo im współczujemy. My też nie chcielibyśmy spędzać świąt z dala od dzieci.

W kolejnym ujęciu znajdujemy się na pokładzie samolotu. Idziemy tyłem. Twarz męża bordowieje, gdy ten sięga po bagaż do schowka nad siedzeniem. Gdy go zdejmuje, blednie. Pilot miękkim głosem, jakby informował o narodzinach dziecka, prosi nas o opuszczenie pokładu. Dzisiejsze loty zostały odwołane z powodu śnieżycy szalejącej nad Europą. Oczami wyobraźni widzę uśmiechnięte buźki wnucząt, gładzę po włosach moją córcię i wdycham zapach jej świeżo umytych włosów. Chciałabym już być w Warszawie. Żałuję, że pomogliśmy dzieciom wrócić ze Szwajcarii do Polski. Powinniśmy odmówić pożyczki. Zostaliby.

Teraz dzieli nas długi dystans, a ja nie przestaję tęsknić. Gdybym mogła cofnąć czas jak film, zrobiłabym to.
Kładę głowę na zagłówku. Nie pamiętam, kiedy ostatnio opierałam ją o ramię męża, a on głaskał mnie po policzku. Przestałam się łudzić, że to się kiedyś zmieni. Pociąg fizyczny wygasł jak ogień w kominku. „Wkrótce będziemy z dziećmi i wnukami” mówię i przymykam powieki.

Tak bardzo oddaliliśmy się od siebie, że nie wyobrażam sobie, abyśmy mogli spędzić Święta sam na sam.

6 myśli nt. „Nasza czterdziesta wigilia.”

  1. Dziękuję!:D A ten pierwszy akapit nie zgrzyta? Dopisałam go w sobotę, żeby zapętlić historie. Jeszcze się nie odleżał, a ja w ych emocjach już w ogóle nie kumam;D
    Pozdrawiam.
    Kasia

    PS. Wieczorem wrzucę drugie konkursowe opowiadanie. Chwilowo leżakuje.

    1. Witaj!:D

      Dziękuję! Mówisz? Bo ja już sama nie wiem.Totalnie zgłupiałam. Może jeszcze ma czas się odleżeć, nie wiem, kiedy nas zebookują, mam nadzieję, że do tego czasu doznam przebłysku.
      Cieszę się, że jesteś!:D
      Pozdrawiam.
      Kasia

      1. Moim zdaniem lepsze, bo bez pierwszego akapitu czytelnik nie wie o co chodzi i czego ma się spodziewać. W ten sposób budujesz napięcie. Dodając pierwszy akapit dajesz mu od razu „kawę na ławę”. Choć faktycznie pachnie miłą klamerką, ale moim zdaniem zbędną. Pozdro. Ironia K.

  2. Ironio,

    Myślę jeszcze nad innym rozwiązaniem. Ale już mi dzisiaj mózg zaparował…
    Coś podrzucę w niedzielę. Taki jakiś bardziej otwarty pierwszy akapit, z bardziej zawoalowaną podpowiedzią klamry.
    Zastanowię się nad tym, ale już jutro. Na dzisiaj mam dość.
    Dobrej nocy:D
    Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *