Misja Mars – gotowiec na Grafomanię

– Musisz zająć się dystrybucją na Marsie – powiedział mój szef.

– Jako to na Marsie? – wychrypiałam, bo gardło ścisnęło mi się z przerażenia, a do gardła zaczęły dołączać moje nogi ręce i cała zaczęłam drżeć jak osika, aż musiałam głośno przełknąć ślinę, bo zrobiło mi się naprawdę słabo.

– Pojedziesz, czy jak wolisz wyteleportujesz się na Marsa i dasz się zdobyć nowemu rynkowi – drążył.

Mój korpus zrobił się wiotki jakby zamienił się w kłębek waty, a w głowie zawirowało, więc opadła mi ona na oparcie krzesła i już o niczym nie myślałam, bo strach przed zielonymi ludzikami i Marsem, wyłączył moje myśli, więc trwałam w stanie skrajnego otępienia. Jakbym była żywa i martwa jednocześnie.

Długo tak jeszcze trwałam na tym twardym krześle, zrobionym z drewna, z siedziskiem wypchanym zwiotczałą gąbką, obitą błękitnym materiałem w białe zygzaki i gapiłam się na pomalowany na niebiesko sufit, a konkretnie na brudną od kurzu żarówkę, z której zwisały trzy pajęczyny, wkręconą w  białą nasadkę zawieszoną na czarnym kablu. Zastanawiałam się dlaczego nasadka była biała, a kabel czarny, jak yin i yang.

Sol później

Znalazłam się w moim pokoju hotelowym, który był bardzo mały i nie miał okna. Po obu stronach stało po jednym łóżku o szerokości pół metra, przykrytym grubym śpiworem w kolorze niebieskim z żółtą podszewką i położonej na niej żółtej poduszce. Otworzyłam drzwi bardzo wąskiej szafy i włosy stanęły mi na głowie dęba na widok tego, co tam zobaczyłam.

W szafie stał człowiek w grubym kosmicznym kombinezonie w kolorze piasku i w kasku, który wyglądał jak ogromna szklana żarówka z rękami w rękawicach, a nogami w moonbutach. Nie jestem praktykująca, ale na wszelki wypadek przeżegnałam się prawą ręką, a lewą ręką narysowałam w powietrzu gwiazdę Dawida.

– Co pan tu robi? – wyjęczałam, kiedy już udało mi się przestać się bać.

Facet nie odezwał się, a ja poczułam się zignorowana, więc zrobiłam krok w tył, złapałam prawą ręką moją czerwoną walizkę zrobioną z twardego plastiku, którą wcześniej położyłam na łóżku po prawej, żeby się rozpakować. Uniosłam ją do góry, nad moją głowę, zamachnęłam się i walnęłam faceta w sam czubek kasku. Facet zachwiał się najpierw w prawo, a następnie w lewo, ręce mu zafalowały, nogi się pod nim ugięły i zaczął się osuwać całym ciałem, aż upadł prosto pod moje stopy.

Punkt dla mnie, pomyślałam i poszłam do łazienki, bo już od początku całej tej wyprawy strasznie chciało mi się sikać. Pierwsza zasada teleportacji brzmiała, że trzeba do niej przystąpić z pełnym pęcherzem, wtedy potwornie splątane cząsteczki z Ziemi lepiej się dogadują ze swoimi splątanymi koleżankami z Marsa i splątanie jest bardziej potworne, a co za tym idzie efektywniejsze. To na skutek zwiększonego ciśnienia osmotycznego komórek, które szybciej prześlizgują się z planety na planetę i nic z nich nie ubywa, bo są ze sobą sklejone mikroglobulinkami wody.

– O cholera! – zaklęłam siarczyście.

Podbiegłam do walizki, moje sukienki, co z moimi sukienkami, zapomniałam je zmoczyć!

Suwakiem otworzyłam zamek walizki i wyjęłam ze środka żółtą jedwabną sukienkę, w której było mi bardzo dobrze, bo podkreślała moją oliwkową karnację i wyłuskiwała połysk z moich brązowych włosów wijących się z głowy jak węże, kończące się nad rozłożystymi pośladkami.

Wyjęłam sukienkę, rozłożyłam ją plackiem na łóżku i zaczęłam się jej przyglądać, bo cała była w maleńkich dziurach, jak sitko, jak moskitiera, jak welon panny młodej, jak nieodleżały szwajcarski ser, jakby wyżarło ją stado moli.

Załamana wślizgnęłam się do śpiwora, klaszcząc w obie dłonie zgasiłam światło i poszłam spać z facetem leżącym na mojej podłodze.

Dwa sole później

Obudziłam się w diabelskich ciemnościach, nie wiedziałam, gdzie wcześniej było prawo, a gdzie lewo, nie wiedziałam gdzie jestem, ani po co jestem i dlaczego. Znów byłam martwa i żywa jednocześnie.

Chociaż życie we mnie musiało jednak przeważać, bo telepało mną z zimna, w ustach miałam jakby błoto, a język kleił się do tego błota. A ilekroć otwierałam usta, język zasysał się do górnego podniebienia i wydawał odgłos: klak, klak, klak! A od tego monotonnie powtarzanego klak, zrobiło mi się niedobrze aż do zemdlenia i aż do mdłości. Tak potwornie chciało mi się pić

Chciałam uwolnić się ze śpiwora, ale nie mogłam znaleźć suwaka od zamka, i nie wiedziałam już nawet, czy był tam wcześniej suwak i zamek, taka ogarnęła mnie całą panika.

Więc zaczęłam wykluwać się z tego śpiwora, jak motyl z larwy, aż wyklułam się cała i usiadłam tyłkiem i nogami na zimnej betonowej podłodze w podziurawionej jak sitko koszuli nocnej i to mnie otrzeźwiło. Zaklaskałam obiema dłońmi i stała się jasność od jarzeniówek, które zalały dziennym światłem niewielki pokój bez okna.

Zapomniałam dodać, że wczorajsze światło w pokoju było nocne, to dlatego wzięłam skafander kosmonauty za intruza, który okazał się normalnym skafandrem na stanie pokoju, tak samo jak szlafroki w ziemskim Hiltonie.

Minęły dwie godziny, zanim udało mi się założyć skafander kosmonauty, nasadzić pod odpowiednim kątem kask w kształcie żarówki i skręcić kask z kombinezonem okrągłą obręczą zrobioną z tytanu, która żebym nie wiem jak się starała nie chciała wejść w wyznaczony dla niej tor na szyi kombinezonu. Udało mi się trafić w tor, gimnastykując się przed lustrem, wykręcając sobie głowę wokół osi i wyprężając ramiona jak Hudini uwalniający się z więzów na dnie oceanu.

Na koniec operacji byłam już tak spocona, że po uszczelnieniu się z kombinezonem kask zaszedł mi parę wodną i totalnie zaparował widzenie. Guzikiem umieszczonym po prawej stronie kombinezonu otworzyłam zawór i czekałam, aż przez nogawkę spodni para uwolni się ze mnie, a szyba odparuje i nabierze widoku.

Równocześnie, aby nie tracić czasu, dochodziła dziewiąta, a meeting miałam umówiony na dziewiątą trzydzieści, wyjęłam z pokrowca wózek dostosowany do marsjańskich nawierzchni i złożyłam go z piętnastu elementów, według załączonej instrukcji. Ruchy miałam spowolnione przez ten sztywny kombinezon, dłonie siermiężne, bo odłonione w parę kosmicznych rękawic, a para z potu wciąż przysłaniała mi widzenie, bo się jeszcze nie zdążyła ulotnić przez nogawkę spodni.

Mimo nielichych trudności udało mi się nasadzić na własnoręcznie złożony wózek gigantyczny karton, który nie zdążył jeszcze wyschnąć i wydawał się ważyć pół tony, od czego rozbolał mnie kręgosłup w części krzyżowej.

Pchając przed sobą wózek wyszłam z pokoju, pokonałam windą osiemnaście kondygnacji, minęłam hotelowe lobby i podeszłam do wielkich betonowych drzwi z gumowymi uszczelkami dookoła nich. Robotyczny odźwierny o ludzkiej sylwetce, ale o kocim pysku skłonił się na przywitanie, nacisną guzik na ścianie obok drzwi. Drzwi zadrżały, wydały z siebie przeciągłe zzzup, jeszcze jedno zzzup i trzecie i odemkły się przede mną w poprzek do góry.

Moim oczom ukazała się pustynia, pogrążona w tumanach wirującego piasku, czarne kontury budynków smutnie malowały się na horyzoncie, a tuż przed moim nosem przemknęło coś bardzo zielonego w dodatku tak szybko, że nie zdążyłam dostrzec jego ciała, a jedynie prędkość.

Kamyki większe, średnie i mniejsze wbijały się boleśnie w moje moonbuty, a wózek niestabilnie toczył się przede mną, ale udało nam się dojechać bezpiecznie we wcześniej przewidzianym czasie do wcześniej przewidzianego budynku, w którym mieściła się siedziba mojego potencjalnego przyszłego kontrahenta.

Na ścianie obok drzwi znajdował się taki sam guzik, jakim odźwierny otworzył mi drzwi od hotelu, dlatego na pewniaka wcisnęłam go, otwierając sobie drzwi do korporacji.

Drzwi zadrżały. Wydały przeciągłe zzzup i jeszcze dwa zzzupy i otwarły się przede mną poprzecznie w górę. Weszłam do przestronnego holu. Odczekałam, aż drzwi zamkną się, a kiedy się zamknęły, zaczęłam odkręcać obręcz przykręconą wokół mojej szyi, zdejmować kask i wyłuskiwać się z kombinezonu.

Przygładziłam wygniecioną posiatkowaną sukienkę, palcami zwichrzyłam przyprasowane do głowy kaskiem włosy. Przejrzałam się obliczem w kasku i aż mną zatrząsnęło, bo makijaż spłynął mi z oczu na policzki czarnymi wstążkami tuszu poznaczył twarz, jak u wodza plemienia Apaczów, a usta rozpłynęły się w krwistym wykrzywie. Nerwowo rozejrzałam się za toaletą, a wtedy poczułam koło siebie jakiś ruch i znów nie zobaczyłam ciała, tylko to, że jest w ruchu i aż wykrzyknęłam tak mnie to tym razem przeraziło, bo było obok.

A było to jakby stożkowate, choć zupełnie nieokreślone w kształcie, a to znikało, a to pojawiało się znowu, błyskając z siebie zieloną zorzą.

– Derekcja zaprasza do siebie – powiedział ruch bez ciała i pomknął przodem.

Kiedyś w Szczecinie, w Urzędzie Miejskim, widziałam słowo „derekcja”, które widniało na kartce przyklejonej do drzwi toalety, ale w boleśniejszym kontekście: „Toaleta nieczynna, bo jestem w derekcji.” Podpisano: Babcia K.  Mimo niegodnych pozazdroszczenia doświadczeń pęcherzowych słowo „derekcja” przywołało ciepłe wspomnienie moich narodzin w szpitalu wojskowym na Piotra Skargi, sporadycznych opadów śniegu, uczulenia na bransoletkę chińskiego elektronika, na skutek którego omal nie dokonałam żywota,  mojej wątpliwej jakości edukacji, choć po dwóch fakultetach  i pierwszego pocałunku po przegranej w butelkę, pocałunku cuchnącego cebulą i potem szesnastoletniego Andrzejka A. Nigdy więcej nie zakręciłam już butelką, aby przez resztę życia świadomie dokonywać wyborów miłosnych.

Zapomniałam więc o rozpapranym makijażu, schwyciłam pod prawą pachę kombinezon, a w lewej ręce trzymałam kask, równocześnie pchając wózek, poszłam za ruchem.

Weszłam do gabinetu, który okazał się bardzo duży, ze ścianami, podłogą i sufitem obitymi perskimi dywanami z Turcji.

– Co – odezwał się głos pozbawiony ciała – my – powiedział ten sam głos, ale tym razem z innego punktu pokoju – tu – znów ten sam głos i tym razem z prawa, choć wcześniej był po lewie – mamy? – Głos zasmyrał mnie w lewą stopę.

Aż się zachwiałam, chociaż siedziałam po turecku na tureckim dywanie, kiedy capnęło mnie w sam czubek głowy bezsensem mojej misji, na co głosom mój produkt skoro one i bez niego mają tyle energii?

Z drugiej strony coś mi mówiło, że powinnam myśleć pozytywnie, wtedy moje pozytywne myślenie udzieli się interlokutorowi i osiągnę skutek dokładnie taki, jaki zaplanowałam, a raczej zaplanował mój szef, czyli było nas więcej, wysyłający mnie w głąb systemu

planetarnego. Głośno powiedziałam:

– Mamy tu produkt szwajcarski, która dysponując dwudziestoma sześcioma kantonami w tym sześcioma połówkami kantonów oraz bezpośrednią demokracją, go wyprodukowała, który to produkt, jonizując wodę nabuzowanymi molekułami gwarantuje finał najwyższej jakości. Zapraszam na penetrację. – Ostatnie trzy słowa wymówiłam przymilnym tonem hostessy z targów samochodowych, celem podlizania się klientowi, jednocześnie wystraszyłam się, że moja posiatkowana sukienka i apaczowski makijaż nijak nie ryksztosowały z tonem hostessy, a wręcz mogły wywołać efekt fałszu.

W związku z czym wyjęłam z posiatkowanej torebki zwitek dowodów społecznych i wręczyłam je głosowi, co czyniąc rozprostowałam nogi, oparłam się dłońmi i podniosłam się z tureckiego siadu, a następnie na rękach i nogach w pozycji parterowej zaczęłam okraczać dywan, wypatrując gniazdek elektrycznych. Krok spojrzenie, wdech i kolejny krok i znów spojrzenie wdech, byleby nie zapomnieć o wdechach, żeby nie podupaść z omdlenia wywołanego szokiem w niewyeksplorowanej wcześniej sytuacji.

W ten sposób obeszłam cały pokój, a moje rozczarowanie nie miało granic, aż mi się zrobiło słabo i zaczęło we mnie latać motylami, bo gniazdka tam nie było.

– Nie macie tu gniazdek – wypowiedziałam się, nie ukrywając rozczarowania.

Aż tu nagle usłyszałam sapanie automatu, więc odwróciłam głowę do tyłu i zobaczyłam, że maszyna, z kablem wijącym się niczym wąż po tureckim dywanie i z niezatkniętą wtyczką, wypluwa z siebie napój równocześnie do dwóch pojemniczków różowego i niebieskiego.

W powietrzu zapachniało letnimi, jesiennymi, zimowymi i wiosennymi porankami, śpiewem ptaków i uśmiechem Georga Clooneya, a na skórze poczułam dotyk ciepłej wody lejącej się z natrysku, zapach mydła i miękkość mojego różowego szlafroka wykonanego z weluru, więc sięgnęłam po już napełniony pojemnik, przytknęłam do ust, przechyliłam i połknęłam jego zawartość, parząc sobie najpierw język, a następnie resztę wnętrzności.

A wtedy wokół mnie poczułam ruch, ruch bez ciała, wirował, ocierał się o moje stopy, o moje łydki, o moje uda, brzuch, ręce i pieścił mnie w ucho, a moja sukienka siatkowała się coraz bardziej, aż do swojego zniknięcia i zniknięcia moich żółtych majteczek i czarnego biustonosza. Ruch był na mnie, pode mną, dostawał się do mnie ustami, uszami, nosem i penetrował, drżąc we mnie.

– Och, och, och, och – krzyczałam, bo co było robić.

Ruch wprawił w ruch moje piersi, moje biodra, moje uda i palce u stóp, a włosy zalewały mi twarz, falując jak stado dzikich węży.

– Och, och, och!

Ruch ogrzewał moje ciało swoim ruchem. Wirowałam, ocierałam się o ściany, o podłogę i o sufit, szybciej i coraz szybciej, a moje włosy jak węże obijały się o podłogę, ściany i sufit, a piersi były raz na górze, raz na dole. Zwolnił obroty… nagle znów przyśpieszył i przewalił się po mnie walcem.

Trzy sole później

Wirowałam w szalonym tańcu, a ruch wypełniał mnie całą, a ja drżałam z rozkoszy, było mi raz ciepło, a raz gorąco, a wtedy on mnie uspakajał, po czym znów grzesznie głaskał mnie po brzuchu, po piersiach i znów był nade mną, pode mną i wokół mnie, równocześnie, we włosach w palcach rąk, w palcach stóp, w zgięciach łokci i kolan, a moje włosy wiły się jak węże, a łopatki ocierały się o miękki turecki dywan. W uszach grał mi śpiew ptaków, pluskająca z wodospadu woda, szum lawendy, zapach polnych maków. Ruch znów głaskał wnętrza moich ud, a ja w podporządkowaniu, unosiłam je w górę i w dół, w prawo i w lewo, równocześnie gładząc się lewą dłonią po lewym policzku, a paznokcie prawej dłoni wbijając w dywan.

Och, och, och!

 

Nieskończoność soli później

– Och, och, och!