Czerwony tramwaj by Katarzyna Sikora

Wsiadam do tramwaju i roglądam się. Szwajcaria ma to do siebie, że ze środków lokomocji korzystają wszystkie warstwy społeczne. Można tu spotkać cały przekrój postaci. Od żebrzących cygańskich grajków po miliarderów.

Po lewej stronie siedzą dwie dziewczyny. Wystylizowane fryzury, ciuchy vintage. Beżowa bluzka z wysoką stójką z koronki bajecznie współgra z woskową karnacją i kasztanowymi włosami jednej, a fioletowa marynarka drugiej podkreśla zieleń jej oczu. Zapewne studentki akademii sztuk pięknych. A, faktycznie! Tuby na szkice potwierdzają moją tezę. Po przeciwnej stronie dostrzegam kobietę w drogiej czarnej garsonce. Jest w towarzystwie faceta również w typie finansisty. Gdy nasze oczy spotkają się, ona odpowiada uśmiechem na moje skinienie głowy. Z daleka rzuca się jej pewność siebie. Jej partner wygląda na zahukanego. Założę się, że gdyby zacząć rozmowę, już w pierwszym zdaniu wyznałby, że ma tylko dyplom technikum, ale przecież nieźle mu się powodzi, nie każdy przecież musi mieć studia. Obserwacje rzadko mnie mylą.
– Ty wiesz – mówi zadbana czterdziestolatka do równie zakonserwowanej rówieśnicy – no i przyszli zaraz po spotkaniu rady nadzorczej. Jack, Marco i Pierre. Dochodziła dwudziesta trzecia. Impreza właściwie dobiegała końca, bo co to za urodziny w środku tygodnia… No wiesz, ci bogacze… Przynieśli karton dwudziestoletniego Dom Perignon’a, doskonale odleżałego. Od razu można pić. Ale to jeszcze nic…
– Co ty nie powiesz?
– W progu odśpiewali mi na trzy głosy „La donna e mobile”. Boże, jakie wykonanie! Mury chodziły od tego wibrato.
– Oj, sąsiedzi będą mieli o czym mówić.
– Oj, tak – kobieta wybucha perlistym śmiechem.

Jak zwykle żałuję, że nie mam przy sobie dyktafonu. Tyle cennych informacji znów przepadnie w otchłani niepamięci. Od jutra będę nagrywać, postanawiam, przyglądając się ogromnej kobiecie w czerwonym T-shircie i krótkich spodenkach w białozieloną kratę. Plecak spoczywa na jej białych udach o konsystencji rozgrzebanego budyniu. Pewnie amerykańska turystka…
Czuję swędzenie, pocieram kciukiem opuszki palców. Teraz! Muszę znaleźć notes i długopis, wiem, że muza jest obok. Zaraz pojawi się historia. Kątem oka widzę młodego mężczyznę. Chociaż… właściwie równie dobrze mógłby być w moim wieku. Jednak to nie on, tylko szkic, który trzyma na kolanach przykuwa moją uwagę – samolot, chyba bojowy, a obok pocisk. Niby nic takiego, ale schemat jest w kolorze czarnym tylko ten nabój bije po oczach głęboką barwą. Terrorysta? Kamikadze!
Opuszki palców swędzą coraz mocniej. Nerwowo przekopuję torebkę w poszukiwaniu długopisu, notes trzymam już w dłoni. Jakiś facet wpada na mnie z impetem.
– O przepraszam, panienko…
Torebka wypada mi z dłoni, schylam się po nią, upadam na kolana. Torebka ucieka sprzed mojej dłoni jakby ożyła. Ale udaje mi się ją złapać. Siadam na podłodze, mam w dłoni notes w drugiej trzymam długopis. Przenoszę się w czasie. Potężny wstrząs sprawia, że przechylam się w prawo. Jakaś siła wgniata mnie w udo potężnej Amerykanki. Tramwaj przyśpiesza, zagłębiam się w budyniowate cielsko wieloryba. Jest miękkie i ciepłe, więc się poddaję. Ktoś krzyczy, kobieta w czerwonej sukience wywraca się, leży u moich stóp. Próbuje się podnieść, ale przeszkadza jej w tym starszy pan, który z hukiem padł na kolana. Kapelusz spada mu z głowy. Mężczyzna rozgląda się nieprzytomnym wzrokiem. Obok ląduje torebka, a w ślad za nią właścicielka. Czyjeś kolano mocniej wciska mnie w ciepłe krągłości wieloryba. Tramwaj przyśpiesza. Wrzask pasażerów dociera do mnie jak przez mgłę. Prawe ucho mam wciśnięte w budyń, drugie zatkane kolanem ubranym w szorstkie lniane spodnie. Rozlega się trzask tłuczonego szkła, ludzie krzyczą. Po chwili wrzask cichnie. Cisza wibruje mi w uszach, potem rozrywa ją płacz dziecka. Ale i on zamiera. Podnoszę się chwiejnie. Grube cielsko zsuwa się z ciasnego fotela i spada na moje stopy. Patrzę w dół. Czaszkę kobiety na wylot przebija kawał szkła w kształcie sopla. Z ucha sączy się krew.
Podnoszę głowę. Przed oczami mam ludzkie korpusy i bezwładnie rozrzucone kończyny. Czerwono!
Ciała. Setki ciał. Nikt się nie porusza. Ludzka głowa toczy się po posadzce w moją stronę. Robi mi się gorąco. Czerwono! Nogi mam jak z waty. Zaraz zemdleję… Ale spinam się w sobie. Znów się rozglądam. Nikt się nie podnosi, nie ma śladu życia. Ludzkie szczątki, wszystkie zbroczone krwią. Nie mam śmiałości po nich stąpać, a ominąć ich nie sposób. Udaje mi się przeskoczyć wielką Amerykankę. Wyjmuję z gumowej uszczelki resztki szkła i przesadzam nogę przez wybite okno. Ale cofam ją. Nasłuchuję.
Cisza dźwięczy mi w uszach. Spoglądam na miasto, wygląda na opustoszałe. Tak zwykle jest zimą o piątej nad ranem, gdy wybieram się na jogging. Mogę przebiec dziesięć kilometrów, nie napotykając człowieka. Tylko że to nie jest zimowy świt, ale letni piątek w porze lunchu. Nasłuchuję. Staram się wychwycić jakieś odgłosy. Ale nie dociera do mnie nic, żaden dźwięk. Miasto umarło.

Ding… ding – Szanowni państwo przystanek Plainpalais.

Zamykam notes, wpinam w niego długopis i podnoszę się z miejsca. Zanim wysiądę, jeszcze raz spoglądam na szkic samolotu spoczywający na kolanach mężczyzny. Nabój… jego czerwona barwa nasyciła się.

14 myśli nt. „Czerwony tramwaj by Katarzyna Sikora”

  1. No, Kasiu! Co tu dużo mówić. SUPER!!!
    Parę usterek bym po belfersku wychwyciła (jak zwykle 😉 ), ale poza tym SZACUN, jak mówią młodzi.
    Niezła makabreska. Ależ się nalęgło w tej pisarskiej główce! Choć to, jak wiesz, nie moja bajka, przeczytałam z wielkim zainteresowaniem! Gratuluję.
    Śmiało idź drogą zamieszczania tu szortform. 🙂

    1. Haniu,

      Dziękuję!:D
      Coś czuję, że po takim komentarzu nie jedną, ale ze dwie miniaturki machnę sobie dziś na deser, jak już uporam się z seryjnym.

      A co do bęłdów… mam nadzieję, że kiedyś wstanę od komputera z „gotowcem”, do którego już nie sposób się będzie przyczepić. Wiem, że taki dzień przyjdzie. Dlatego się nie poddaję;D
      Pozdrawiam
      Kasia

    1. Dziękuję, Mamo,

      Tu pewnie Doktor Freud miałby coś do powiedzenia… Lubię się czasami pobać, a postraszyć nie zaszkodzi. Tylko długotrwały stres szkodzi, dozowany w małych dawkach zagrzewa do boju;D
      buziaki

  2. Kasik, przeczytałam twój „Tramwaj..”, niezły horror! Ale jak szczegółowo opisana każda scena. Dużo masz jeszcze tego w swojej pisarskiej główce?
    Twoja nowa wierna czytelniczka
    Asia

    1. Asiu,

      Dziękuję za pochwałę!
      Pewnie, że dużo! Tylko czasu nie starcza na pisanie i szlifowanie. Ale skoro jest popyt… to obiecuję coś na przyszły tydzień. No i jeszcze ta „Odzyskana wolność” nade mną wisi. No nic, spróbują rozciągnąc moją dobę;D
      buźka!

  3. Cóż, nie do końca podzielam zachwyty poprzedników. Nie jest źle, ale teks sprawia wrażenie napisanego na kolanie i pozostawionego bez redakcji. Spoko zbędnych zaimków, sporo powtórzeń, wreszcie dziwna interpunkcja. Masz talent (albo jego namiastkę, po tak krótkim tekście trudno to stwierdzić), ale przed opublikowaniem jakiegokolwiek tworu powinnaćśpozwolić mu odleżeć, żeby potem poprawić kilka razy.
    Nie poddawaj się. Pracuj.
    Po wstukanie kolejnego miliona słów (albo przynajmniej 500k) na pewno będzie lepiej 🙂
    Pozdro.

    1. Zodiaku,

      Cieszę się, że znów mnie odwiedziłaś. Absolutnie się zgadzam, że to opowiadanie wymaga redakcji. Teraz to widzę. Prawdę mówiąc zupełnie o nim zapomniałam. Wieczorem sobie je skoryguję.

      To opowiadanie powstało ładnych dziewięć miesięcy temu . Od tego czasu, napisałam co najmniej pół miliona słów. Nie chcę się wypowiadać o moim talencie, bo nie wierzę w „talent wrodzony”, czy jak to zwał. Natomiast jestem pewna, że talent można wypracować. Jeżeli mi nie wierzysz, to rzuć okiem na nowsze opowiadanie: http://www.katarzynasikora.pl/co-komu-pisane-by-katarzyna-sikora/

      Powiedz proszę co o tym myślisz. Czy te 500K słów wdziobanych od kwietnia 2013 odniosło w miarę satysfakcjonujący skutek?;D Tak czy inaczej nie zamierzam na tym poprzestawać:D
      Pozdrawiam.
      Kasia

  4. Kasiu,
    Nie zgadzam się z Tobą 🙂 Talent WRODZONY masz, a do tego wiem, że jesteś pracowita. Efekty już są widoczne.. Ja kocham takie malowane piórem szkice, ostre w wyrazie. Im mniej słów, tym mocniej. Już pewnie nie uda mi się wywalić z pamięci tej grubej Amerykanki, i Twojego wtulenia sie w jej budyniowate udo!! 🙂 Masz mnie w garści. I oprócz mnie niejeden czytelnik pożarłby ten Twój tekst z apetytem! Super! Pisz, pisz, i jeszcze raz pisz!
    Buziaki, Zuza

  5. Kasiu, wciągnęło mnie. Świetna scena, ale spróbuj napisać dalsza część tak jakby się to wydarzyło, a nie siedziało w jej pisarskiej głowie. Ciekawa jestem co wymyślisz!

    1. Aga,

      Tak, łapię. Dziękuję, fajny pomysł. Jutro sobie nad tym przycupnę w pociągu do Szczecina, Będę miała pięć i pół godziny dla siebie. Mam już oscypki i kabanosy na podróż i jeszcze wyzwanie, żeby podrsowac ten tekst. Fajnie, dzięki.
      Pięknych snów:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *