Bogini

— A jak znudzi ci się pisanie, to na co się przerzucisz? Zostaniesz wodzem plemienia Papuasów, szwedzkim detektywem, czy następcą Houdiniego, co? — Laura znów kąsała.

Stała w drzwiach mojego pisarskiego kantorka zdyszana i zaróżowiona od ciężaru, który przydźwigała. Nie chodziło tylko o torby z reklamami firm odzieżowych, ale o nią całą. O kilogramy, które wrzuciła, od kiedy najmłodszy z naszych czterech synów wyjechał na studia. Jadła byle jak i w pośpiechu, uganiając się dodatkowymi zleceniami, żeby wydać pieniądze na kolejne lumpy i dokupić do nich następne szafy.

Nie tak się umawialiśmy. Jeszcze przed ślubem ustaliliśmy, że pieniądze to rzecz wtórna, dwie średnie krajowe w zupełności wystarczą na godne życie. Najważniejszy był dla nas czas dla siebie i na inwestowanie w siebie, tym zaraziliśmy też naszych synów. Wszyscy byli tak wszechstronni, że dostali stypendia naukowe, które odciążały nasz budżet. Marzyliśmy aby kiedyś móc powiedzieć, że żyliśmy w pełni. Nie sądziłem aby konający chwalił się posiadaniem domów w atrakcyjnych zakątkach świata, że jeździł mercem lub miał własny jacht. Stojąc nad grobem nikt nie pamiętał, że bywał na Bahamach czy w Honolulu. Tylko ludzie, którzy realizowali swoje marzenia, godzili się z faktem, że kończył im się czas. Inni nie, a tych drugich było więcej. Nam marzyło się spełnienie. Muszę się przyznać, że zarabiałem znacznie więcej niż dwie średnie krajowe i niespecjalnie się przy tym przemęczałem.

— Czekałem na ciebie, a pisanie to wyznanie. — Puściłem do niej oko. Nie miało sensu odpieranie jej ataków, nauczyłem się już, że nie tędy droga.

— Jeszcze jedno spotkanie. — Spojrzała na zegarek i poszła do salonu.

— Zrobię kolację — zaproponowałem. Słysząc jak otwiera barek, w którym trzymała zapas nalewek, poszedłem za nią.

— Na chuj to wszystko! — przeklęła.

Iskra nadziei zatliła się w moim sercu. Sięgnąłem do kieszeni po telefon, na empetrójce miałem nagrane najlepsze kawałki, to by ją pocieszyło. Od kiedy synowie wyjechali, mogliśmy sobie słuchać naszej muzyki, nie narażając się na drwiny.
— Napijesz się? — Laura wyciągnęła kieliszek w moją stronę, nie uraczyła mnie przy tym nawet spojrzeniem. Patrzyła na brzozę tańczącą na wietrze w naszym ogrodzie.

— Nie ma jeszcze południa. Iskra nadziei zgasła. Schowałem telefon do kieszeni. Tym razem też sobie nie posłuchamy.

Ostatnio Laura nie była sobą. To reakcja na syndrom opuszczonego gniazda. Na początku próbowałem zapełnić jej lukę, spędzałem z nią każdą wolną chwilę, przypominałem plany, które chciała zrealizować, kiedy już zostaniemy sami. Jak wytrawny tenisista piłeczkę, tak ona przerzucała koła ratunkowe na moją połowę boiska.

Z czasem zaczęliśmy się rozmijać. Nie docierało do niej, że wciąż ją kocham, że zależy mi na tym, żeby była szczęśliwa. Po dwudziestu czterech latach wielkie słowa i obietnice wyświechtały się.

Już z kuchni usłyszałem trzask zamykających się za nią drzwi wejściowych. Poszła na spotkanie. Odłożyłem nadkrojonego pomidora na deskę, odechciało mi się jeść. Zaparzyłem sobie zielonej herbaty, zmusiłem się do zjedzenia kilku malin i jagód, wyczytałem, że otwierają pory w mózgu. Z kubkiem w dłoni wracałem do mojego pisarskiego kantorka. Urządziłem sobie prowizoryczne biuro w nieużywanej łazience przy pokoju gościnnym, który Laura w ciągu sześciu miesięcy zamieniła w gigantyczną garderobę. W dusznej łazience, cuchnącej wilgocią i odorem z bijącym z rur, czułem się jak hrabia Monte Christo. Znalazłem sobie oazę spokoju, w dodatku z okienka rozpościerał się widok na podjazd. Widziałem ją, kiedy wracała do domu, z założenia miałem jej pędzić na spotkanie, ale coraz rzadziej zdobywałem się na odwagę, aby stanąć z nią twarzą w twarz. Wychodziłem z mojego kantorka tylko wtedy, kiedy ona wykazała inicjatywę.

Spojrzałem na reklamówki, które Laura porzuciła w przedpokoju, tak, jakby nagle przestało jej zależeć na tym, co kupiła. Odstawiłem kubek na podłogę i zacząłem przeglądać torby. W jednej z nich trafiłem na sukienkę. Była zielona, coś jakby dłuższa wersja marynarki. Bardzo seksowna z głębokim dekoltem. Mocno zwężona w talii.

Nagle pojaśniało mi przed oczami, powietrze zapachniało jak po burzy, poczułem swędzenie palców, wiedziałem o czym będzie ta historia. Jak hrabia Monte Christo odnajdę swoją Hayde. Napiszę sobie kobietę doskonałą!

Krok pierwszy: pokazać bohatera w jego naturalnym środowisku.

Aula pękała w szwach. Ci, dla których zbrakło miejsc w ławkach przysiedli na schodach i notowali jej wywód w skoroszytach. Frekwencja dopisywała na wszystkich wykładach pani „doktorrr”, jak nazywali ją studenci. Piękna jak młoda wersja Moniki Bellucci, mądra jak stary Einstein w dodatku nieprzystępna i niezamężna, na jej palcu brakowało obrączki, stała się źródłem plotek i spekulacji.

— Jeżeli nie ma więcej pytań, dziękuję państwu za uwagę. Dobrrranoc — mówiła głębokim głosem z wibrującym „r”, co stanowiło kolejny temat do dyskusji.

Może to francuska burżujka, spekulowali studenci, świadek koronny albo agentka sił wywiadowczych? Musiała dobijać trzydziestki. Niemożliwe, żeby była sama z wyboru. Może straciła rodzinę w jakichś tragicznychh okolicznościach? Te bezbarwne kostiumy, których miała kilka tuzinów, musiały wyrażać dogłębny smutek.

Jednemu ze studentów udało się ją wyśledzić i obserwować jej dom. Mieszkała w starej willi, pośrodku parku porośniętego starodrzewiem. Chodziła spać o dwudziestej drugiej, a wstawała o piątej rano. Niezależnie od pory roku ćwiczyła jogę na trawniku w ogrodzie porośniętym starodrzewiem. Nie piła, nie paliła, zdrowo się odżywiała, studenci zaglądali jej w talerz w stołówce uniwersyteckiej.

Ktoś inny wykradł jej kartę biblioteczną, poza literaturą specjalistyczną czytała poezję. Fausta w ciągu roku wypożyczyła aż sześć razy. Co ambitniejsi zaczęli uczyć się języka i wkuwać fragmenty na pamięć, czekali, aż zdarzy się okazja, aby odwinąć się jej zgrabną ripostą. Kiedy pojawiała się doktorrr, aktorzy głupieli i wielkie plany zwrócenia na siebie uwagi kończyły się wyklepywanym w myślach czterowersem:

Co dzieje się ze mną

Tak serce mi wali!

Ni chwili spokoju

Nie mogę już znaleźć!

Mimo że wykład dobiegł końca, słuchacze nie ruszyli się z miejsc, przyglądali się jej w hipnotycznym transie. Gdy pochyliła się nad biurkiem, jej ciężkie piersi niemalże dotykały blatu, dekolt bluzki powiększył się i odsłonił alabastrową skórę. Mężczyźni wyobrażali sobie, że dotykają tych piersi, kobiety spoglądały z zazdrością na grację jej ruchów. Popatrzyła na tableta, przesunęła czule palcem po ekranie, a po jej twarzy przebiegł ledwo dostrzegalny uśmiech.

Studenci wstrzymali oddech i pewnie pomdleliby na skutek odcięcia dopływu tlenu do mózgu, gdyby energicznie nie wyszła z auli.

Gdy zamknęły się za nią drzwi, wszystkich znów połączył wspólny temat dyskusji: Kim byłby facet, któremu udałoby się zdobyć jej serce i czy cytowałby dla niej Fausta.

Postawiłem kropkę po słowie „Fausta” i zapisałem plik. Odchyliłem się na krześle, żeby przeciągnąć zastałe mięśnie. Zastanawiałem się co dalej. Z doświadczenia wiedziałem, że historia, która powstanie nigdy nie jest tym, co się zaplanowało. To samo tyczyło się bohaterów. Zwykle postaci buntowały się i trzeba było zmieniać motywację, a nierzadko i całą fabułę. Dobrze by było szybko zorientować się kim jest bohaterka.

Krok drugi: postawić bohaterkę w skrajnej sytuacji.

Wieczór był parny. Przedstawiciele władz państwowych i profesorowie najróżniejszego sortu zebrali się na tarasie podwarszawskiego pałacyku. Szwedzki stół zastawiony był na bogato, wieprz upieczony w całości na grillu złocił się w świetle zachodzącego słońca. Kelnerzy lawirowali w tłumie, unosząc tace zastawione lampkami z buzującym szampanem. Zapach świeżo skoszonej trawy mieszał się z aromatem francuskich perfum.

Stała w kącie ogrodu, jej długie kasztanowe włosy powiewały na wietrze. Ubrana była w zieloną sukienkę przypominającą długą marynarkę, dekolt uwydatniał jej krągłe piersi, wąska talia podkreślona złotym paskiem, niżej pełne biodra i zgrabne umięśnione nogi zakończone parą czarnych czółenek na obcasie. W dłoni trzymała długą szklankę ze świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy. Profesor Kensington, wysoki, szpakowaty mężczyzn w białym garniturze na miarę, brylował dowcipem i inteligencją.

Wydawała się nie zwracać na niego uwagi zapatrzona w horyzont, na którym iskrzyła się miedzią tafla Zalewu Zegrzyńskiego. Wpatrywała się w samotny żagiel kołyszący się w powiewie letniej bryzy.

— Koleżanko, czekałem na tę okazję od lat, zebraliśmy fundusze i możemy ruszyć z projektem. Spotkałby mnie wielki honor, gdyby zgodziła się pani na współpracę.

— Na jakich warrrunkach? — Szkoda jej było czasu na rozważanie czegokolwiek, zanim nie poznała wszystkich za i przeciw.

— Projekt jest ściśle tajny, musiałaby pani przyjechać do Waszyngtonu, kontrakt opiewa na okres trzech lat, moja droga. Proponujemy trzy miliony dolarów to tylko zaliczka, pensja też będzie więcej niż hojna. — Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki grubą kopertę i jej podał.

Czytała kontrakt, skupiając się głównie na tekście wypisanym maczkiem na dole każdej strony.

— Wyjazd nie wchodzi w grrrę.

— Ależ to tylko trzy lata, pani wybaczy, ale nic tu pani nie trzyma.

— Szpiegowaliście mnie? Wy też? — Podążyła wzrokiem za samotnym żaglem i splotła dłonie w geście rozpaczy. Nagle wydała się mała i bezbronna.

— No cóż — profesor mówił i równocześnie wzrokiem próbował wyłuskać jej piersi z dekoltu sukienki. — W interesie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej leży zatrudnienie najlepszych specjalistów, ale musimy ich sprawdzić, zanim dopuścimy do tajnych misji, moja droga. Nie ma w tym nic osobistego, więc proszę nam wybaczyć tę zawodową dociekliwość.

— Moja odpowiedź brzmi nie.

Czułem jak serce łopocze w mojej piersi. Postawiła się Amerykańskiemu Mocarstwu. Nie dała się kupić. Jakąż silną była kobietą. W jej torebce za wibrował telefon, odeszła parę kroków i spojrzała w ekran. Odczytała kolejną wiadomość od tajemniczego nieznajomego, a jej twarz pojaśniała w delikatnym uśmiechu.

Postawiłem kropkę po „uśmiechu”. Bywało, że natykałem się na bohaterów nadzwyczajnych, którzy wzbogacali moje życie. Jednak ona górowała nad nimi wszystkimi. Z każdą linijką nabierałem pewności, że dopóki nie pojawiła się na mojej drodze, życie było jałowe. Wróciło marzenie o czułej miłości i ognistym spełnieniu. Świat pojaśniał, powietrze nabrało krystalicznej czystości, ptaki głośniej wyśpiewywały swoje trele, a ja unosiłem się nad ziemią.

W kieszeni za wibrował telefon. Spojrzałem na monitor: to Laura. Dochodziła druga nad ranem! Nie miałem pojęcia o upływie czasu.

— Nie wróciłaś do domu? — Zrozumiałem, że pytanie tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że przestałem się nią interesować. Powinienem czekać na nią, zamiast tracić czas na wypisywanie tych bzdur.

— Usłyszałem, że przełyka ślinę, żeby nie wybuchnąć płaczem.

Zaczęło docierać do mnie, że największą z moich pasji była ona. To jej powinienem poświęcić każdą chwilę. Pokazać w czynach, a nie tylko w mowie, że jest dla mnie całym światem. W moim oku zakręciła się łza. Chciałbym przytulić moją Laurę, wdychać zapach jej włosów, poczuć na swojej skórze jej oddech.

— Kochanie, wróć do domu — mój głos drżał.

— Zostanę u Joanny przez kilka dni.

— Przyjadę po ciebie, daj mi pół godziny.

— Moja odpowiedź brzmi nie. — Rozłączyła się.

Spojrzałem na kursor migający na monitorze. „Moja odpowiedź brzmi nie”, powiedziała moja bohaterka.

Żeby zdusić w sobie rozpacz, wróciłem do pisania.

Postanowiłem zrezygnować z działań zaczepnych i przejść do ataku. W tym celu musiałem wyrwać ją ze znanego jej świata i umieścić w nieprzyjaznym środowisku. Skazać na swoją opiekę i sprawić, żeby mi zaufała. Nie zastanawiałem się już nad konstrukcją dramatu. Chuć kazała mi działać.

Krok trzeci. Muszę ją mieć

Lokal był mroczny, w powietrzu unosił się zapach testosteronu i wody po goleniu, której nie żałowali sobie bywalcy. Gęby spuchnięte jak u bokserów po walce, bary szerokie, tatuaże wyziewały z rękawów marynarek, skórzanych kurtek lub dresów. Brązowa boazeria pokrywała ściany. Posadziłem ją przy barze, żeby miała wszystko jak na dłoni. Spojrzała na rząd boksów, pooddzielanych od siebie drewnianymi ściankami na wysoki połysk. Tak, żeby zapewniały intymność gościom. Mimo że nie widziała gestów, ani mimiki mówiących, siedziała nieporuszona z uniesioną głową. Przysłuchiwała się rozmowom.

— Ty, no i dorwaliśmy go w nocy, kiedy zamykał interes. Wzięliśmy go z zaskoczenia. Pogadaliśmy sobie o jego żonie i dzieciach, nazwy szkół i te sprawy… — mówił bandzior w pierwszym boksie.

— Dobre, o dzieciach! — roześmiał się jego koleżka basem.

Wciąż siedziała, spokojna, rozluźniona jakby prowadziła jeden ze swoich wykładów, a przecież nie tak miało to wyglądać. Powinna się przestraszyć i wpaść w moje ramiona!

— Niech to, a córkę ma? — zaśmiał się bandzior numer jeden.

Musiała się domyślać, co to za element. To nie były cytaty z Ojca Chrzestnego, oni rozmawiali o własnych wyczynach!

Strzepnęła włosy z ramienia i dotknęła dłonią szyi. Uwielbiałem u niej ten gest. Spojrzała na faceta przy barze, wysokiego jak tyczka rudzielca z czupryną niedających się ujarzmić włosów. Jej wzrok zaledwie go musną i powędrował gdzieś dalej. Zaraz złoży zamówienie. Chciałem ją usłyszeć.

— Poprrroszę o zieloną herrrbatę i drrrożdżówkę — powiedziała tym swoim głębokim głosem. — Albo nie… Ppprrroszę…

Zmieniała zdanie, to do niej niepodobne!

Znów spojrzała na rudego facet przy barze. Tym razem przytrzymała na nim wzrok. Czy rozpoznała we mnie swojego studenta?

— Poprrroszę o lampkę czerrrwonego wina, co by mi pan polecił?

Wino? Przecież ona nie pije alkoholu!

— Świetnie, uwielbiam Rrrioję — przytaknęła głową na znak uznania.

Wciąż się jej przyglądałem, w myślach wychwalałem swoją pomysłowość. Ściągnąłem Boginię do speluny! Dwa doktoraty, światowej sławy ekspert od teorii liczb. Jako pierwsza udowodniała, że nie ma uniwersalnego algorytmu do rozwiązania równania diofantycznego. Musiała odgadnąć moją grę, ale nie dała tego po sobie poznać.

— Świetne ta Rrrioja, poprrroszę jeszcze rrraz — odezwała się.

Darek, mój najlepszy przyjaciel jeszcze z liceum, średniego wzrostu brunet w typie Włocha, ubrany w ciemny garnitur w białe prążki i różową koszulę, wdał się w rozmowę z krępym indywiduum w aksamitnym dresie z wielkim złotym sygnetem na kciuku pulchnej dłoni. Miał mi pomagać, a nie włóczyć się po lokalu!

— Jakby ci się znudziła daj znać, widzę w niej potencjał — powiedział Sygnet.

Obróciła się na krześle i spojrzała w tamtą stronę. Otaksowała wzrokiem Sygneta, jej usta wydęły się w wyrazie dezaprobaty. Myliłem się w stosunku do Darka, to był dobry ruch.

Darek podszedł i położył dłoń na jej pośladku. Tego już było za wiele!

Zostaw ją, odejdź, bo napytasz sobie biedy! Miałeś być dla niej przestrogą, wystąpić tylko w krótkim epizodzie, potem zniknąć na zawsze.

Odepchnij jego dłoń. Powiedz: „Muszę już iść”

— Muszę już iść. — Sięgnęła po torebkę.

— Będę z tobą szczery. Dostrzegłem, że brakuje ci czułości. — Ostatnie zdanie Darek wymówił tak głośno, że kilku bandziorów z pierwszego boksu wychyliło się i spojrzało w ich stronę.

— Na drugą nóżkę — Darek zwrócił się do barmana.

— Na mnie już czas. Dobrrranoc. — Ześlizgnęła się ze stołka. wyjęła z portmonetki sto złotych i położyła na barze.

Darek zastąpił jej drogę.

— Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski, Słowik to, a nie skowronek się zrywa — przymrużył powieki podczas recytacji. Spisał się na medal.

— Ta pani chce wyjść. — Stanąłem w jej obronie.

—Bolo!— To Darek zwrócił się do Sygneta — Ten młody człowiek prosi się o kłopoty!

Sygnet zaryczał tubalnym śmiechem, ale nie ruszył się z miejsca. Zorientowałem się, że służył za statystę.

Barman, idąc jej na odsiecz, postawił przed Darkiem wypełnioną po brzegi kryształową szklankę z bursztynowym whiskey.

Uśmiechnęła się i kręcąc biodrami ruszyła w stronę wyjścia.

— Nocą budzą się demony! — krzyknął do jej pleców Darek. Reszta towarzystwa zareagowała śmiechem.

Gdy rozum śpi budzą się demony, tak brzmiał poprawny tytuł dzieła Francisco Goyy, znała go, ale szkoda jej było energii na korygowanie Darka. Miała w sobie tyle godności. Wracała do domu, przytulnej starej willi w parku. Drogę zastąpił jej facet w czarnym rozkloszowanym płaszczu. Przystanął i zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i w obleśnym geście oblizał sobie wargi. Znalazła się w piekle! Jak z tego wybrnie?

Uniosła głowę, jak królowa, nawet nie obrzuciła go spojrzeniem.

Facet w płaszczu zmniejszył się, a po chwili zniknął w jednym z boksów.

— Odwiozę panią doktor! — Stanąłem obok.

Skinęła na płaszcz, który zostawiła na wieszaku przy wejściu. Zachowywała się jakby była na salonach, a nie w mordowni. Sięgnąłem po płaszcz i pomogłem założyć. Otworzyłem drzwi lokalu i podszedłem do samochodu, który pożyczyłem od Darka. Czarne BMW z rejestracją, na której widniał napis „Dópa”. Darek celowo zrobił błąd ortograficzny, uznaliśmy, że to lepsze zabezpieczenie przed złodziejami niż alarm samochodowy.

Wiatr przeszył nas chłodem, oboje wciągnęliśmy w płuca powietrze cuchnące odorem spalin. Zaczynało kropić. Otworzyłem drzwiczki od strony pasażera, usadowiła się w fortelu. Uniosłem delikatnie połę jej płaszcza i wsunąłem do samochodu, zamknąłem drzwiczki. Włączyła odtwarzacz empetrójek, tę opcję też przewidziałem. Z głośników płynął refren utworu:

Dzisiaj przez Ciebie cały płonę 
Twe ciało rozpalone jak okręt gdzieś na morzu w nim zatonę
Jestem teraz tylko dla Ciebie więc daj mi całą siebie mała 
Twój dotyk mnie zniewala

— Cóż za trrrafne podsumowanie wieczorrru! — powiedziała. — No no, nie doceniłam cię — roześmiała się perliście, a jej oczy zaszkliły się od łez.

Po raz pierwszy usłyszałem jej śmiech. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Przywarłem do mojej Bogini. Całowałem jej szyję, a ona topniała pod moją pieszczotą.

— Wyciśnij ze mnie wszystkie soki, niech świat się zatrzęsie — mówiła. — Rrrozprrruj na pół. Tak mi dobrze! Dotykaj, pieść moje pierrrsi, brzuch, terrraz szyja! Tak, tak, tak. A terrraz zedrzyj ze mnie te pokutne szaty. Przyjrzyj mi się. Zobacz jaka jestem piękna. A terrraz całuj. Zjedz mnie całą! Rrrżnij, Rrrasputnie!

Jak ja kocham ją kochać.

— To o nas?

— Kto to mówi? — Rozgorączkowany pożądaniem zatraciłem kontakt z rzeczywistością. Dopiero po chwili zorientowałem się, że pochylała się nad monitorem.

— Kurrrwa, napisałeś o nas, Rrrasputinie? — Laura po raz pierwszy od lat nazwała mnie w ten sposób.

— Wróciłaś! — Podniosłem się z fotela i wziąłem ją na ręce. Zaniosłem do sypialni. Nie opierała się, a ja nabrałem pewności, że wiem jak uratować nasze małżeństwo.

Pisać już nie zamierzałem, brakowało mi wyobraźni.