Doktor Beau

2014-06-01 15.16.44

Doktor Beau

Narkozę podawałem od dwóch minut, ale wciąż wyglądała na ożywioną. Zwykle wyliczona przeze mnie dawka działała bezbłędnie. Ale co to właściwie znaczy zwykle… Każdy człowiek jest jedyny w swoim rodzaju. Co czyni go niezwykłym, dlatego tak interesującym. A ja lubię odmianę. Zwiększyłem dozę. Zważywszy na wagę i ogólną kondycję dziewczyny na pewno jej nie zaszkodzi. Chciałem jeszcze zagadać, zażartować, ale dostrzegłem pierwsze sygnały senności. Powoli odpływała. Nie było potrzeby jej budzić.

Patrzyłem na spokojną, odprężoną twarz. Wargi dziewczyny rozciągnęły się w uśmiech. Zaaplikowałem jej przyjemny sen.

Nie zawsze to się udawało. Niektóre poważniały. Inne wydawały się przerażone. Czasem jednak trafiałem na takie, które udawało się wprawić w stan pogodnej nieświadomości. Tak było i tym razem.

Miałem szczęście, że udało się z pierwszą, którą mi dzisiaj powierzono. To wróżyło dobry dzień. Postałem jeszcze chwilę, wpatrując się w słodki uśmiech i przymknięte powieki zakończone długimi ciemnymi rzęsami, które wywijały się do góry, jak u lalki. Kształtne brwi i wysokie czoło okolone burzą czarnych loków. Mój wzrok przeskoczył na prześcieradło, pod którym rysowały się kształty. Była średniego wzrostu, szczupła. Biust miała duży. Nie spłynął na boki, tylko unosił się dumnie i falował przy każdym wdechu i wydechu. Szeroka miednica i nieźle umięśnione pośladki. Pod prześcieradłem była naga. Zgodnie ze standardową procedurą wszystkim kazaliśmy się rozebrać.

Cichutkie pukanie wybudziło mnie z transu. Drzwi otworzyły się i weszła Jagna – siostra przełożona. Duża, solidnie zbudowana kobieta z biustem tak ogromnym, że nazwanie go obfitym zakrawałoby na żart. Za nią do pokoju raczej wpłynęła niż weszła pielęgniarka numer dwa. Drobna blondynka o chłopięcej figurze, która, na co wskazywała skolioza w części lędźwiowej kręgosłupa, przez lata trenowała balet.

Zgodnie podeszły do łóżka, na którym spoczywała wytrącona ze świadomości pacjentka. Pod naciskiem drewniaka blokada puściła i łóżko potoczyło się stronę wyjścia. Upewniłem się, że kroplówka jest dobrze zamocowana i wyprzedziłem kobiety, aby przytrzymać drzwi.

Sala operacyjna idealnie przygotowana. Pacjentka spokojnie spała. Spojrzałem na wykresy – puls i ciśnienie w normie. Pięknie wyglądała w mocnym świetle ledowych lamp operacyjnych. Spodziewałem się tego. Dlatego zrobiłem wszystko, żeby też zaprezentować się z najlepszej strony. Przebrałem się w uniform w kolorze spłowiałego fioletu, kolor podkreślał moje piwno-zielone oczy.

Chwilępostałem przy aparaturze, aby mieć pewność, że nic nie grozi pacjentce. Wszystko było w normie. Mogłem zrobić sobie przerwę. Wróciłem do gabinetu, gdyby na sali wydarzyło się coś nieprzewidzianego, wiedzieli gdzie mnie szukać. Usiadłem za biurkiem, przyjrzałem się pomalowanym na biało ścianom, potem mój wzrok przykuło lustro na szafie ustawionej naprzeciwko. Poczułem, że coś zakłóciło porządek tego miejsca. Mucha, wielka czarno-niebieska, krążyła po pokoju z głośnym brzęczeniem

Telefon rozdzwonił się. Odebrałem.

  • Kochanie…
  • Chwileczkę – poprosiłem rozpoznając głos żony.

    Mucha przysiadła na krawędzi biurka i patrzyła na mnie w osłupieniu, tak jakbym właśnie wpompował w nią porządną dawkę lidokainy. Złapałem gazetę zwinąłem w tutkę i zmiażdżyłem owada. Część muchy wylądowała pod drzwiami gabinetu. Wyjąłem z szuflady sterylny gazik. Wstałem i pozbierałem, to co zostało z owada. Wrzuciłem do kosza przy biurku i podniosłem słuchawkę.

  • Kochanie, nie chciałam przeszkadzać. Jestem już w domu. Muszę odespać nocny dyżur… Nie miej mi za złe, to była ciężka noc. Odbierz w drodze powrotnej dzieci. Nie zapomnij, proszę.

    „Sama je odbierzesz”, poinformowałem telepatycznie. „Szanuj mój czas, bo mam ważniejsze sprawy na głowie… na kolację przygotuj tatar z łososia”, poinstruowałem jej podświadomość.

  • Kocham cię – zakończyłem i nie chcąc przeciągać rozmowy, rozłączyłem się.

    Wiedziałem, że dostosuje się do moich instrukcji. Nie musiałem się o nic martwić.

    W łazience przylegającej do mojego gabinetu wziąłem prysznic. Wytarłem się starannie, potem przetarłem parę z lustra, żeby się przejrzeć. Na skroni pojawił się siwy włos. Wyrwałem go i jeszcze kilka innych. Przyjrzałem się brodzie, drugi podbródek mi nie groził. Na koniec z dumą napiąłem wyrzeźbione ramiona. Opuściłem łazienkę i podszedłem do szafy w gabinecie. Gdy otwierałem drzwi, przez głowę przewijały się setki kombinacji. Wciąż nie mogłem podjąć decyzji. Patrzyłem na równo ułożone lśniące folie, a w nich kombinezony lekarskie. WPachnące nowością i sterylne. We wszystkich dostępnych kolorach. Ostatni transport przyleciał z Singapuru. Tylko oni mieli w ofercie turkusowy. Ten kolor świetnie podkreśla moją opaleniznę i ciemne lśniące włosy, które udało mi się zapuścić aż do ramion. Wyjąłem folię i rozerwałem. Dotykałem nowego ubrania wsłuchując się w przyjemny szelest świeżości i wdychając zapach bergamotki. Ciekawe, że ciuchy z dalekiego wschodu zawsze pachną bergamotką… Obejrzałem się w kryształowym lustrze, które na własny koszt kazałem zamontować w drzwiach szafy. Turkus. To był doskonały wybór.

    Wróciłem na salę operacyjną. Jagna spojrzała na mnie bez cienia podziwu. Widziałem jak wymieniała spojrzenie z pielęgniarką numer dwa. Zdaje się, że się uśmiechały. Mówiły ich oczy, ale nie mogłem dostrzec ust zasłoniętych maseczkami chirurgicznymi. Zresztą co mnie obchodziły reakcje starych pasztetów… Miałem wszystkie laseczki tego świata jedynie na wyciągnięcie fal mózgowych.

  • Panie doktorze, kończymy – poinformował kolega chirurg, zdejmując rękawiczki. – Operacja przebiegła pomyślnie. Możemy wybudzać pacjentkę.

    Z pomocą pielęgniarek zawiozłem pacjentkę do pokoju. Oddychała miarowo.

  • Za dwie trzy godziny dojdzie do siebie – oceniłem i zapisałem ciśnienie na karcie pacjentki i wyszedłem.

    Tego dnia trafiło mi się jeszcze dwoje pacjentów, ale skupiłem się wyłącznie na ich stanie zdrowia. Niby nic, a tak wiele. Jednak nie dla mnie. Sprawnie funkcjonujący organizm to nie wszystko.

    Dlatego nie interesował mnie ani dziadek z żylakami odbytu, który zanim założyłem mu maskę tlenową, przeklinał przez sen. Ani ośmioletnia pacjentka z kamieniami w woreczku żółciowym.

    Mnie inspirowały wyłącznie piękne i inteligentne kobiety. Ta była psycholożką. Całkiem wziętą. Prześledziłem na Facebooku jej ostatnie kroki. Ludzie są tacy naiwni obnażając się przed światem. Sporo podróżowała. Wykładała na uniwersytetach w Sewilli, Mediolanie i Tokio. Nadawała się na kochankę. Na razie zamierzałem uzdrowić jej ciało. Potem duszę. A na koniec wejść w jej podświadomość.

    Znów się wykąpałem, starannie wytarłem i przebrałem. W chwili gdy przyglądałem się sobie w lustrze, ubrany w nowy śnieżnobiały kombinezon, Jagna bez pukania nacisnęła klamkę.

  • Pacjentka Patek już się obudziła – poinformowała mnie nosowym głosem i odeszła zostawiając otwarte na oścież drzwi. W przyszłości muszę namówić ją na wycięcie polipów i nauczyć kilku zasad savoir-vivre’u, odnotowałem w myślach.

    Udałem się do pokoju pacjentki. Dziewczyna leżała na łóżku, ból ściągnął jej twarz. Po operacji przepukliny pępkowej ból na wysokości mostka bywa tak potworny, że nie pozwala złapać tchu. Zaaplikowałem dożylnie środek przeciwbólowy i spokojnie czekałem aż jej twarz się rozluźni.

    – Tooo paaan mniiieee uśpiiił? Dzięęękuuuujęęę, w żyyyciu tak dooobrzeee niiieee spaaałaaam – wyśpiewała. Uśmiechnęła się, na dźwięk własnego głosu. Medykamenty spowalniały mowę.

    – Tak, to ja – przyznałem bez cienia skromności. – Potrafię nie takie rzeczy – dodałem z kokieterią, zwiększając dawkę leku przeciwbólowego. Z rozmysłem cofnąłem się parę kroków, aby mogła mnie dobrze zapamiętać. Wiedziałem, że w blasku zachodzącego słońca, którego promienie zalewały krwistą łuną pokój, biały kombinezon prezentuje się na mnie najlepiej.

    Uśmiechnęła się. Ten uśmiech wyrażał podziw i bezgraniczne uwielbienie.

Chwilę jeszcze patrzyłem na dziewczynę. Środki przeciwbólowe przyniosły ulgę. Znów zapadała w sen.

Przysiadłem na krześle i czekałem aż zapadnie w głęboki sen. Gdy rogówki jej oczu zaczną się gwałtownie poruszać i przypłyną sny, będę mógł zacząć.

Podszedłem do umywalki i wyszorowałem dłonie.

– Jeszcze kilka minut – powiedziałem do swojego odbicia w lustrze nad zlewem. Wyjąłem z kieszeni sterylny pojemnik ze skalpelem. Z drugiej kieszeni wydobyłem maleńkie puzdereczko wielkości paznokcia kciuka. Otworzyłem je. W środku znajdował się miniaturowy czip. Najnowsza technologia, bez grama metalu. Nigdy się nie dowie, że go ma. Nawet bramki na lotnisku tego nie zauważą.

Położyłem czip obok skalpela. Wciągnąłem rękawiczki. Przekręciłem głowę śpiącej pacjentki i zrobiłem maleńkie nacięcie na szyi tuż pod linią włosów. Precyzyjnie rozciąłem skórę właściwą, nie kalecząc tkanki mięśniowej. Tylko jedna kropelka krwi. Odsunąłem płatek skóry i wsunąłem czipa.

Sięgnąłem dłonią do kroplówki i zwiększyłem dawkę środka przeciwbólowego. Musiałem mieć pewność, że dziewczyna się nie obudzi podczas zakładania szwu. Poszło jak z płatka. Założyłem dwa małe szewki. Nić wkrótce się rozpuści. Dziewczyna nawet go nie zauważy. Jedyne co będzie ją niepokoić to kilkudniowe swędzenie.

Na pewno nie powiąże go z silnymi migrenami, które pojawią się tuż po zagojeniu ranki. Bóle głowy będą ją męczyć przez kolejne pół roku, zanim fale radiowe pluskwy nie sprzęgą się z jej i moimi falami mózgowymi. Potem organizm zapomni, że nosi w sobie intruza.

Posprzątałem sprzęt. Skalpel na powrót włożyłem do pojemnika, a gaziki do kosza na odpadki medyczne w kącie pokoju. Już dziś wrzuciłem ich tam kilka z grupą krwi pacjentki. Kolejny nikogo nie naprowadzi na trop.

Zmniejszyłem dawkę środka przeciwbólowego i upewniając się, że nic nie zostawiłem wyszedłem z pokoju.

Byłem pewien, że ona też będzie moja. Wiedziałem jak ją odnaleźć, gdy poczuję ochotę na odmianę .

Wyjąłem z kieszeni skórzany notes i zanotowałem dane świeżej zdobyczy.

2 myśli nt. „Doktor Beau”

  1. Całkiem przyjemne opowiadanie, ale…
    Wygląda tak, jakbyś wrzuciła je na stronę bez żadnej redakcji/korekty, na gorąco. Szkoda, bo błędy nieco psują odbiór. A opowiadanie jest naprawdę interesujące, jak to się mówi… ma potencjał 🙂
    Pozdrawiam.

  2. Zodiaku,

    Wróciłam właśnie z wakacji, a tu takie miłe słowa. „Potencjał” to dla mnie już dużo. Ogarniam się i organizuję, a wieczorem spróbuję doszlifować to opowiadanie.

    Pozdrawiam powakacyjnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *