Już mam pierwsze recenzje:D

— Wyobraża sobie pani, że to ja będę naklejać za panią znaczki? — ryknęła pracownia poczty, kolejno kładąc na wadze identycznej wielkości.

Wydaje się, jakbym zaledwie wczoraj stała przy pocztowym okienku. Wciąż mam w ustach smak kleju z karnie wyślinionych znaczków i czuję ulgę po tym jak wreszcie przekazałam pani w okienku (wtedy już się uśmiechała) chyboczący się, wysoki na metr stos ciepłych jeszcze egzemplarzy „Rubinowej twierdzy”. Czas płynie nieubłaganie… A ja dostałam już dwie recenzje!

Serdecznie dziękuję za nie praktykom: Marcinowi Ciszewskiemu i Joannie Buczkowskiej. Nigdy jeszcze nie dostałam tylu cennych porad w pigułce. W dodatku w jednym punkcie obie opinie pokrywały się, a ja, no cóż, uznałam, że są uzasadnione, a zasugerowane mi zmiany absolutnie rewolucyjne i nieodzowne.

Chociaż, między Bogiem a prawdą, nie takich recenzji się spodziewałam;D Myślałam, że z powodzeniem mogę pochwalić się moją pierwszą powieścią, że dokonałam niemożliwego! W zamian, nie całkiem gotowa na cios, dostałam pięścią między oczy i mocno zmąciło mi się w głowie. Otumaniło mnie tego stopnia, że dwa razy czytałam pierwszą recenzję, nic z niej nie rozumiejąc. Chwilę trwało za nim wreszcie z uwagą przestudiowałam sugestie. Kilka dni później nadeszła kolejna opinia. Rewelacja!

W końcu wzięłam się w garść i zabrałam do pracy. Twarda ze mnie sztuka i trudno mnie zniechęcić;D
Na początek skupiłam się na sprawie, która okazała się moją największą bolączką. Wytknięto mi nieumiejętność pisania dialogów.

Albo mają charakter deklaratywny, czyli strony nie rozmawiają tylko informują się o tym o czym już wiedzą:

— […]… Dobrze chociaż, że jest Jean Baptiste.
— Tak, to dobry chłop. Jest znakomitym zarządcą.
— Zgadza się, jest pomocny.

Albo brzmią nienaturalnie, bo np. bohaterowie zwracają się do siebie zbyt sztucznie, lub ich sposób mówienia powinien być poprzedzony odpowiednim wprowadzeniem, którego u mnie zabrakło. Tu akurat mowa o języku, jakim posługuje się jeden z bohaterów:

— Witam panią. Co szanowną Doktorową do nas sprowadza?
— Miło mi pana widzieć, panie Schmidt — powiedziała, wyciągając do niego dłoń. — Mam do omówienia pewną delikatną kwestię.
— Zapraszam do gabinetu. Czy szanowna pani napije się ze mną herbaty?
— Tak, z przyjemnością.

Od kilku dni skupiam się więc na studiowaniu sztuki pisania żywych dialogów.

Od Joanny Buczkowskiej, dostałam świetną radę, z której na gorąco korzystam przy Seryjnym: „ Spróbuj może przeczytać je sobie na głos [dialogi] i wtedy zorientujesz, że brzmią nienaturalnie. Albo jeszcze lepiej przeczytaj je z kimś z podziałem na role. Czasami coś, co jest napisane, wydaje nam się w porządku, ale potem w czytaniu okazuje się, że jest niezręcznie. Ja jestem słuchowcem, więc te rozmowy słyszałam w głowie i wydały mi się trochę niezgrabne. Może, gdy Ty sama je usłyszysz, będziesz wiedziała, o co mi chodzi.”

Podglądam także zarekomendowanych mi mistrzów. Ostatnio pod kątem dialogów słucham wersji angielskiej „Mrocznej wieży”. Dialogi w drugim tomie są tak energetyczne i rzeczywiście, co mi się jeszcze nie udaje, wprawiają maszynerię fabuły w ruch tak gwałtowny, że trudno mi się oderwać od lektury. Nawet jak się wali i pali, czekam na koniec dialogu;D (A, lektor ma głos łudząco podobny do głosu Jacka Nicholsona, aż dreszcz przechodzi przy słuchaniu, interpretacja… full wypas!:D)

Kolejnym źródłem inspiracji jest dla mnie również ten blog:
http://poradnikpisania.wordpress.com/2012/02/08/jak-pisac-wartkie-dialogi/ oraz niezawodna: www.pasjapisania.pl.

A co do weny. No cóż wciąż paraliżuje mnie czekanie na kolejne opinie. Dlatego ciężko mi się skupić na tworzeniu „Seryjnego fotografa” (dzisiaj niecałe 1000 słów). Tymczasem Rubinowa leży odłogiem, zgodnie z mądrą poradą mojego pierwszego recenzenta, Marcina Ciszewskiego: „na debiutanta nikt nie czeka”.

Uparcie więc zajmuję się studiowaniem dialogów. Ups, z jednym wyjątkiem. Dzisiaj bardzo wcześnie rano uniknęłam wymiany zdań ze starym znajomym, a to przecież też powinnam była uwzględnić jako ćwiczenie. Tymczasem niezauważona (o tej porze wolę słuchać niż mówić) wzięłam nogi za pas i pobiegłam przed siebie z mp3-ką na uszach, wsłuchując się w wymianę zdań u Larskina;D

Pozdrawiam
Kasia Sikora

PS. Bardzo przepraszam tych, którzy nie dostali jeszcze mojej książki. Wyślę ją na pewno w połowie września, bo dopiero wtedy mój mąż będzie w Polsce i będzie mógł wysłać zdeponowane w jego biurze egzemplarze.

2 myśli nt. „Już mam pierwsze recenzje:D”

  1. Kasia,

    książkę otrzymałam to wiesz. Teraz dopiero ją czytam! Pierwszy rozdział – same plusy. Wciąga jak nie wiem co. Widzę, zę pozmieniałaś coś niecoś od tego, co znałam wcześniej. Kasia podziwiam za wyobraźnię: jak Ty to zrobiłaś – że tylu bohaterów, tyle przeszłości, tyle historii? No jak!? 🙂

    1. Olu,

      Dziękuję! Cieszy mnie Twoja pozytywna opinia. Jej, nie masz pojęcia jak bardzo! Tak, wiele pozmieniałam i chyba na tym nie poprzestanę. Myślę, że Rubinową czeka jeszcze tuning. Ale to dopiero nastąpi w grudniu.
      Muszę nabrać dystansu do tej powieści.
      A co do pomysłów.
      W sumie to one się pojawiają w trakcie. Kombinuję sobie, że każdy bohater coś tam nowego wnosi.Daje im się pojawić w scenie, każdemu kolejno. Jak już mam scenę dla każdego to dopisuję sequel. Na tym etapie postać już jest bardziej wyraźna, bo w sequelu staram się logicznie wytłumaczyć kolejną scenę z jej udziałem. W gruncie rzeczy pisanie sequelu jest najzabawniejsze. Siadam ci ja wypisuje stek bzdur, które mogłyby motywować dalsze czyny bohatera (żadnych poprawek jeszcze nie robię). Piszę bohaterowi kolejną scenę i już wiem mniej więcej z kim mam do czynienia. Potem dopasowuje reakcje w sequelach. Nie wszystko od razu gra. Czasem wracam do początku wydarzeń z udziałem np Adama, bo wyszedł na słabiaka, a to przecież główny bohater i go wzmacniam. To się nigdy nie kończy;D

      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *