Kroniki rodzinne. Wywiadówka.

Najpierw na szkolnej auli przez godzinę wysłuchuję przemowy dyrektora, a następnie walę pod klasę, żeby poznać nauczycielkę mojej córki.

Grupa rodziców zgromadziła się pod zamkniętymi drzwiami. Czekamy w ostrym świetle jarzeniówek, w ciszy trawiąc dyrektorskie rewelacje. Napięcie rośnie. Wyrywam się i podając rękę wszystkim kolejno przedstawiam się jako mama. Od kiedy urodziłam dziecię przestałam być sobą, stałam się bezimienną mamą Natalki.

Wyciągam dłoń do faceta wspartego na kulach. Po chwili dopiero dociera do mnie, że jak facet rymnie, będzie na mnie. Podchodzę bliżej i gładzę jego nadgarstek.

Nadejście nauczycielki budzi mnie z amoku. Nauczycielka staje w drzwiach i wyciąga do nas kolejno rękę, odwzajemniamy uścisk, przedstawiając się jako rodzice.

Zaglądamy pod blaty stolików, żeby stwierdzić czy siadamy na miejscach naszych dzieci. Tak nas wytrenowano. Podpisy na kajetach umieszczonych na półeczce pod ławką są tak niechlujnie nabazgrane, że tylko nieliczni szczęśliwcy identyfikują krzesełka swoich dzieci. Reszta poddaje się i siada gdzie popadnie.

Tu następuje przemowa nauczycielki. W odróżnieniu od tych mniej zdolnych, które trafiły na peron ogólny, nasze dzieci wsiadły do Intercity pędzącego do liceum. Rozglądamy się, uśmiechamy do siebie. Tak oto rodzi się prawdziwa wspólnota.

Czyjaś mama pyta dlaczego słowniki do niemieckiego przyszły tak późno i jakim cudem jej córka ma się nauczyć czterech stron słówek na czwartek.

Tu głos zabiera czyjś tata.

– Słowniki przyszły czternaście dni temu, dokładnie tyle wystarczy na nauczenie się takiej ilości materiału. – Dzieli czas wolny swojego dziecka przez minuty, a potem mnoży przez ilość słówek. Potęguje i całkuje przez czas własny poświęcony na odpytanie. Jak ocalić przed obłędem dzieciaka tego taty?!

Mama chwilowo skretyniałej córki, zaczyna się tłumaczyć:

– Ona była zawsze tak samodzielna…

– Czy państwa dzieci nie są przeładowane nauką? – Nauczycielka wchodzi w słowo rozgorączkowanej mamie.

Wszystkich nas boli, że mama pogrzebała swojego dzieciaka. W obawie o pogrążenie własnych nie odpowiadamy na prowokacyjne pytanie nauczycielki.

Zaprzyjaźniona mama Iksa, wymięta i zmęczona przebiera nogami pod biureczkiem. Już ubiegły rok, od którego zależała świetlista przyszłość naszych dzieci wszyscy odczuliśmy na własnych skórach. Mąż zarzucał mi wręcz, że zachowuję się jak klawisz w obozie pracy.

Mama Iksa coraz szybciej przebiera nogami. Idę jej na ratunek:

– Do odrobienia zadań z fizyki – mówię szczerze – zasiadamy całą rodziną. – Mama Iksa rozluźnia się. – Pomaga nam też astrofizyk z sąsiedztwa. – To przerysowanie dla podkreślenia efektu.

W istocie sąsiad jest fizykiem molekularnym, operuje na potęgach ujemnych, ale z dodatnimi też sobie świetnie poradził. Zapamiętuję, żeby kupić polisę ubezpieczeniową dzieciakowi – dobre wino dla sąsiada.

– Rozmawiałam z dziećmi nie czują się przeciążone. – Nauczycielka wycofuje się postawionej tezy i spogląda na zegarek.

Pakujemy nasze notatniki i żegnamy się z nauczycielką, podając dłoń przypominamy czyimi jesteśmy rodzicami.

Przez chwilę biję się z myślami, czy przedstawić się pozostałym nauczycielom mojej córki.

Stoją w holu pod słupami oznaczonymi symbolami klas, w których uczą. Przypomina mi ten obrazek scenę z targu niewolników.

Ostatecznie żegnam się wylewnie z rodzicami innych dzieci i wychodzę w noc. Dobiega dwudziesta pierwsza.

Dlaczego jak tak idiocieję na wywiadówkach? Wy też tak macie?

Do napisania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *