Hotel pod skałą śmierci

2014-02-28 13.22.41

– Spójrz na góry. Ściana trzytysięczników pieści błękit nieba i do tego te skały… wyglądają jakby spadły z kosmosu – wyrecytował Mark. Widać trawka zaczęła działać.
Zamiast na snowboardach, wylądowaliśmy w łóżku. Kolację zjedliśmy w pokoju: ostrygi popiliśmy butelką szampana.
Leżałam wtulona w zagłębienie jego szyi i upajałam się chwilą. Miałam wrażenie, że po bardzo długiej podróży wróciłam do domu. Oblewała mnie błogość. Szeroka klatka piersiowa mojego męża unosiła się w rytm oddechu, a ja wraz z nią, nawet nasze serca zmówiły się i zgodnie wybijały rytm. Delikatnie odwrócił głowę i pocałował dolny płatek mojego ucha. Zrobiło mi się gorąco. Gdy pieścił wargami moje obojczyki i zsuwał się w kierunku piersi, wszystko się we mnie cieszyło nawet żołądek i wątroba. Miliardy neuronów doznawały spełnienia, gdy oddechem ogrzewał moje ciało, a pocałunkami głaskał skórę. Jego puls był we mnie i moglibyśmy tak zostać po wsze czasy.
– Mark, mój jedyny, kochany, aż śmierć nas nie rozłączy. Moja dusza uwolniła się z więzienia cielesnej powłoki i wzleciała na kosmiczne wyżyny rozkoszy – wyszeptałam i zdołałam powstrzymać się od śmiechu. Nieźle mnie poniosło, ale najwyraźniej Mark wziął to za dobrą monetę, bo przytulił mnie jeszcze mocniej. A ja chciałabym tak trwać w jego uścisku. Zwyczajnie trwać. Mieć dzieci, rano wychodzić do pracy, a wieczorem spotykać go przy kolacji. To pragnęłam mu wyznać, ale bałam się go spłoszyć. Powtarzał, że nie jest gotowy na rodzinę i po każdej rozmowie na ten temat, czułam jak się oddala.
Wtuleni w siebie jak dwie połówki jabłka zasnęliśmy.
Od upojnego dnia w ramionach Marka upłynęły siedemdziesiąt dwie godziny. Na dobre utknęłam w górskim hoteliku. Wyciągi nie działają, a zjazd na desce jest zbyt niebezpieczny. Nie wiem co z sobą począć? Nosi mnie, nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Zaczepiam innych hotelowych gości i wciągam w rozmowy, jednak wciąż czuję lęk, że ON może się pojawić. Znów stanie się niemożliwie zazdrosny i każe mi płacić za te chwile niewinnej przyjemności jaką sprawiają mi rozmowy z ludźmi, choćby o pogodzie. Od czterech dni sypie. Każdej doby przybywa metr śniegu. Jean, właściciel hotelu powtarza, żeby się nie martwić, bo świec i opału jest pod dostatkiem, również jedzenia wystarczy na kolejny tydzień. Tydzień? Zdaje się, że Jean nie śledził komunikatów. Z informacji, które zdobyłam wynika coś zupełnie innego, ale powiedziałam o tym Jean, nie wspomniałam o tym nikomu.
Moim światem stał się hotel i odśnieżony placyk przed głównym wejściem. Codziennie zmuszam się do przejścia trzech kółek po „spacerniaku”, który z dwóch stron zamykają ściany śniegu, a czwartą, tam gdzie zaczyna się przepaść, mgła. Jean prosi, żeby nie otwierać drzwi, bo pomieszczenia szybko się wychładzają. Szanujemy jego prośby, ale sytuacja i tak wymyka mu się spod kontroli. Został tylko z kucharką. Reszta personelu wyruszyła tuż przed nawałnicą. Ponoć zjechali w dół. Wątpię, żeby im się udało i dotarli tam żywi. Wiem o czym mówię, sama cudem uniknęłam śmierci.
Na kanapie po drugiej stronie lobby rozsiadły się dwie blondynki. Na głowach mają białe kowbojskie kapelusze, spod których spływają lśniące długie włosy. Kobiety mówią z teksańskim akcentem. Obie po powrocie do domu zamierzają wyjść za mąż. Są podniecone jak mała dziewczynki. Rozumiem ich emocje. Ślub był najpiękniejszym wydarzeniem w moi życiu. Mam wrażenie, że od tamtego dnia wiele się zmieniło, choć upłynęły dopiero cztery miesiące.
Nasz ślub odbył się latem. Na głowie miałam wianek, ubrałam skromną jedwabną sukienkę na ramiączkach. Byłam boso. Letnie słońce ogrzewało moje nagie ramiona, podczas gdy Mark w jasnym lnianym garniturze, którego materiał niebezpiecznie napinał się na szerokich barkach, ściskał mi dłoń.
– Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś – wyszeptał mi do ucha. – „Oswoić” znaczy stworzyć więzy – dodał.
– Kocham cię – tylko na taką ripostę miałam siłę. Każda cząsteczka mojego ciała drżała ze szczęścia.
Pastor zgodził się odprawić ceremonię w Central Parku. Po przysiędze całowaliśmy się, aż zabrakło nam tchu. W tamtej chwili cieszyła mnie nieobecność tatusia, przy nim nie czułabym się tak swobodnie. Wciąż poddawał mnie próbom, z jednej strony powinnam być twarda, bo tego wymagało prowadzenie „interesów”, a z drugiej traktował mnie jak małą dziewczynkę, choć od miesiąca byłam pełnoletnia. Obyło się też bez głupawych obiadków. Mark nie poinformował rodziców, bo przestaliby podsyłać mu kasę na studia. Przez tydzień miodowy wychodziliśmy z łóżka tylko po to, żeby w cukierni na rogu zjeść po porcji sernika i popić go kawą. Wspomnienie odpłynęło.
Głośny śmiech Amerykanek przywołał mnie do rzeczywistości. Rozejrzałam się po hotelowym lobby. Na kolanach miałam podręcznik filozofii, ale nie potrafiłam się skoncentrować na nauce, na niczym nie mogłam się już skupić. Spojrzałam na Tima, wydawał się przystojniejszy niż tamtego dnia, kiedy uratował mi życie. Podobnie jak Teksanki miał ze trzy dychy na karku, mógłby być moim dobrym wujkiem, ale niech mnie, było w nim coś przerażającego. Rozejrzał się nieprzytomnie, jakby wciąż rozważał medyczne zagwozdki. Nieświadomie dotknął mnie wzrokiem. Poczułam ucisk w skroniach. Tym razem Tim spojrzał na mnie, jakby próbował czytać w moich myślach. Chyba mu się udało, bo w czarnych oczach pojawiła się błysk. Uciekłam wzrokiem, choć może powinnam go zapytać co zobaczył?
Obecność Tima budziła we mnie lęk, już od pierwszego spotkania. Wpadliśmy na siebie w dniu, w którym zaczęła się śnieżyca. Akurat podniosłam się z kolan, gdy usłyszałam głosy Anglików, to była ekipa Tima – brytyjscy lekarze.
– Jesteś sama? – zapytał Tim.
– Tak – wyjąkałam, bo w sercu czułam taką pustkę, że chciałabym przestać oddychać.
– Ej, zostawił cię tu samą? W takich warunkach? – zmartwił się. Fakt, że ten obcy troszczył się o mnie, w jednej chwili doprowadził mnie do furii.
– Nie wszyscy faceci to brytyjscy dżentelmeni – odszczeknęłam się.
Nie ciągnął tematu.
Zjeżdżałam za Brytolami, podczas gdy biel zalewała dolinę. Mgła gęstniała. A każdy kto znalazł się w odległości metra wyglądał jak wielki czarny nietoperz. Miękka śniegowa pierzyna okrywająca stok puchła jak ciasto na pizzę. Deska grzęzła w śniegu, który sięgał już kolan. Choć tatuś twierdzi, że urodziłam się ze snowboardem przypiętym do miniaturowych bucików, spanikowałam. Tim przyznał mi rację i też postanowił wracać do hotelu. Było już tak biało, jakbyśmy znaleźli się w kance na mleko. Lunch podszedł mi do gardła. Błędnik zamienił się w „obłędnik”.
Oddzieliliśmy się od grupy, która zdecydowała się na zjazd do doliny i zmierzaliśmy na północ. Tyczki oznaczające szlaki rozpłynęły się we mgle. Wypadłam z trasy. Na oślep zsuwałam się po stromym zboczu. Zadziałał odruch. Wbiłam się kantem dechy w stromy uskok zbocza. Za plecami usłyszałam głuche skrzypienie śniegu. W ostatnim czasie wielokrotnie balansowałam na krawędzi, ale po raz pierwszy poczułam na ramieniu pomocną dłoń. Dłoń Tima.
– Graba! – wrzasnął. – Podaj mi rękę! – powtórzył, zanim mózg zdążył przetrawić pierwszą informację. Bokiem off-piste’u wróciliśmy na szlak. Byłam bezpieczna, a mimo to dopadło mnie przeświadczenie, że wolałabym umrzeć. Zrobiło mi się zimno, choć chwilę wcześniej wrzałam z gorąca. Znów przeniosłam się myślami do Nowego Yorku. W głowie zawibrował mi głos Marka:
– Gdzie byłaś?! – Oddech przyśpieszył. – Z tamtym też się gziłaś?
Miałam wrażenie, że wbił mi ostrze w sam środek serca. Powinnam wyjść, zatrzasnąć za sobą drzwi, ale nie chciałam. Spojrzałam w jego błękitne oczy, w tamtej chwili wydawały się zimne jak stal, i cofnęłam się o krok. Z tej odległości nie czułam już ciepła jego ciała, prawie tak jakbym go straciła, na myśl o tym ziemia zadrżała mi pod nogami. Zanim gardło zacisnęło się w niemym płaczu, wrzasnęłam:
– Jasne, z tamtym też… Ty jesteś chory, wiesz? To wykładowca. Miałam konsultacje… – urwałam i tak żadne tłumaczenie do niego nie docierało.
Tego wieczora znów napuścił na mnie jednego ze swoich kolesi. Chudy i długi jak tyczka, posępny gość ubrany w czarny dres snuł się za mną przez kilka dni udając prywatnego kapusia, ale i to nie wystarczyło Markowi. Pamiętam, że ilekroć Mark czekał na dowody mojej niewierności, mimo lata, marzłam. Podobnie jak w tamtej chwili na stoku, gdy śnieg oblepiał twarz i dostawał się za kołnierz kurtki. Otarłam gogle grubą rękawicą. Obok stał Tim.
– Kończę z tym! Słyszysz?! – wrzasnęłam i wyrwałam dłoń z uścisku Tima. Bez Marka i tak nie potrafiłabym żyć. Tim był szybki dogonił mnie i znów złapał za ramię.
– Uspokój się! – krzyknął i trzasnął mnie w twarz rękawiczką. Metalowa sprzączka podrapała mi policzek. Ale ból sprawił, że poczułam ulgę.
– Dowiozę cię do hotelu, a potem już zrobisz co zechcesz – dodał obojętnym tonem, co ostatecznie przywróciło mnie do rzeczywistości.
– Dwa tygodnie, daję sobie dwa tygodnie – wyszeptałam.
– Serio? A potem co? – jego pachnący miętą oddech owiał mi twarz. Nie wiem co się ze mną działo, ale miałam ochotę wpić się w jego usta, a on patrzył na mnie tym dziwnym wzrokiem, jakby czytał w moich myślach. Odwróciłam głowę.
Przemarznięci na kość, nie zawracając sobie nawet głowy rozpinaniem sztywnych butów, usiedliśmy przy barze. Zamówiliśmy po grzanym winie. Milczeliśmy. Tim nie należał do osób gadatliwych, a mnie pochłaniały myśli o Marku. Tęsknota odbierała mi dech. Na przemian robiło mi się zimno i gorąco. Z trudnością panowałam nad dygotaniem rąk, gdy po raz kolejny wybierałam numer ukochanego. Nie miałam złudzeń, że odbierze, jednak moje palce wciąż wciskały guzik z zieloną słuchawką. Może zdarzył się cud? W tamtej chwili wierzyłam, że to możliwe.
Trzy grzane wina i setkę nieodebranych połączeń później, poczułam się wykończona. Nie pamiętam nawet, czy pożegnałam się z Timem i jak znalazłam się w pokoju.
Gdy się obudziłam, poduszka Marka była zimna, a kołdra po jego stronie perfekcyjnie przykrywała łóżko. Nie wrócił!
Opłukałam twarz lodowatą wodą, ubrana w kaszmirowe spodnie od dresu i powyciągany sweter Marka zbiegam do recepcji. Jean spojrzał na mnie ze współczuciem, po czym zmienionym głosem oświadczył, że nie ma żadnych wieści „z dołu”. Po moim policzku potoczyła się łza.
– Śnieg wciąż pada i nie zapowiada się na zmianę pogody – dodał smutno.
Wróciłam do pokoju i odkręciłam prysznic, z którego popłynęła lodowata woda. Czekałam aż nabierze znośnej temperatury i znów utonęłam w myślach o Marku:
Tamtego dnia mieliśmy uczcić trzymiesięcznicę naszego małżeństwa. Mark czekał na mnie w szampańskim nastroju.
– Mam dla ciebie niespodziankę, chérie. Odśwież się, otworzę piwo.
Nie podobał mi się ten jego entuzjazm, ale wzięłam wyciągnięty do mnie kufel i poszłam do łazienki. Zanurzyłam się w gorącej wodzie i rozparłam się na zagłówku. Po długim dniu piwo stępiło moje zmysły. Usnęłam. Delikatny masaż karku wyrwał mnie z odrętwienia. Nigdy dotąd nie robił mi masaży, więc pozwoliłam, żeby kochane dłonie pieściły moją skórę. Gdy przestał, odwróciłam głowę i nadstawiłam usta do pocałunku. Ale to nie był on!
Mojej szyi dotykała ładna szatynka z burzą kręconych włosów zakrywających nagie drobne piersi. Mark stał w drzwiach z założonymi rękami. Gestem nakazał dziewczynie, żeby weszła do wanny. Tak długo wstrzymywałam oddech, że poczułam zawroty głowy. Zanurzyłam twarz w zimnej już wodzie i to mnie otrzeźwiło. Spojrzałam na Marka zdumiona, bo nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
– No, pokaż mi, dziwko, jak to jest? Co? – powiedział z uśmiechem.
– O czym ty… – w pierwszej chwili pomyślałam, że Mark przestał być zazdrosny, że nasz związek wskakuje na kolejny poziom abstrakcji, że więcej już nie udźwignę… – Chcesz trójkąta? – wyjąkałam.
– Nie mogę znieść myśli, że muszę się tobą dzielić… ale jeżeli masz to robić ukradkiem… to już wolę przy tym być… chcę na to patrzeć! – tym razem w jego czach pojawiły się łzy.
Moje ciało przeszedł zimny dreszcz. Serce wybijało tysiąc uderzeń na sekundę, a na skórze poczułam ukłucia tryliardów maleńkich igiełek. Do oczu cisnęły się łzy.
– Jesteś zdrowo popieprzony! – wykrzyknęłam. – Mam dość! – Wyskoczyłam z wanny. Ociekająca wodą wbiegłam do przedpokoju. Założyłam płaszcz i wzułam buty. Zabrałam torebkę i trzasnęłam drzwiami. Było mi zimno, gdy włóczyłam się bez celu ulicami miasta, a moje myśli wciąż krążyły wokół Marka. Chciałabym wpić się w jego słodkie usta i ogrzać ciepłem jego ciała. Kochałam go do bólu, bez niego nie miałabym siły oddychać. Tatuś powtarzał, że mi to przejdzie, że to szczeniackie zauroczenie, że wkrótce zapomnę… że znajdę w sobie siłę. Myśl o ojcu sprowadziła mnie na ziemię.
Wyszłam spod strugi lodowatej wody. Znów byłam w hotelu. Jean zaczął oszczędzać na ogrzewaniu. To nie był dobry znak.
Nie miałam apetytu, ale i tak zeszłam do pokoju śniadaniowego. Bałam się zostać sama. Przy wielkim stole dla piętnastoosobowej ekipy siedział Tim. Pochylony nad grubą księgą medyczną, o niezrozumiałym dla mnie tytule, pożerał omlet z serem i pieczarkami, który dopychał frytkami. Był tak pochłonięty jedzeniem i lekturą, że nie obdarzył mnie spojrzeniem.
Usiadłam przy sąsiednim stoliku. Zamówiłam kawę, tosty z masłem i konfitury. W oczekiwaniu na śniadanie, przejrzałam starą gazetę. Zapowiadali, że śnieg będzie padał tydzień. Ciąg dalszy już znałam. Czekały nas co najmniej dwa tygodnie śnieżycy.
Oderwałam głowę znad gazety i spojrzałam na tacę z jedzeniem, którą postawił przede mną Jean. Jedną z białych miseczek wypełniały konfitury wiśniowe. Umoczyłam w nich palec. Miały temperaturę ludzkiego ciała. Znów przeniosłam się do Nowego Jorku:
Przemarznięta do szpiku kości wróciłam do mieszkania. Miałam nadzieję, że Mark odprawił szatynkę i tym razem też pogodzimy się w łóżku. Otworzyłam drzwi i odniosłam wrażenie, że jakaś siła podcięła mi nogi w kolanach, wywróciłam się uderzając głową o framugę. Chwilę leżałam czekając na śmierć, podczas gdy z sypialni dobiegały odgłosy rozkoszy. Usłyszałam głos Marka. Wstrzymałam oddech. Mój mózg przewiercił jego kolejny jęk i jeszcze jeden. Zamarłam. Krtań zawęziła się, aż nie mogłam złapać tchu. Głowa bolała, po policzku spływała strużka ciepłej krwi, pomyślałam, że nie można upaść niżej. Że osiągnęłam stan podwójnego dna i całkowicie odebrało mi dech. Moją pierś przeszył nieziemski ból. Jakby nagle spuchło mi serce i chciało rozerwać żebra. Bolało. A im bardziej cierpiałam, tym większa wstępowała we mnie energia. Udało mi się zaczerpnąć powietrza w płuca. Podniosłam się, otarłam dłonią krew. Pobiegłam do kuchni. Chwyciłam największy nóż i ruszyłam w stronę sypialni. Zatrzymałam się pod drzwiami. Z mojej krtani wydobywała się dziwny charkot. Łzy cisnęły się do oczu, serce tłukło się w piersi. Z furią wbiłam nóż w drzwi sypialni i zawróciłam do garderoby. Sięgnęłam po walizkę i na oślep wrzucałam do niej ubrania Marka. Na koniec bezsilna osunęłam się na dywan i nie potrafiłam już powstrzymać głośnego płaczu. Nie wiem jak długo to trwało, w głowie miałam pustkę. Ktoś wszedł, więc odwróciłam głowę. Oparty o framugę stał Mark, w długim szlafroku i rękami skrzyżowanymi na piersiach, uśmiechał się do mnie białym uśmiechem.
– Głuptasie, no chodź tu do mnie.
Miałam wrażenie, że moja głowa znalazła się w imadle, a mózg zaczął wypływać uszami. A jednak wciąż nie mogłam uwolnić się od myśli, że każda komórka mojego ciała pragnie Marka. Podniosłam się z kolan. Zrobiłam krok w tył i znów wybuchnęłam płaczem.
– Boję się, że jej zapach na twojej skórze zabije naszą miłość – wyszeptałam i ogarnęło mnie uczucie bezdennej pustki. Oparłam się o ścinę, podczas gdy moim ciałem targały drgawki. Jedzenie podeszło mi do gardła, ale zmusiłam się do połknięcia kwaśnego ohydztwa. Nie chciałam, żeby zobaczył jak brudzę dywan i tarzam się w wymiocinach.
– Kobieta, która odmawia swojego ciała mężczyźnie przestała go kochać, wiesz?
– Staram się nie porzygać, a ty mnie osrywasz słowami?! – wykrzyknęłam chrapliwym głosem.
Tym razem coś we mnie pękło. Nie miałam już siły utrzymać treści żołądkowej. Nie chciałam nad sobą panować. Było mi wszystko jedno. Kątem oka spostrzegłam, jak z obrzydzeniem wykrzywił twarz, odwrócił głowę i wyszedł.
Chwilę później stąpając po moich wymiocinach wrócił, podniósł walizkę i znikną z mojego mieszkania. Zatrzasnął za sobą drzwi. Chciałam wyrzucić go także z serca, ale im mocniej próbowałam, tym bardziej umierałam z tęsknoty. Może gdyby nie żył?
Jednak czas mijał, a ja wciąż tęskniłam. Tatuś nie miał racji, czas nic nie zmienił. Rozejrzałam się po mrocznym pokoju śniadaniowym, w hotelu, który stał się moim więzieniem. Miałam przed sobą nietknięta tacę ze śniadaniem. Na widok konfitur zatrzęsło mną z obrzydzenia. Znów wróciły wspomnienia o Marku.
Gdy pewnego dnia wracałam z uczelni, natknęłam się na Marka w cukierni na kampusie. Jadł sernik i popijał kawą. Wypełniło mnie ciepło. Przywarłam głową do jego pleców i objęłam rękami kochane ramiona. Przytrzymał moje dłonie, a we mnie znów zapłonęło słońce. Żadne z nas nie odezwało się słowem. W strugach deszczu pobiegliśmy do mieszkania. Podarł na mnie ubrania. Przypomniałam sobie jego usta i umięśnione ramiona, wdychałam zapach skóry. Dygotałam, gdy patrzył na mnie zamglonymi z podniecenia oczami i pieścił językiem moje piersi. Przywarłam do niego całym ciałem i nie pozwoliłam się poruszyć. Nic nie musiał robić, byle by był. Ta bliskość sprawiła, że znalazłam się w błękitnym tunelu, widziałam gwiazdy, krew zawrzała w moich żyłach. Nad ranem czułam fizyczny ból, ale nie zwolniłam uścisku. Obejmowałam go z całych sił.
– Wiesz, ruchy frykcyjne są takie same, ale tylko z tobą jest mi dobrze… – ciągu dalszego nie słyszałam… nie chciałam go słyszeć, upijałam się rozkoszą tamtej chwili. Kochałam i nienawidziłam.
Następnego wieczora stwierdził, że powinniśmy gdzieś wyjechać, czekały nas dwa tygodnie przerwy semestralnej, a zmiana klimatu miała nam dobrze zrobić.
– Przez ten czas bylibyśmy zupełnie sami – zachęcał.
– No właśnie, a co potem? – pytanie zawisło w powietrzu.
Jeżeli nie mogłam go mieć na wyłączność, to lepiej, żeby nie miał go nikt.
Zadzwoniłam do tatusia, był wściekły, że znów jestem z „tym” Markiem, wyczułam to w jego milczeniu. Zawsze byliśmy sobie bliscy, musiał domyślić się co planuję. Mógłby nasłać na mnie swoich zbirów i zmusić do zostania w domu, mógłby zablokować konto, mógłby mnie powstrzymać na milion sposobów, ale nie zrobił nic. Wystawił mnie na kolejną próbę.
Dokładnie przestudiowałam prognozy pogody, aż znalazłam hotel we francuskich Alpach. Hotel pod Skałą Śmierci.
Mark bał się gór, wysokości i śniegu za kołnierzem, ale nigdy się do tego nie przyznał. Ani do tego, że nie radził sobie z deską. Wciąż wraca do mnie widok jego twarzy i pełne ufności oczy, gdy trzymałam go za dłonie, wiszącego nad przepaścią. Rozluźniłam uścisk, ale jego palce jeszcze mocniej zacisnęły się na moich. Czekałam. Z nieba spadały pierwsze płatki i wirowały w powietrzu. Z każdą chwilą powietrze gęstniało od śniegu. Mgła zalewała dolinę. Robiło się biało. Wciągnęłam powietrze w płuca, zbierałam siły, oparłam się na łokciach. Wyrywałam dłonie z uścisku Marka. Nie krzyczał, zupełnie opadł z sił. Za plecami usłyszałam skrzypienie śniegu pod deskami, a chwilę potem męskie głosy z wyraźnym brytyjskim akcentem.
– Jesteś sama? – zapytał Tim.
– Tak – wyjąkałam, bo w sercu czułam taką pustkę, że chciałabym przestać oddychać.

2 myśli nt. „Hotel pod skałą śmierci”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *