Dziecięca wyobraźnia

 

bluefire_400_attraktion_europa-park

Spotkania ze szwajcarskimi nauczycielami zapewne przypominają te w polskich szkołach, jedyną różnicę stanowi zaimprowizowany w rogu sali barek, na którym w świetle jarzeniówek iskrzą się butelki z winem w trzech kolorach, a tace z przekąskami wywołują ślinotok.

Jednak zanim rodzice zaczną bratać się przy trzech kolorach, muszą wysłuchać opowieści o sprawach organizacyjnych, o zamieszaniu wokół zakazu używania komórek w szkole i dotrzeć do punktu programu, który  interesuje ich najbardziej – pytań rodziców.

Rzecz rozbiła się głównie o lasek, który znajduje się na posesji szkoły. To zarośnięty starodrzewiem teren nad górskim strumyczkiem, przez który prowadzi niewielki mostek. Dzieci opowiadały rodzicom o niesamowitościach, które się tam zdarzają. Ktoś uratował zaginioną staruszkę, ktoś inny odnalazł rodzinny grobowiec albo natknął się na pająka, z opisu matki wynikało, że tarantula przy tym okazie to pluszowa zabawka. Czyżby, w ferworze codzienności  rodzice  zapomnieli czasy swojego dzieciństwa?

Nauczycielka uśmiechnęła się i wyjaśniła, że z każdej długiej przerwy dzieci wracają nabuzowane i zasypują ją opowieściami z tysiąca i jednej nocy. Poradziła, żeby nie brać tych opowieści za pewnik, bo one są tylko dowodem na żywą dziecięcą wyobraźnię.

Siedząc w ławce, na przymałym krzesełku, oślepiona jarzeniówkami przypomniałam sobie czasy, kiedy wraz z osiedlową bandą godzinami leżeliśmy ukryci za krzakami z widokiem na próbne boiska szczecińskiej Pogoni i czekaliśmy, aż cementowe płyty, którymi ogrodzony był teren, rozsuną się i wyleci stamtąd latający spodek.

Jak po każdym meczu Pogoni gnaliśmy na stadion i zbieraliśmy butelki po piwsku, a za kaucję kupowaliśmy w warzywniaku, sprowadzone z NRD puszkowane brzoskwinie w syropie. Potem wmawiałam ojcu, że to dary kościelne, nie omieszkałam przytoczyć fikcyjnego opisu wypełnionej smakołykami nieistniejącej kościelnej krypty. Tata wściekłby się za te wyprawy przez płot na cudze tereny. Z drugiej strony, jak teraz o tym pomyślę, tata mógł być nawet bardziej zdenerwowany, że księżom się przelewało, podczas gdy on musiał polować na reglamentowane jedzenie;)

Uwielbialiśmy się wspinać po drzewach, ale do czasu. Któregoś razu mały Marcin poślizgnął się i spadł z drzewa. Wystraszyłam się. Brat wpadł w histerię. Sądziłam, że złamał nos. Ojciec mnie zabije! Zeskoczyłam z drzewa. Podbiegłam. Przekręciłam wyjca na bok. Po kiego diabła, pozwoliłam mu się znów przypętać? Twarz Marcina była pokryta brązową mazią, ale nos wyglądał na cały! Gdy fala paniki odpłynęła, poczułam smród. Brat wylądował twarzą w ogromnej kupie. Tak, dobrze usłyszałeś. Wielka sraka zamortyzowała uderzenie i ochroniła nos. Pomogłam gówniarzowi wstać. Smród był nieprawdopodobny, podobnie jak wielkość ekskrementów, które zesłała nam Opatrzność. Zdjęłam z głowy braciszka szydełkowy, czerwono-biały berecik, dzieło mojej mamy, i otarłam nim twarz. Ruszyliśmy do domu. Ja przodem, a brat z tyłu. Wmówiłam mu, że właśnie przeszedł test na Apacza, a prawdziwy „Indianiec”, żeby wygrać z „komwbojami”, musi pozostawać w cieniu.

Wspaniale jest być dzieckiem!

Nikt nie wypomni ci, że mnożysz wszystko przez dwieście, przesadzasz, albo demonizujesz. Możesz opowiadać niestworzone historie i jeszcze pogłaszczą cię po główce za wyobraźnię.

Zdałam sobie sprawę, że każdy, kto pisze ma w dłoni licencję na wymyślanie i dzięki temu nigdy nie pozwoli umrzeć temu dziecku, które nosi w sobie.

Ależ się rozpisałam… Wracam do mojej fantastycznej powieści, jestem w połowie drugiego aktu. Wciągnęłam się już w klimat  i losy bohaterów do tego stopnia, że nie potrafię się oderwać i szkoda mi czasu na sen. Ale spać trzeba, bo sen regeneruje mózg, co powtarzam całkiem na serio, mojemu dziecku.

Do napisania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *