Brudna Harriet

– Tak nie możesz tam iść – Anne obrzuciła mnie krytycznym spojrzeniem.
– To są moje trzy najlepsze sukienki – powiedziałam – Myślisz, że ktoś zwróci na to uwagę?
– Przecież właśnie ma zwrócić!
– Sama nie wiem… boję się tej gali.
– Nie bądź głupia, jesteś świetna. Ale nie możesz się pokazać w tym spranym worku! – upomniała mnie przyjaciółka. – To twój wielki dzień, to tobie zawdzięczają ten nowy kontrakt.
– Udowodniałam, że mam głowę na karku – zaczęłam, ale Anne weszła mi w słowo.
– Inteligencja to za mało, jeżeli chcesz wspiąć się wyżej, musisz pokazać wszystkie swoje atuty! – nie poddawała się.
Westchnęłam. Ale w duchu przyznałam jej rację. Może przy okazji poznam odpowiedniego faceta?
Następnego dnia wybrałam się na zakupy.
– Ciągnij! – poinstruowała koleżankę sprzedawczyni numer jeden, niska biuściasta Latynoska z burzą włosów, równocześnie ściskając mnie za biodra. Trzymała mocno, czułam, jak pod jej palcami tworzyły się sińce. Mimo to siła jej dłoni nie była w stanie utrzymać w miejscu moich majtek. Druga sprzedawczyni, w typie skandynawskim, z ciasno upiętymi w kok blond włosami, ubrana w białą garsonkę na miarę, ściągała ze mnie suknię. Moje majtki na skutek tarcia powędrowały wyżej, jeszcze chwila, a rozerwą mi pupę na pół. Szczęśliwie desusy z trzaskiem wróciły na miejsce.
Uniosłam rękę na znak, że muszę zaczerpnąć powietrza. Dłużej nie wytrzymałabym na bezdechu. Kobiety dały mi chwilę przerwy. Ciszę rozdarł dzwonek do drzwi, dostrzegłam niepokój na twarzach ekspedientek. Dlaczego tych drzwi nie da się otworzyć od zewnątrz? Dlaczego wyposażono je w dzwonek? Dlaczego Anne nie ostrzegła mnie przed niebezpieczeństwem?
Latynoska przeprosiła i pobiegła otworzyć. Poinstruowała nową klientkę, żeby się rozejrzała i obiecując, że za chwileczkę wróci, ruszyła z powrotem. Nie uwierzyłam w tę „chwileczkę”, ale cóż, nie powinnam jeszcze wpadać w rozpacz. Klientka krążyła po sklepie, słyszałam obcasy jej butów odbijające się o kamienną posadzkę. Byłyśmy w drugim pomieszczeniu odgrodzonym od pierwszego ścianą luster i kabin. Nie mogłyśmy schować się do przebieralni. Nie było tam dość miejsca, żeby zedrzeć ze mnie tę cholerną uprząż. Łzy zaczęły ściekać mi po twarzy.
– Możemy zaczynać, proszę pani?- kobiecie zadrżał głos.
A co ja mam powiedzieć?! Zadać jej to samo pytanie? Tylko co to zmieni? Nie mogłam się jednak powstrzymać:
– Mówiłam już, że S to nie mój rozmiar…- chciałam dorzucić kilka soczystych przekleństw. Ale dwie warstwy kiecki, teraz opinające moje żebra, nie pozwalały zaczerpnąć dość powietrza. Ściskały jak imadło, nadając mojej sylwetce kształt „o jakim nigdy nie śmiałabym marzyć”.
Sukienka jak wyjaśniła mi Anne, była dokładną kopią tej, w której wystąpiła Sandra Bullock w „Miss Congeniality”. W scenie kiedy podtuningowana wychodzi z garażu w towarzystwie konsultanta do spraw urody Michela Cainea. Zdeklarował się, że popracuje nad poprzednią wersją Sandry – brudną Harriet! – i spełnił obietnicę. Czy Anne naprawdę brała mnie za brudną Harriet? Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że tak! Piękna Sandra opuściła garaż w kiecce, która podniosła wszystko co podnieść trzeba, zaokrąglała, spłaszczała i wysmuklała. „Jaka kobieta nie chciałaby mieć takiej sukni?” – pytała Anne. „Gdyby nie ta twoja mentalność biedaczki, nie ubierałabyś się jak jakiś kloszard. Powinnaś o siebie zadbać. Zacząć korzystać z życia. Zapisać się na siłownię, basen, wybrać do restauracji, pojechać na wymarzone wakacje” -twierdziła.
Słuchałam jej wywodów, ale nie brałam do siebie. Zresztą nigdy nie lubiłam wydawać pieniędzy, wolałam je mieć na koncie. Nie wiadomo, kiedy i czy stracę dobrze płatną pracę. Musiałam mieć konkretne zabezpieczenie. Nie wiem jakim cudem dałam się namówić na ten butik?
Jednak gdy się znalazłam w otoczeniu luster i przepięknych sukni w kolorach tęczy, zapragnęłam choćby przymierzyć i przekonać się, czy sukienka może dokonać cudów. Czy ja też mogłabym prezentować się jak podtuningowana brudna Harriet?
Stojąc przed lustrem w opinającej mnie boskiej kreacji w kolorze burzowego nieba nie mogłam uwierzyć w możliwości współczesnej inżynierii. Bo w to, że to projekt powstał we współpracy setek łebskich inżynierów i takiej samej ilości utalentowanych projektantów mody nie wątpiłam. Dobre pół godziny wyginałam się, kręciłam i nachylałam, wypinałam podziwiając moją figurę, w otaczających mnie sześciu lustrach. Mój biust wskoczył w przegródkę dla biustu i uniósł się prawie pod brodę, płaski brzuch pod sztywnym jak deska do prasowania pancerzem sukni, pupa wessała się do właściwego apartamentu i przybrała kształt przypominający wielką pupę Jennifer Lopez. Ups, pupę wielkiej Jennifer Lopez, ubezpieczoną na kilka równie okrągłych baniek. Nawet uda prezentowały się świetnie, a długość przed kolano sprawiła, że i reszta nogi wyglądała jak ze zdjęcia w katalogu pończoch. Wysokie szpile, których użyczyły mi sprzedawczynie, też dokonały dzieła.
Cud nastąpił tak naturalnie jakby terminator z kałuży płynnej rtęci zassał się w człowieka robota. Żałowałam, że po zrzuceniu zbroi wszystko wróci do normy. Oblał mnie zimny pot. W chwili gdy postanowiłam się przebrać, byłam bliska omdlenia. Chciałbym mieć tę sukienkę. Spojrzałam na metkę przytwierdzoną do dołu sukni i omal nie padłam. Czterocyfrowa kwota. To jakiś obłęd!
– Nie ma czasu – upomniała mnie Szwedka i gestem nakazała się nachylić, aby mogła zedrzeć ze mnie tę kieckę zanim na stałe przyrośnie do mojej skóry. Posłusznie oparłam się na rękach i wlazłam między długie nogi ekspedientki. Latynoska znów złapała mnie za obolałe biodra i trzymała podczas gdy ta z przodu ciągnęła za sukienkę. Z prawej dobiegły mnie kroki klientki. Blisko, bardzo blisko.
– Czy ma pani tę w rozmiarze… – urwała, widocznie dopiero w tamtej chwili zorientowała się czego jest świadkiem. – W rozmiarze S – dokończyła ignorując moją sytuację. Poczułam, że suknia przesunęła się gwałtownie na wysokość biustu. To zapewne pytanie o rozmiar naładowało nową mocą Szwedkę. – Hm? – klientka nie dawała za wygraną.
Przekrzywiłam głowę i spojrzałam w swoje odbicie w lustrze. Poczochrane włosy, rozpalona twarz, ciemnie plamy pod pachami. Ale biust wciąż w swojej przegródce. Idealny! Kiecka trzy razy zrolowana na brzuchu. Obnażona pupa w majtkach w kolorze skóry. Z daleka wyglądałam jak bobas z gołym tyłkiem. Z bliska przedstawiam się tragicznie. Jak zwykle. Coś zaczęło do mnie docierać.
– Tak, jeszcze chwilka! – wykrzyknęła ekspedientka i z nadludzką siłą pociągnęła za suknię. Stanik podjechał pod brodę. Fiszbiny zaczęły wrzynać się boleśnie w szyję. Zabrakło mi powietrza. Jeszcze chwila, a zakończę żywot. Walczyłam o oddech, z każdą chwilą rozbiło mi się coraz przyjemniej. Błogo. Odpływałam.
– Udusisz ją, idiotko! – Na pomoc wyruszyła Latynoska.
Ale Szwedka nie dawała za wygraną, w sukurs poszła jej klientka. Chyba zrozumiała, że to suknia, którą teraz ona miała przymierzyć.
Kiecka przeszła mi przez głowę, stanik wlazł na twarz. Zaczerpnęłam haust powietrza. Naszło mnie olśnienie.
– To moje! – wrzasnęłam wyrywając z rąk kobiet sukienkę. – Nie oddam! – krzyknęłam, nie zwracając uwagi na goły biust i na nic w ogóle. Musiałam mieć tę sukienkę. Zapragnęłam stać się kobietą.
Przyciągać spojrzenia mężczyzn, a nade wszystko zobaczyć minę Anki.
– Kupuję! – oświadczyłam i spojrzałam na sprzedawczynię. Siedziała w rogu sali, oparta o lustro. Drżała jak staruszka. Elegancka spódnica podsunęła jej się na brzuch. W marynarce brakowało guzika. Spojrzała na mnie błędnym wzrokiem. Tusz rozmazał się na jej policzkach. Wcześniej upięte w elegancki kok włosy teraz sterczały jak włosie szczotki klozetowej.
– Mam tego dość – wyszeptała.
– Nie możesz mi tego zrobić, w tym roku straciłam już szesnaście pracownic! – zaprotestowała Latynoska, która teraz brzmiała jak szefowa.
Szwedka podniosła się, obciągnęła spódnicę, zdjęła marynarkę. Odsłaniając elegancki czarny gorset. Palcami przeczesała włosy poprawiając fryzurę. Wreszcie uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze.
– Składam wymówienie – tym razem jej głos przybrał na sile.
– Błagam cię, zostań. Ty, ty nie możesz odejść! Podwoję stawkę…
Więcej nie słyszałam.
Z sukienką w dłoni udałam się do przymierzalni. Ubrałam się w obszerne lumpy, które zupełnie zakrywały moje kształty i po raz pierwszy w życiu poczułam się jak dziewczynka z zapałkami. Jakim cudem udało mi się osiągnąć tak wiele bez kompletnej wiary w siebie? Uśmiechnęłam się pod nosem. Poprawiłam makijaż, włosy. Chwilę jeszcze stałam gapiąc się w lustro. Wreszcie nabrałam stuprocentowego przekonania. Ta sukienka musi być moja. Tylko w czymś takim mam szansę podbić świat. Poczułam się lekko.
Nawet nie zadrżała mi ręka, gdy wklepywałam do czytnika przy kasie kod karty kredytowej.
Wzięłam pod pachę wielką torbę z nową sukienką i pasującymi do niej szpilkami. Ruszyłam na parking. Wsiadłam do windy. Za mną wszedł facet. Z podziwem spojrzał na logo na torbie. Ze znawstwem skinął głową.
– Wydało się trochę pieniążków, co? – zagaił
„Nie chciałabym być pańską żoną!” – odszczeknęłabymm się w normalnych warunkach, ale teraz już tego nie potrzebowałam. Podniosłam wyżej głowę i nie odezwałam się słowem. Winda zatrzymała się. Wyszłam z ciasnej kabiny.
Ruszył za mną, ale nie odwróciłam głowy, gdy zaczął się tłumaczyć. Nie to miał na myśli, wydawanie pieniędzy to wielka przyjemność, trzeba korzystać z życia. W duchu przyznałam mu rację.
Ruszyłam z piskiem opon. Musiałam nadgonić stracony czas. Pomyśleć wreszcie o sobie.

9 myśli nt. „Brudna Harriet”

  1. Kasiu, niezłe! 🙂 Takie bardzo Kasiowe, z jajem, pełniutkie emocji i tempa. Co do przemiany bohaterki – wg mnie za mało danych wyjściowych. Rozumiem, że z kopciuszka w pewną siebie kobietę sukcesu? Ten jej wściekły skok na próbę odebrania jej S-sukienki i triumfalny wymarsz ze sklepu to sugeruje. Ale… Ciut mi za mało tej kopciuszkowatości na początku. Że te chińskie ciuchy? Ja chodzę w ciuchach z lumpeksu, ale kopciuszkiem nie jestem, bo to nie tylko sprawa wyglądu, ale głównie mentalna. Następnie: skoro to Anne/nka ją na początku „promuje”, dlaczego potem jej osoba gdzieś ginie? Chyba że już niepotrzebna, bo bohaterka już sama stąpa na mocnych nogach. O co chodzi z ta Latynoska i Szwedką, że jedna druga błaga, by nie odchodziła? Lesby? Duet zboczonych ekspedientek obmacujących klientki i tak uzyskujących seksualna satysfakcję? Czy Ty je tylko tak, dla śmiechu? Dalej: po co wielka torba z maciupką niczym bandaż sukienką? Chyba że jej tam nawkładali fantów, skoro tyle kasy zostawiła. I na koniec facet w windzie. Skoro bohaterka myśli o sobie: „Wreszcie nabrałam stuprocentowego przekonania. Ta sukienka musi być moja. Tylko w czymś takim mam szansę podbić świat. Poczułam się lekko”, to dlaczego ona odszczekuje facetowi z windy? Przecież po takiej przemianie i dowartościowaniu się odszczekiwać już nie musi, zwłaszcza że facet – debilnie zagadnął, to fakt, ale bez złych intencji. Chyba że chciałaś pokazać, że i tu przemiana działa, bo wcześniej ona może by się w tej windzie skuliła i tylko patrzyła, gdzie zwiać, a tu proszę, stawia się. c.d.n., bo ktoś dzwoni, pa!!!

  2. Haniu:)

    „O co chodzi z ta Latynoska i Szwedką, że jedna druga błaga, by nie odchodziła? Lesby? Duet zboczonych ekspedientek obmacujących klientki i tak uzyskujących seksualna satysfakcję? Czy Ty je tylko tak, dla śmiechu?
    Chichchchichchi:) Rozbawiłaś mnie do łez! To na początek dopiszę zdanie wyjaśnienia w tej sprawie. Chodziło o to, że tam się wciąż zmieniają ekspedientki, że szefowa już ma dość tych zwolnień:) Ale duet zboczonych ekspedientek to tez świetny pomysł! Zainspirowałaś mnie:)
    Wieczorem poprawię resztę, bo zaraz mamy wernisaż Natalki.
    Dziękuję za uwagi. Bardzo trafne.
    Pozdrawiam

  3. C.D.
    Kasiu, może tak to odczytałam, bo Twoje opowiadanie z opisem tych szarpiących się bab, z szarpaniem się głównej bohaterki na czele, naprawdę mnie rozbawiło! Właśnie chciałam o niewątpliwych plusach napisać: humor, lekkość, dobry styl i język (parę literówek bez znaczenia), przede wszystkim sam pomysł: niby „nie suknia zdobi człowieka”, a tu proszę. Jak przewrotnie i ciekawie. I jeszcze jeden plus: zaskoczenie. Wydawałoby się, że bohaterka po wyzwoleniu się z więzów za ciasnej kiecki (świetne opisy tej szamotaniny, ten stanik pod brodą, te fiszbiny wbijające się w gardło – Kasiu, szacun!) -odetchnie z ulgą i z podkulonym ogonem opuści przymierzalnię. A tu taki zwrot! Naprawdę byłam zaskoczona. Na plus oczywiście.
    Kasiu, jeszcze raz powtarzam, co Ci już wcześniej pisałam: obyczaj Ci pisany, jesteś w tym coraz lepsza. Pisz, pisz, pisz. 🙂
    I jeszcze coś Ci powiem: powinnam wziąć z Ciebie przykład i też wymyślać jakieś opowiadanka i zamieszczać je na blogu, a nie tylko czekać na konkursy lub wygrzebywać starocie. 😉
    Udanego wernisażu! 🙂

  4. Haniu,

    Jestem wdzięczna za słowa uznania. Bo wiesz jak jest, przy pisaniu tego opowiadania dobrze się bawiłam, a potem znów dopadły mnie wątpliwości. Ale jeżeli poprawa jest tak widoczna jak mówisz, to rzeczywiście będę pisać dalej. Zmierzę się z obyczajówką:)
    buziaki

  5. Kasiu, przeczytałam, rozbawiłaś mnie, nie zawiodłaś! Jesteś mistrzynią jednej sceny! Malujesz takim opkiem obraz, który na długo zostaje w głowie.. W tak ostrych barwach, tak intensywny, że przysłania czytelnikowi całą resztę . Rozumiem, o co chodzi Hani – tutaj jest tylko teraz, nie ma przed i potem. Teraz jest mistrzowskie, przed i potem niedopracowane. Jeśli taki jest Twój cel, jeśli są to wprawki do pisania scenariusza, to super. Jeśli miałoby być serio, short story, która da się sprzedać, to byłby dopiero ciekawy eksperyment – musieć to rozpisać w przód i w tył, żeby uwiarygodnić bahaterów. Czy nie straciłaby na tym główna bohaterka, która jest tutaj kompletnie odjechana, wyrazista, aż iskrzy. Nie pytamy, skąd przyszła i dokąc zmierza, bo nie mamy czasu 🙂 Humor, język, tempo akcji, zmysłowe opisy – mistrzostwo!! Dobra zabawa!! 🙂

  6. Zuza,

    Twój komentarz sprawił, że poczułam się jak po sesji w SPA. Ogromnie dziekuję za pochwały. A jeszcze bardziej za kolejną inspirację. Zabiorę się za to „przed” i „po” po weekendzie. Bo to bardzo ciekawa koncepcja.
    Dziękuję jeszcze raz!:)
    buziaki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *