Czekać to trzeba umieć…

Od dwunastej czekała, do czekania zachęcając bratnie dusze. Gdy myślała, że emocje rozpłynęły się. Gdy robotę ogarnęła i siebie… Przyszedł czas, żeby odebrać dzieciaka ze świetlicy. Na automatycznym pilocie, ale  odebrała. Poszła z dzieciakiem do sklepu obiecane karty Pokemona kupić. Bo dzieciakowi comiesięczna pensja wpłynęła do kieszeni, więc od razu musiał ją wydać.

Idą przez miasto. Ona wgapiona w ekran telefonu, a obok dzieciak uginający się pod ciężarem tornistra. Targa na plecach dziesięć kilogramów wiedzy, choć pozostałe trzy czwarte zostały w klasie, nie jest dobrze.

Dzieciak ugina się pod ciężarem, ale ona tego nie widzi. Jedyne na co patrzy to mail. W każdej chwili może przyjść wiadomość od wydawcy w sprawie jej powieści.

Dzieciak gnie się, ale buzia mu się nie zamyka. O pokemonach nadaje, nazwy wymienia. Lecz ona nie słucha. Dzieciak się do niej tuli, ale ona nie czuje. Wciąż tylko w maila patrzy. A, i jeszcze warto by sprawdzić czy na Facebooku nie powiększyło się grono czekających. Bo w grupie raźniej!

– Mamo, słyszysz? – pyta dzieciak.

– Nie, przepraszam – opowiada. Po raz pierwszy odrywa wzrok od ekranu i spogląda na dzieciaka.

Dopiero teraz dostrzega, jak bardzo tornister dzieciaka przytłacza. Patrzy w niebieskie ślipka wgapione w siebie jak w wypasioną kartę Pokemona i czuje dotyk malutkiej pulchnej dłoń, która z czułością gładzi ją po przedramieniu.

– Przepraszam Laleczko, dzisiaj wydawca obiecał, że wyśle odpowiedź w sprawie „Seryjnego fotografa„ – jak zwykle w nerwach włącza jej się słowotok. – Nie mogę się na niczym skoncentrować. Rozumiesz?

Córeczka patrzy na matkę, a ona widzi w jej błękitnych, mądrych ślipkach zrozumienie.

Zdejmuje z jej plecków tornister, co powinna uczynić dużo wcześniej, tuli swoje maleństwo i odgarnia ze spoconego czółka mokre blond włoski. Wie, że na to nie zasłużyła. Nie zasłużyła na taką wyrozumiałą małą istotkę.

– Mamo, będzie dobrze! – mówi Laleczka.

A matka już nie potrafi powstrzymać łez, teraz ona ugina się pod ciężarem tornistra i jeszcze większym bagażem – Tobołem pełnym wyrzutów sumienia.

Do napisania ;D

Kasia

 

5 myśli nt. „Czekać to trzeba umieć…”

  1. Kasiu, niedługo temat czekania bedzie Twoją specjalnością. Literacką, rozumie się! Naczekałaś się już w tym opowiadaniu, w którym wszystkiemu jest winna torebka. 😉
    Pisarzowi nawet czekanie służy i weną się staje. 🙂
    Nadal trzymam kciuki!

  2. Oj, tak. Zdecydowanie trzeba umieć.
    I ja mam z tym problem, dlatego w takich sytuacjach zazwyczaj zmuszam się raczej do „nieczekania”. Siłą swojej słabej woli staram się zapomnieć o problemie, który oczekuje na rozwiązanie i – może to dziwne – czasem mi się ta sztuka udaje.

    A z moimi córkami to mam już zupełnie odwrotnie. Zero zrozumienia dla starego ojca i jego fanaberii.
    O możliwość dostępu do jedynego komputera muszę walczyć. Albo w najlepszym wypadku negocjować.
    Ale tak czy siak pierze leci… :-O

    Kciukam trzymki i czekam na wynik.
    Maciek

    1. Macieju,

      Podziwiam.Ja jakoś nie mogę przestac myśleć, moje zwoje mózgowe jakoś tak wielotorowo lecą i zawsze coś w podświadomości uwiera. Pewnie stąd to pisanie, oczyszczam się przynajmniej z części mętliku.

      Ubawiłeś mnie historią o córkach… a potem poczułam gęsią skórkę. Gdybyśmy z Nat zostały z jednym komputerem, musiałabym pisać w zeszycie!;D

      Pozdrawiam ciepło.
      Kasia

  3. I tu Cię zdziwię. Notatki rzeczywiście prowadzę w zeszycie. Najczęściej luźne spostrzeżenia dotyczące fabuły i dane na temat epoki, albo jakiegoś szczegółowego zagadnienia z dziedziny specjalistycznej. A że internet, wbrew pozorom, rzadko kiedy oferuje rzetelną wiedzę fachową na poziomie ekspert (a w przypadku tematyki, w której się poruszam, tylko taka wchodzi w grę), trzeba korzystać ze źródeł pisanych. Czasem dostępnych tylko w archiwach. Stąd te nieszczęsne zeszyty.
    Do komputera zapiski te wklepuję ostatecznie już jako konspekt albo gotową scenę.

    Zatem w moim wypadku kajecik to codzienność. Ale i konieczność –
    tak to jest, kiedy dzieci przestają być dziećmi i same zaczynają tworzyć literaturę, albo przynajmniej prace zaliczeniowe do szkoły.
    Tak jakby nie można było napisać zadania domowego ręcznie!
    Gdzie te czasy, pytam się, kiedy profesor w technikum darł wypracowanie na temat teorii Wegenera, albo skamieniałości przewodnich Kambru, bo uczeń, zamiast sporządzić ilustracje własnoręcznie, wycinał je z (angielskojęzycznego wtedy jeszcze) Nationala, albo – co gorsza – z radzieckiej prasy naukowej…
    A dzisiaj czynność kopiuj/wklej to najczęściej stosowana metoda naukowa. Nie tylko w liceum.
    Co za czasy!
    🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *