Mamie się spodobało!

Seryjny fotograf - Katarzyna Sikora

Moja mama to najsurowszy z krytyków. W pierwszej mojej powieści nie podobały jej się zawiłe i za długie zdania. Uznała, że nie mam talentu, więc marnuję zarówno czas jak i energię.

Po takiej dawce „zachęty” nie pochwaliłam się, że poprawiłam tę pierwszą („strata czasu”) a teraz piszę kolejną powieść („jeszcze lepiej!”).

Ukrywanie przed mamą faktu, że pisanie zajmuje cały mój wolny czas nie było trudne. Nie dość, że nie zagląda do netu, to dzieli nas kilka międzynarodowych granic, a przez telefon łatwo zmienić temat. Jest ich zawsze cała masa.

Dopiero pytanie „czym jesteś taka zajęta” wprawiało mnie w zakłopotanie. Piszę, mówię i na tym kończę. Wolę nie przyznawać się, że pisanie pochłania każdą wolną chwilę, że czasem od gapienia się w monitor kręci mi się w głowie, a oczy bolą tak, że nie da się oglądać telewizji. Nie przyznaję się, że praca nad warsztatem, choć pasjonująca, bywa, że wysysa ze mnie wszystkie soki. Bo jak się nie ma talentu, to trzeba nad sobą pracować.

Niestety sprawa się rypła.

Mama przybyła z wizytą. Nie mógł ujść jej uwadze niewyplewiony ogród, niezałapane oczko na leginsach wnuczki, ani, tym bardziej, walające się po domu pliki zadrukowanych kartek.

W końcu poddała się. Dopadła poprawionego „Seryjnego fotografa”.

Przeczytała w dwa dni.

Podglądałam ją. Spodziewałam się tego co zwykle: „żyjesz mrzonkami, a przecież tylu pisarzy nie ma co włożyć do garnka, bo nikt już nie czyta… więc niby jakie ty masz szanse… marnujesz czas na te swoje WYMYSŁY i tyle…”

Wreszcie odłożyła na stosik ostatnią stronę seryjnego.

Wstała. Zdjęła okulary. Spojrzała na mnie badawczo. Odezwała się dopiero po dłuższej chwili. Przyznała, że „nie jest źle”, choć na początku postacie się mylą i nijak nie wiadomo kto jest kto….

Stwierdziła, że ponowna korekta pierwszych 28 stron załatwi sprawę. Wtedy już będę mogła odpocząć, w domyśle zająć się domem, zanim „zarośniemy” do reszty. Zapytała, czy nie planuję pisać kolejnej powieści, ale w pytaniu zabrakło znaku zapytania, za to mama uśmiechnęła się, jakby udało jej się wymyślić świetny żart. Odwzajemniłam uśmiech.

Dopiero na koniec oświadczyła, że jej się podobało! Że jednak mam talent;D

A jeżeli spodobało się mojej mamie…to co dopiero powiedzą inni?! Oj, jak dobrze pomarzyć!:D

Niby człowiek dorosły i samowystarczalny, a jednak chciałby, w chwilach zwątpienia zwłaszcza, mieć w tym szaleństwie odrobinę wsparcia ze strony najbliższych. Ciekawa jestem jak Twoja rodzina reaguje na Twoje „wymysły”;D Pisz, proszę, w komentarzach.

Do napisania.
Kasia

12 myśli nt. „Mamie się spodobało!”

  1. Kasiu, skoro wymagającej mamie się spodobało to teraz już musi chwycić:)!
    Moja rodzina na moje „wymysły” reaguje różnorako – tzn. wszyscy na tą moją książkę czekają, każdy nią pyta, ale mam takie wrażenie, że jak tylko wychodzę pukają się w czoło.
    Nikt nie traktuje mojego nowego zawodu do końca poważnie i to mnie chyba najbardziej uwiera.
    A od krytycyzmu mamy jeszcze bardziej nie lubię jej milczenia tzn. kiedy wysyłam jej opowiadanie i nie doczekuję się informacji zwrotnej.
    Inni bliscy też tak potrafią;)
    A chyba nic bardziej nie zabija zapału niż zupełny brak reakcji na nasze pisarskie dzieci.
    Pozdrawiam:)

    1. Asiu,

      Oj, mam nadzieję, że chwyci.

      Ciekawa jestem, jak to będzię, gdy moja córka dorośnie i postanowi zostać np kobietą gumą. W sumie, gdybym nie musiała do tego „dokładać”, mogłabym się temu przyglądać. Pewnie nawet i dopingować, a co mi tam!;D Czy zachowałabym spokój? Chyba tak. Jednyne co pewnie by mnie zaniepokoiło to ewentualne „wspomagacze”. Wtedy potrzeba by była interwencja.
      Dlatego ciągle nie rozumiem co komu szkodzi, nawet wbrew sobie, wysilić się na krytykę, ale konstruktywną. A jeżeli nie stać go przynajmniej na tyle, to chociaż nie uprzykrzać pasjonatowi życia;D

      Pozdrawiam
      Kasia

  2. de gustibus non disputandum est…. nic dodać nic ująć…
    Nie ma co wyciągać zbyt dalekosiężne wnioski dopóki się nie przeczyta. Mówią też na mieście, że nadzieja….

    Pozdrawiam
    M.

    1. Miachał,

      Racja, niby o gustach się nie dyskutuje, ale komplement, mojej krytycznie nastawionej rodzicielki, podniósł mnie na duchu.
      A co będzie dalej, się zobaczy. Póki co poprawiam, głownie tnę i to z energią, o jaką bym siebie wcześniej nie podejrzewała;D

      Pozdrawiam
      Kasia

      PS. Dziękuję za komentarz!

  3. Nie chcę cię martwić, ale z doświadczenia wiem, że nie jest dobrze wydawać coś co na łatkę naszego pierwszego Dzieła. Najlepiej napisać kilkanaście grubych powieści (to dopiero ćwiczenie!) i za kilka lat przypomnieć sobie te pierwsze. Wtedy przekonasz się czy to, co wyskrobałaś, było wartościowe. Najlepiej nieśpieszyć się z debiutem, bo jest tylko jeden, i jak go spalisz, to klapa.
    Taka moja rada 🙂

    1. Mors,

      Witaj!:D Mówiąc kilkanaście powieści, ile kontretnie masz na myśli jedenaście czy dziewiętnaście? Bo niby rada ma sens, bez warsztatu/doświadczenia nie ma kołaczy tylko skąd człowiek ma wiedzieć, że ta nasta, to już ta?
      A na jakim ty jesteś etapie, ile powieści masz już na koncie?

      Poazdrawiam.
      Kasia

  4. A ja się czaję jak czajnik… Mężowi mówię, że piszę powieści dla kucharek – „i cóżby mogły one cię interesować”. Nie tylko przed rodziną się nie ujawniam ze swoim pisarstwem. Jak dotąd, moją pisaninę przeczytały jedynie dwie osoby, które znam tylko internetowo. Opinie były przychylne. Jedną z tych osób Ty jesteś, Kasiu. 🙂 Nawet postanowienia, że będę na niedawno założonym blogu zamieszczać fragmenty, też nie realizuję. No czaję się! Sieroctwo ze mnie, prawda? Ale mam ciut przycięte skrzydła z powodu, że coś tam dwukrotnie wysłałam na konkurs i nie ja byłam nagrodzoną. Wiem, wiem, nie od razu Kraków… itd. Więc może ja rzeczywiście najpierw napiszę kilkanaście powieści, a potem się zobaczy? 😉

    1. Haniu,

      Czajnik, wypisz wymaluj.
      Jako jedna z nielicznych mogę zaświadczyć, że Twoje powieści są tak samo dla kucharek jak i innych grup zawodowych. Nie będę Cię przekonywać, żeby się nimi chwalić, bo to i tak wreszcie przyjdzie samo.
      Pochwal się tym blogiem!;D
      Na kilkanaście powieści, to moim zdaniem, życia szkoda, bo tak można do śmierci. Chcesz być drugim Norwidem, chcesz żeby Cię odkryli po śmierci? A bo to ko wie jak człowiek się będzie w trumnie prezentować… Chcesz takie zdjęcie na obwolucie? Nie lepiej teraz się kreować, jak człowiek silny i piękny i sporo od niego samego zależy?:D
      buziaki
      Kasia

  5. Kasiu,
    buziaki wzajemne.
    Żartowałam z tymi kilkunastoma powieściami „zanim co”. Chciałabym wiedzieć, czy Mors z tym tłumem GRUBYCH (!) dzieł żartował również. Toż Kraszewskim trzeba by być… 😉
    Mam nadzieję, że zostanę odkryta trochę wcześniej niż pośmiertnie. Ba! mam nadzieję, że się wreszcie sama zabiorę za ten „lans” 😉
    Tymczasem sekunduję Twojemu „Seryjnemu”!
    Pozdrawiam.

    1. Haniu,

      Nie dość, że Mors nie dał się sprowokować, to wpiściłaś mnie w maliny!;D
      Coś mi dzisiaj poczucie humoru siadło. Za to ja siedzę i przenoszę, upycham znaczy niepotrzebne szczegóły z pierwszych scen w sceny środkowe. Miałam tylko czytać, ale tu zwracam Morsowi honor, jak się człowiek oczyta ze swoimi dziełami, to już zaczyna czuć, co niepotrzebne i kreśli.

      To chyba temat a kolejny wpis… O tak oto wykreował się temacik;D

      Miłego wieczoru, Haniu i nie czekaj. Pora na lans!

      Kasia

  6. Rada kolegi wyżej kompletnie od czapy. Trzeba próbować z każdą powieścią, nawet pierwszą. Wydawca inwestuje w książkę swoje pieniądze, które obejrzy kilkanaście razy (może jedenaście, może dziewiętnaście), zanim zdecyduje się na druk. A sito w wydawnictwie jest tak gęste, że bubla nie wydadzą, nie ma na to szans.
    A czy książka zostanie dobrze przyjęta przez czytelników, to już inna broszka. Nigdy nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle coś chwyci. Niektóre powieści, mimo że słabe, zostają hiciorami, inne, dobre, giną w bagnie zapomnienia.
    Pozdro.

    1. Zodiaku,

      Przepraszam za zwłokę z odpowiedzią. Racja trzeba próbować. Tak mi się przynajmniej zdaje. Ale ciekawa jestem czy jeżeli próba będzie nieudana. A odrzucona przez wydawców powieść powiedzmy sobie „odleży się”, a autor (będąc już innym człowiekiem;D) po latach do niej wróci i ją skoryguje, to czy wydawca zechce ją jeszcze raz przeczytać? Co wtedy zrobić? Zmienić tytuł i znów próbować? Czy szczerze wyznać, że powieść została przepisana i zachęcić do czytania, bo to już inna inszość?
      Pozdrawiam
      Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *