Wszystkie wpisy, których autorem jest Katarzyna Sikora

Zmarnowany czas.

Mam pierwszy komentarz!

A niech mnie, jednak ktoś tu przychodzi i czyta!:D

Czyli to nie jest całkiem zmarnowany czas…

Taka wiadomość i to przy poniedziałku! Serce mi rośnie, a w duszy  gra. I znów wstąpiła we mnie nowa energia.

Wracam do obróbki skrawaniem.  Na ostateczne zakończenie mojej książki mam tylko cztery dni. I chyba zaczynam wpadać w panikę.

Pozdrawiam Was wszystkich  i życzę miłego tygodnia.

PS. Pani Hanno, dziękuję za pierwszy wpis.

O tym jak książka napisała się sama.

Gdy wreszcie nastał sądny dzień, dzień, w którym napisałam magiczne słowo KONIEC, popłakałam się ze szczęścia. A gdy łzy wyschły, jeszcze tego samego wieczora skopiowałam moją powieść i z bijącym sercem wysłałam ją swoim pierwszym czytelnikom. Później przez kilka tygodni klikałam w swoją skrzynkę na Gmailu i czekałam na wieści. Nie muszę chyba mówić, jakie targały mną emocje.

Aż wreszcie po blisko miesiącu na moim mailu pojawiła się pierwsza opinia. Otwierałam ją drżącą ręką i dopiero po jej odczytaniu, doszło do mnie jak trudnym i żmudnym procesem jest pisanie powieści.

– Jej, ty naprawdę napisałaś powieść, a potem padło to zdanie: Część z wątków nie zostało domkniętych! – A pode mną ugięły się nogi. Jak to możliwe, że tego nie zauważyłam! Dlaczego nie przejrzałam książki uważnie, zanim zmarnowałam czyjś cenny czas!

Szybko posłałam maile reszcie moich potencjalnych czytelników:

— Nie czytaj, proszę wstrzymaj się, muszę to jeszcze poprawić! Daj mi tydzień! Jak bardzo się przeliczyłam, dając sobie zaledwie siedem dni, powiem przy kolejnej okazji.

Jeszcze tej nocy postanowiła zamknąć wątki, które wcześniej umknęły mi w chaosie idei.

Przeczytałam sto pięćdziesiąt stron maszynopisu, a nad ranem miałam już wynotowane wszystkie niedociągnięcia. To wtedy po raz pierwszy poczułam się jak w domu. Miałam konkretny cel – dokończyć niedokończone wątki, ale tylko te najlepsze. Reszty postanowiłam się pozbyć, nie miałam na ich dokończenie pomysłu już za pierwszym razem, dlatego podświadomie je porzuciłam. Nie było sensu męczyć się z nimi, bo nie tylko gmatwały moją przewodnią ideę, ale jeszcze wisiały nade mną jak kat i odbierały chęć życia. Więc po co tracić na nie czas? I gdy wysortowałam kilka najcenniejszych wątków, pozbywając się reszty. Stał się cud.

Pisało się samo, nie musiałam się wysilać. Bez wysiłku powstało pięćdziesiąt stron. Nie wiedziałam nawet kiedy i nigdy jeszcze nie pisało mi się z taką lekkością. Moja wyczyszczona i pocięta książka zamiast skurczyć się, napęczniała.

Ciekawa jestem, jak Ty radzisz sobie z plątaniną wątków? Pisz w komentarzach.

 

Obiecanki cacanki…

Niektórzy nie powinni nic deklarować, bo to im przynosi pecha! A ja zdecydowanie do tych pechowców należę. Na naniesienie ostatnich poprawek dałam sobie dwa tygodnie, tymczasem trzy dni już minęły, a ja nie zrobiłam prawie nic.

Tym razem moje dziecko jest chore i snuje się za mną przez cały dzień, oczekując ciagłej interakcji. W efekcie na zmianę gramy w „Uno” albo „Labirynt”. Wciąga jak cholera.

Tyle że w takich warunkach po prostu nie da się pracować, powtarzam sobie, a na potwierdzenie przez moją głowę przewija się masa dowodów na to, że niestety mam rację. O choćby taki Steven King w „Dallas 63” postawił śmiałą tezę, że przeszłość bywa nieustępliwa, a ja włócząc się z kąta w kąt, szukam usprawiedliwienia dla mojego nieróbstwa, zatanawiając się czy tak samo jak z przeszłością nie jest z przyszłością, może ona też bywa nieustępliwa?

A może to znak, że nie należy się śpieszyć tylko jeszcze sto razy przejrzeć tę książkę za nim ją pokarzę?

I tak zamiast szlifować kombinuję.

Ciekawa jestem jak Ty tłumaczysz sobie te chwile słabości? I czy warto się tym trapić, czy może na chwilkę odpuścić, zresetować się i dopiero z nową energią przystąpić do pracy.

Będę wolnym człowiekiem!

– Skończ to durne poprawianie – wywrzeszczał dziś mój mąż, który w zasadzie jest siłą spokoju.
– Faktem jest, że może przesadzam. Od roku szlifuję tę książkę. Ale przecież gdy zabierałam się za powieść, nie umiałam jeszcze pisać. Zanim powstało to co mam, przepisałam ten kryminał trzykrotnie – tłumaczę się, przyparta do muru.
– Co ci jeszcze zostało?
– No, poprawić nowy rozdział i nie wiem czy kolejność tych dwóch scen nie powinna być inna…
– Co jeszcze? Pisz!
– Sprawdzić czy czas się zgadza, bo trochę się namieszało. Żeby było szybciej, moje wydarzenia dzieją się równolegle w Genewie i Singapurze. Zdarzało się, że zamiast dodać siedem godzin do czasu genewskiego, odejmowałam przez pomyłkę. Muszę to sprawdzić… – mówię, a on notuje swoim kulfoniastym pismem.
– Co jeszcze? – pyta mój kat.
– No, wiesz czy jedna scena wynika z drugiej, bo zmieniłam sekwencję i teraz już nie jestem pewna!
Wreszcie Jarek wypisuje na kartce moje imię…nazwisko i karze podpisać.
– Krwią? – pytam
Patrzy na mnie, nie odzywa się…czeka. Podpisuję i czuję ulgę – to prawie koniec.

Za tydzień, góra dwa skończę z tym! Przez dobę będę wolnym człowiekiem! A potem zabiorę się za mojego seryjnego mordercę, ta fabuła czeka już w mojej szufladzie.

29.01.2012
Katarzyna Sikora

Tak na marginesie, zmieniłam nazwę bloga.

KatarzynaSikora.pl to mój nowy adres, mam też „stary” – KasiaSikora.pl.

– Ale jego nazwa brzmi zbyt infantylnie – twierdzi mój stały krytyk, na którego opinii bardzo mi zależy.

Skąd to zamieszanie? Otóż mieszkam za granicą i wymowa mojego imienia w żadnej z wersji nie brzmiała jak polska Kasia. Katarzyna z wymawianym osobno „r” „z” i „i” w miejsce „y”, jest  jak odgłos skrobania tępym narzędziem po tablicy, oj, na samą myśl o tym rozbolały mnie zęby. Za to Kasia, wymawiana po angielsku, kojarzy się z gotówką, a w wersji francuskiej z firmą Casio. Drogą kompromisów cash i Casio zostały przyklepnięte. Zostałam Cashyą, zresztą co autor to inna pisownia.

Guru zmusił mnie do przemianowana nazwy na Katarzynasikora.pl i niech mu będzie.

Tyle że najbardziej żal mi komentarzy, które pojawiły się na moim „starym” blogu.

– Komentarzy się nie przenosi – mówi mój guru, a we mnie się gotuje.

Jak Ty postąpiła byś na moim miejscu? Napisz, proszę, w komentarzach.

O tym jak cięłam moją powieść.

Gdy zabierałam się za pisanie książki, niewiele o tym wiedziałam. Tak, oczywiście, że przeczytałam lektury obowiązkowe: Dwight’a Swaina’a „Warsztat pisarza”, Stevena Kinga „On writing”, Paula La Roque „The book on writing” i wiele innych. Brałam też udział w kursie pisarskim na www.pasjipisania.pl. Teoretycznie byłam więc przygotowana. W praniu dopiero wyszło, jak wielkie mam braki.

Gdy siadałam nad tą symboliczna białą kartką, dostawałam słowotoku i czasem ponosiło mnie tak bardzo, że wynurzenia bohaterów miały się nijak do oryginalnego projektu. Owszem wydawały się zabawne. Miałam wrażenie, że sporo wnoszą, ale co najważniejsze —  moja powieść robiła się coraz grubsza.

O ile na początku zastanawiałam się, skąd wziąć tyle idei, żeby zapełnić nimi całą książkę, to w trakcie okazało się, że pomysły wylewały się z poziomów mojej podświadomości. Każdego dnia powstawały nowe strony tekstu, później były ich już dziesiątki, aż wreszcie przekroczyłam upragnioną setną stronę i grzałam dalej. Byłam w wniebowzięta. Tyle napisałam! Jej, jak to możliwe?

Udało się, myślałam, licząc znaki i słowa oraz ilość stron. Napisałam książkę!

Myliłam się, to co napisałam to ponad setka stron, urwanych myśli i niedokończonych idei. Bo nagle zrobiło ich się, tyle że trudno mi było nad tym zapanować. Dopiero wtedy zrozumiałam, na czym polegał mój błąd.

Nie chodziło o ilość słów, ani mnogość idei. Chodziło o to żeby tych kilka faktów, które motywowały moich bohaterów, zakotwiczyć w świadomości czytelnika tak skutecznie, żeby już nic nie trzeba było wyjaśniać.

Eureka!

Wreszcie miałam plan – skoncentrować się na jednej myśli na głowę każdego z bohaterów. Chodziło o myśli, czy też epizody, które motywowały ich do działania. Ale nie tylko, chciałam żeby  postrzeganie tych samych epizodów, zmieniało się wraz z rozwojem wypadków i ewoluowaniem świadomości bohaterów. Moja główna postać – Anna Wiendszyld, w chwilach wzburzenia, zamiast setek przemyśleń na różne tematy, teraz już widziała tylko jedno wydarzenie, gdy  pozowała do zdjęć, które jej mąż robił jej w Paryżu. Tyle że w miarę jak postać ewoluowała, zmieniało się także postrzeganie tego konkretnego epizodu. Najpierw Annę bawiły te zdjęcia, potem niepokoiły […], aż wreszcie uznała, że były ostrzeżeniem.

No i jeszcze coś, wracając do cięć. Wydawało się, że będę musiała wywalić co najmniej połowę tekstu. I mocno się zdziwiłam, gdy tych niepotrzebnych fragmentów okazało się być zaledwie kilkanaście. Z czego każdy zajmował nie więcej niż dwieście, no może, trzysta słów, czyli maksymalnie 15 minut pisania na brudno. To mniej niż sądziłam. Teraz nie mam już problemu z wycinaniem, straty tekstu są niewielkie, a zyskany czas bezcenny. To jak gotowanie obiadu w wysprzątanej kuchni;D

Ciekawa jestem, jak Ty radzisz sobie z wycinaniem. Pisz, proszę, w komentarzach.

Jak ze 150 pociętych stron zrobiło się 200, o tym w następnym wpisie.

O tym jak sześć miesięcy rozciągnęło się w szesnaście.

Steven King pisze w swoim poradniku „On writing”, że pisanie jest rzeczą ludzką, a poprawianie boską.

Nie mogę nie zgodzić się z moim Mistrzem, choć mi już pisanie sprawiało nie ludzką, ale boską przyjemność.

Minęło pół roku i gdy sądziłam, że napisałam książkę, okazało się, że to dopiero początek. Porwałam się na ten projekt z entuzjazmem dziecka. No, zapytaj któregoś kilkulatka czy umie rysować? Każdy powie ci, że tak. Ja też byłam pewna, że umiem. Dopiero później zobaczyłam, jak marne było to moje pisanie.

Na początku najważniejsze było to, że robiłam postęp. Pisałam średnio pięć godzin dziennie. A efekt był taki, że to co napisałam w drugim miesiącu, było dwa razy lepsze od tego co stworzyłam w pierwszym. Leciało arytmetycznie. Dlatego szacowałam, że za sześć miesięcy moje umiejętności będą jedenaście razy większe niż na początku. Wszystko jest kwestią wprawy. Naprawdę w to wierzę i nigdy nie dałam się nabrać na te bajki o talencie, że niby bez niego ani rusz. Moim zdaniem wszystko można wytrenować, tak jak mięśnie nóg. A mózg to to tylko kolejny mięsień, wmawiam sobie każdego dnia, gdy zabieram się do pracy.

Wreszcie po sześciu miesiącach po raz pierwszy wydrukowałam moje dzieło. Wyglądało imponująco – 150 stron A4 leżało przede mną na stole w jadalni, który przemianowałam na moje biuro.

Z góry zakładałam, że praca nie jest ukończona, jednak wierzyłam, że zaledwie kilka poprawek dzieli mnie od spełnienia marzeń.

Dopiero lektura wydrukowanego dzieła, dała mi pełen obraz sytuacji. Było fatalnie, do bani, ja nie umiałam pisać! Gdyby ktoś to zobaczył, skompromitowałabym się na całego – tempo nierówne, pourywane i niedokończone myśli, bohaterowie jak stado klonów bez twarzy. Jak to się stało? Na czym ja jechałam przez ostatnie pół roku? Kto podsypywał do mojego jedzenia extazy?

W pierwszym odruchu, chciałam podrzeć te kartki, zapomnieć i nigdy już do tego nie wracać. Ale uwierz mi, nie da się podrzeć takiej ilości papieru naraz, nie da się tego zgnieść, ani zjeść. Poskładałam więc na stosik moje stracone pół roku. Długo gapiłam się w sufit, aż wreszcie podjęłam decyzję.

Nie poddam się. Dowiem się jak to poprawić i spełnię moje marzenie. Napiszę tę książkę i wrócę wśród żywych.

W końcu było też coś, co udało mi się już w pierwszej wersji – klimat, w którym toczyła się aukcja, oddałam bez zarzutu, no, i miałam scenariusz dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Musiałam pociągnąć to dalej.

A w czym ty czujesz się mocna? Pisz, proszę, w komentarzach.

O tym jak cięłam, wyrzucałam i nie było mi żal w następnym wpisie.

Napisałam powieść.

Moje marzenia spełniły się. Czekałam z tym pisaniem dwadzieścia jeden lat, a gdy wreszcie usiadłam przed monitorem i wklepałam pierwsze, jak radzą teoretycy „porywające zdanie”, coś pękło i słowa popłynęły ze mnie jak woda w rwącym, górskim strumieniu.

Cokolwiek się miało stać, gdy siedziałam nad klawiaturą, nieprzytomna ze zmęczenia, ale szczęśliwa, wiedziałam, że już nic mnie nie zatrzyma, skończę tę powieść i zrealizuję marzenia.

Pisało się szybko, jak już mówiłam, bo dostałam słowotoku. Zaczęłam 30 października 2010 roku, a skończyłam 8 maja 2011. I po pół roku postawiłam ostatnią kropkę.

Łzy szczęścia kapały mi na dłonie, gdy pisałam to tajemne słowo – „Koniec” i te łzy nie wysychały dopóki nie poinformowałam całego mojego świata, że napisałam powieść, że nosi tytuł „Rubinowa twierdza”, i że moje marzenia się ziściły.

Jak bardzo się wtedy myliłam i jak wiele jeszcze dzieliło mnie od spełnienia marzeń, opowiem w najbliższym wpisie.

A co z Tobą, wciąż marzysz? Czy zaczęłaś już pisać? Opowiedz o tym w komentarzach.

Muzo, wróć!

Święta, święta i po świętach, a chata wciąż pełna i nawet zamykanie się w sypialni nie pomaga. Nie da rady odciąć się od świata zewnętrznego i zamknąć w wewnętrznym, kiedy za drzwiami słychać chrzęst rozgniatanych orzechów, a zapach obieranych mandarynek drażni nos, pociecha ma ferie i wciąż „potrzebuje pomocy”… A za pół godziny trzeba podać podwieczorek.

Moja desperacja sięga zenitu, jeszcze chwila, a zacznę wrzeszczeć lub walić głową w ścianę, bo co mi pozostało… łup, łup, łup!

Nie pomogło. Poddałam się. Chodzę rozdrażniona i szukam pretekstu do kłótni. A jeszcze tak niedawno, kiedy to było, tydzień temu? Cytowałam Nietzschego „Początkujący twórca szuka koncentracji, a z czasem to ona szuka jego…” czy jakoś tak?! Pomocy, jak to leciało?

Jak Ty radzisz sobie z koncentracją? Pisz, skorzystam z każdej rady!