Wszystkie wpisy, których autorem jest Katarzyna Sikora

W poszukiwaniu ZEN. Część druga

 

Wciąż w Tokio

W Japonii sprzedają między innymi słodycze, które należy sobie zrobić samemu. Kilka saszetek proszku, jakichś płynów, foremki i po odpowiednim zmieszaniu składników otrzymuje się produkt finalny. Wszystko jak zwykle w miniaturce, ale co dziwi najbardziej nic się nie marnuje, bo składniki i foremki są idealnie dobrane.
To właśnie łakocie „zrób to sam” stanowiły inspirację naszej japońskiej wycieczki. Powinniśmy zacząć od słodyczy.
Aż tu nagle okazało się, że mąż nie może namierzyć laptopa, pal licho komputer, ale w etui były nasze paszporty!
Po dedukcji doszliśmy, że nasze dokumenty musiały zgubić się na lotnisku.
Zabraliśmy ze sobą nasz przenośny internet, był na wyposażeniu mieszkania można taki ewentualnie pożyczyć na lotnisku, albo kupić gdzieś kartę internetową, natomiast dzwonić z zagranicznych telefonów nie da się z Japonii. Przez Skype udało się dodzwonić do punktu lotniskowej informacji, który właśnie przekierował nas do odpowiedniego organu, podczas gdy ja w duchu prosiłam, żeby to był departament rzeczy znalezionych, a nie zagubionych.
Opatrzność mnie wysłuchała.
Tym razem metrem i pociągiem dojechaliśmy na lotnisko, przemiły młody człowiek sporządził dwustronicowy dokument, dowód naszego roztargnienia.
Po serii czołobitnych skłonów z naszej strony wyrażających mieszaninę ulgi i wdzięczności ruszyliśmy w miasto.
Targ rybny w Tokio to mekka turystów, tyle że trzeba się tam stawić o drugiej nad ranem lokalnego czasu, żeby wziąć udział w przetargu na gigantycznych rozmiarów okazy tuńczyka i innych morskich potworów.
W rejonie znajduje się masa restauracji, a bliskość targu gwarantuje świeżość produktów. Potem okazało się, że świeższe niż te w restauracjach są te sprzedawane w supermarketach. Tyle że mówię o skali japońskiej, bo tu wszystko jest świeże i nawet zwykłe krewetki smakują jak nasz homar.

Wybraliśmy lokal z pismem obrazkowym, tj. ze zdjęciami serwowanych dań. Traf chciał, że były pod nimi i angielskie opisy. W większości lokali na witrynach wystawione są plastikowe próbki jedzenia. Przed wyjazdem nasłuchałam się legend o znajomych znajomych, którzy przez dwa tygodnie nie wiedzieli, co jedli. Moim zdaniem łatwo się w tym zorientować, pomijając drobne wpadki, w mojej misie kawioru znalazły się znienawidzone przeze mnie jeżowce, obrzydlistwo! To moja wina chciałam spróbować tego „pomarańczowego”, bo na zdjęciu wyglądało apetycznie.
Właściciel knajpy w jakimś bliżej nieokreślonej przeszłości wygrał przetarg na ogromniastego tuńczyka, informacja o tym wiekopomnym wydarzeniu co i rusz pojawiała się na monitorze telewizora umieszczonego nad stanowiskami kucharzy. Leciało po japońsku, ale odczytanie radości widocznej na twarzy krępego facecika w białym fartuchu nie wymagało tłumacza.
Po wrażeniach dnia, wciąż na jet lagowym haju odleciałam. Pokochałam ten kraj kraj; ludzi, którzy odnaleźli nasz komputer i przekazali w dobre ręce; moment, w którym wchodzi się do klimatyzowanej restauracji, a kelner stawia na stole dzban wody z lodem (wodę dają w lokalach za darmo, w niektórych także zieloną herbatę); kelner podaje gorące ręczniczki do przemycia dłoni (twarzy nie wypada wycierać w restauracji); widok dań na talerzach innych gości zapowiadał orgię smaków. Polubiłam przesympatycznego kucharza, który obsługiwał naszą trójkę; zimne piwo, słabe z kategorii babskich; tutaj nic złego zdarzyć się nie mogło. Trafiliśmy do raju, a z jet lag’iem wreszcie się dogadamy.
W wybornych nastrojach najedzeni po uszy, a wręcz czoła, opuściliśmy lokal, aby wrócić do bazy.
Tylko… i tu pytanie zawisło w powietrzu:
– Gdzie my, do diabła, mieszkamy?!
Mąż w popłochu wyjął z kieszeni komórkę, bateria się wyczerpała!
– Spokojnie, ja to załatwiałam, muszę mieć adres w mailu – uspokoiłam.
Zaczęłam szukać i w tym momencie siadł nasz przenośny internet, wyczerpała się bateria.
Nie było powodów, żeby wpadać w panikę, cóż to, że dochodziła dwudziesta druga i mieliśmy się wcześniej położyć, przecież byliśmy na wakacjach. Wystarczyło znaleźć jakiś supermarket, czy sklep sieciowy, tam na pewno będą mieli internet.
Znaleźliśmy sklep. Złapałam sieć. Cudownie, wystarczyło zaakceptować cokolwiek, czego ode mnie żądali i będziemy w domu.
– Zostało mi 14 procent baterii, a wszystkie instrukcje po japońsku! – Moje wakacyjne wyluzowanie, zaczęło odpływać.
– Czy mogę w czymś pomóc – zapytał, trzymający się prosto sześćdziesięciolatek w okularach w złotych oprawkach, odprasowanej błękitnej koszuli, bardzo zadbany.
– Tak! – krzyknęliśmy unisono.
Nasz dobroczyńca nie znał się na internecie, ale ze stoicką cierpliwością tłumaczył japońskie napisy, a kiedy wreszcie udało się wlogować, co trwało lata całe, zaczęłam szukać maili z adresem naszego przybytku, tylko, że ich tam nie było. Musiałam je wykasować. Wcięło. Bateria zaczęła piszczeć ostrzegawczo, zaraz i mój telefon miał dokonać żywota.
Co teraz?! Byliśmy bliscy rozpaczy. Dobrze, że udało mi się wysłać Nat do supermarketu, żeby sobie „pozwiedzała”, przynajmniej ona nie musiała się martwić.
– Laptop! – przypomnieliśmy sobie o odnalezionej zgubie.
Miał baterię, co graniczyło z kolejnym cudem, w dodatku był na nim adres naszej bazy. Trzeba było przejść na nowo procedurę wlogowywania się po japońsku. Z czasem okazało się, że Seven Eleven ma najfajniejszy serwis, wystarczy znaleźć się w zasięgu ich netu i już działa.
Mniej więcej po godzinie udało nam się wreszcie ustalić gdzie mieszkamy. Nasz uradowany dobroczyńca zaoferował się, ze odprowadzi nas do stacji metra. Podejrzewałam, że ogromną ulgę przyniosłoby mu nie tylko odprowadzenie nas do metra, ale wręcz pod drzwi naszej bazy, choć od domu dzieliła nas godzina podróży.
Nagle cały stres opadł z nas i znów wstąpił zew przygody. Nie chcieliśmy jeszcze wracać.

Dobroczyńca odszedł wyraźnie urażony, nie zamierzał tego ukrywać, choć po mojemu on chyba nie potrafiłby niczego udawać.
Jak do diaska ten naród dał się wplątać w rozruchy wojenne? Powiedzmy, że wystarczyło posłuszeństwo i wiara w autorytety. Ale Japończycy byli ponoć bardzo okrutni, a tego to co nimi kierowało, zupełnie nie potrafię ogarnąć.

Do napisania

P.S. O zniszczonych strojach kąpielowych na yugawarskiej plaży w następnej części wyprawy.

W poszukiwaniu ZEN, część pierwsza.

 

Kolega namówił mnie do napisania wspomnień z Japonii. Wahałam się. Spędziłam tam dwa tygodnie, ale prawdę mówiąc niewiele poznałam z mentalności Japończyków. Nie znam języka, nie mogłam podsłuchiwać rozmów, choć wieczorne wiadomości nadzwyczajnie przypominały te nasze europejskie, trochę polityki; ekonomii; miliony tokijczyków w basenach miejskich pływalni, jedni pływacy trącali głowami o stopy drugich, tak bardzo dały im się we znaki upały, że dla odmiany tłoczyli się w wodzie; pandziątko, które urodziło się w zoo, wywiady z odwiedzającymi pandzią mamę „kawai” (*urocze), mówili wszyscy przesłuchiwani, z dziecięcym entuzjazmem, dla mnie grubo przesadzonym, jakby podsumowała Jane Austen – „wydawać by się mogło, że jedzą za dużo kremu”; tylko sporty inne: krykiet i sumo. I inna oprawa graficzna, nawciskane tam było wszystkiego, nad speakerem pod speakerem i po obu jego stronach roiło się od japońskich krzaczków i jakichś wykresów z wykrzaczoną numerologią zarówno na osi x jak i y.

Jak tu pisać o Japonii skoro zwiedziłam tylko Tokio i Yugawarę? Nie zrobiłam też gruntownego reaserchu.

Po kilku wieczorach spędzonych na przekopywania się przez net stwierdziłam, że chcę dać się zaskoczyć egzotyce, zanim oswoję się z nią zawczasu. Może to głupie, mogły ominąć mnie jakieś imprezy, które szykowano na czas mojego pobytu 😉 , ale trudno. Jak poznawać to na całego.

Tak oto w środku japońskiej nocy znaleźliśmy się w Tokio. Wykończeni podróżą postanowiliśmy wybulić za taksówkę i bezproblemowo dotrzeć do tokijskiego domu. W Tokio nie ma adresów, zaledwie jakiś numer i nazwa rezydencji. Mało tego mapy Tokio, ani w ogóle Japonii nie chcą się wgrywać w telefoniczną nawigację. Dopiero w trakcie pobytu okazało się, że kilka ulic jednak nazwano, ale tylko w nielicznych dzielnicach.

Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, tym bardziej nie chcieliśmy ryzykować błądzenia po gigantycznym mieście z wykończoną trzynastolatką. Taksówkarz po dowiezieniu nas w naszą uliczkę przez dobre dwadzieścia minut bezinteresownie szukał naszego lokum. Czekał do momentu, kiedy udało nam się otworzyć zakodowany schowek na klucz, a wreszcie drzwi, dopiero kiedy upewnił się, że mamy gdzie spać, odjechał. Niesamowity facet, pomyślałam wtedy. Z czasem okazało się, że nie on jedyny.

Po dotarciu do mieszkania, rozłożeniu materacy na matach, wszystkie pochowane w szafie, pościeleniu leżanek, zmęczenie ze mnie opadło. Ciekawa świata pomaszerowałam do mijanego autem Seven Eleven, pokaż mi co jesz, a powiem ci kim jesteś 🙂

Na półeczkach, bo wszystko tam było w miniaturce, leżały wytwory z ryżu. Trójkąciki wielkości cztery na cztery i cztery centymetry, owinięte płatami z alg z nadzieniem łososiowym, tuńczykowym, kawiorowym, a nawet z dorsza. Sałatki w woreczkach o wymiarach dziesięć na dziesięć centymetrów, sushi w długich rulonikach, boczek pieczony pakowany w porcyjki po 25gram. Swoją drogą wieprzowiny jadzą tam prawie tyle, co ryb. Wszystko tak maleńkie, że najedzenie się do syta wymagałoby skompletowania co najmniej dziesięciu japońskich zestawików. Nie lubię ryżu na zimno, dlatego dorwałam się do boczku i miniaturowej porcji pomidorów, cztery cherry w paczuszce i pożarłam trzy dokładki zanim zapłaciłam. Mroczki migały mi przed oczami na widok barwnych napojów w wersji mini, którymi wypełniony był rząd dwudziestu lodówek, a gdzie woda?

Poprosiłam, o wskazanie mi lodówki z wodą. Sprzedawca z entuzjazmem dwunastolatka w półukłonie pobiegł do właściwej chłodziarki, wzięłam dwie dwulitrowe butle. Muszę mieć dużo wody, coś tu jest na rzeczy, ale nad tym niech zastanawiają się już moi biografowie 😉

Sprzedawca wciąż i wciąż kłaniał mi się w pas, a ja jako, że należę do osób grzecznych odkłaniałam się za każdym razem. Z czasem okazało się, że kłaniać się tam wypada, a wręcz trzeba, wszystkim i za każdym razem. Mało tego odniosłam wrażenie, że to to rodzaj potyczki na ukłony, do kogo należy ostatnie słowo… ups ukłon, ten zdaje się być górą.

Wracałam do „bazy” wąskimi uliczkami, nasz kierowca musiał złożyć lusterka boczne, żeby tam wjechać.

Zachwyciły mnie schodusie, drzwiczki i okienka japońskich domków, wszystko to rodem z Shoguna z Richardem Chamberlainem. Serio, pomijając bloki mieszkalne i rezydencje, też maleńkie, ale bardziej europejskie, architektura niczym nie różniła się od tej serialowej.

Następnego ranka posnuliśmy się z mężem w poszukiwaniu dobrej kawy, nie udało nam się takiej namierzyć do końca pobytu w Japonii. Próbowaliśmy nawet we włoskich knajpkach, ale bez sukcesu. Upał i zaduch były zresztą tak męczące, że szybko przerzuciliśmy się na kawę mrożoną, którą kupowaliśmy w vending maszynach, tych w Tokio jest masa, doszukałam się przed chwilą informacji, że na jedną przypada 23 tokijczyków, tokijczyków jest grubo powyżej 13 milionów, a roczny przychód z maszyn wynosi 60 miliardów dolarów. Mogą sobie doliczyć ekstra procent zysków za te nasze degustacje 😉

Po wielu próbach mąż odnalazł znośny smak w produkcie o nazwie Barista’s choice, bardzo przypominało to mieszaninę sosu sojowego z opiłkami metalu przyprawionego nutką gorczycy, ja po żmudnych poszukiwania trafiłam na Europeenne coffie, też w puszce, mniej opiłków, trochę jak kawa inka, aromatyzowana nutką oleju silnikowego 😉 O gustach się nie dyskutuje.

Od „dobierania” sobie kawy mieliśmy już mroczki przed oczami i ciśnienie grożące zawałem, kiedy córka, pozostawiona na bazie na dobrych pięć godzin, wreszcie się obudziła, dobiegała piętnasta.

W mieszkaniu, sklepach i wszystkich innych wnętrzach, włączając to środki transportu mieli klimatyzację. Wystarczyło jednak otworzyć drzwi, albo okno, aby poczuć oblepiający i duszący wilgocią gorąc. Robiąc skromniutki reaserch odkryłam, że temperatury w Tokio w lipcu wahają się w przedziale 20-30C. Wzięliśmy po jednej ciepłej bluzie, ale nie korzystaliśmy z nich. Dopisało nam szczęście.

Temperatura nigdy nie spadła poniżej 33C, a przez dwa dni przekroczyła 38C przy wilgotności powietrza 80 procent. Zanim poskładałam fakty i doszłam do tego, że mój reaserch okazał się zbyt optymistyczny obserwowałam tokijczyków, co drugi przysypiał w wagonach metra i wszyscy ocierali twarze, szyje, pachy i całych siebie chusteczkami. Takich ślicznych bawełnianych chusteczek, wzorzystych ręczniczków i dekoracyjnych szmateczek można znaleźć cały wybór od supermarketów po sklepy papiernicze.

Podobnie jest z wachlarzami, można je kupić wszędzie, ale niepotrzebnie, rozdawane są na każdym rogu jako reklamówki banków, sklepów i tym podobnych.

Uderzyła mnie elegancja Japonek. Moim zdaniem w dni powszednie przewyższały klasą paryżanki. Może to kwestia kultury, one zakrywają ramiona, dekolty przy niewielkim biuście nie wyglądają wulgarnie, spódnice i sukienki w takie upały są znacznie przewiewniejsze niż w spodnie. Z przyjemnością patrzyło się na te przeważnie filigranowej budowy kobiety w zwiewnych kreacjach.

Dopiero po kilku dniach zaczęłam dostrzegać egzemplarze biodrzaste i nie tak szczupłe jak twierdzi japońska legenda.

Wreszcie dobiegł weekend i eleganckie damy przeszły metamorfozę. Przebrały się za postacie z mangi w butach rodem myszka Miki, białych na wysokich grubych obcasach, z butów wystawały koronkowe skarpetki zakończone falbanką, dalej rozkloszowana przykusa miniówka, co druga kobieta ma tam krzywe nogi, jakby zsiadła z konia i wszystkie stawiają stopy do wewnątrz, może to kwestia kultury? nie dowiedziałam się tego. Falbaniasta bluzka i włosy uczesane w kitki przewiązane wielkimi kokardami. Zajadające lody albo naleśniki nadziane słodkościami zwinięte w rożki, watę cukrową, popijające napoje w kolorach tęczy. A wszystko to we wrzasku naganiaczy, ryku dochodzącym z kasyn (kilkupiętrowe wypełnione automatami do gier, oświetlone jak stadion piłkarski, wychłodzone klimatyzacją, przesiąknięte papierosowym dymem, a w żadnym z tych przybytków nie dostrzegłam wolnego miejsca).

Gdzie ten Zen, po który tu przyjechałam?, zadawałam sobie pytanie, dopóki nie pojechałam do Yugawary.

cdn

Do napisania

P.S. Japonki wcale nie mają takich małych stóp. One noszą buty za małe o jakieś cztery centymetry!

Już się tłumaczę

Dostałam dzisiaj upomnienie od przyjaciółki po piórze za to, że tak szkaradnie zaniedbałam mój blog, ale nade wszystko Ciebie mój wierny czytelniku.

Przyznam, że zrobiło mi się wstyd, dlatego już się się tłumaczę.

Po raz kolejny postanowiłam poprawić powieść „Kochanek żywy i martwy” stał się już zupełnie czym innym niż planowałam. Poprawiłam tę powieść ze specjalistą. Głównie zależało mi na tym, żeby się nauczyć pisania, dopiero w drugiej kolejności na tym wielokrotnie przeżutym dziele.

Wreszcie zaczynam zbierać plony, więc pewnie to poprawianie czegoś mnie jednak nauczyło 😉

Moje trzy krótkie opowiadania pojawiły się w maju na portalu Szortal, a opowiadanie Klinika, podrasowane, prawdopodobnie ukaże się w lipcowym Fabularie. Stuprocentowego potwierdzenia jeszcze nie mam, ale mam być dobrej myśli, choć teksty wcześniej zamówione przez wydawnictwo mają priorytet.

Posłałam Kochanka do kilku wydawnictw, się zobaczy 🙂

Napisałam dwa opowiadania na kafkowski konkurs Magazynu Histeria i jeszcze jedno opowiadanie na Fantazmaty, znów konkurs.

Ponadto wraz z końcem roku szkolnego nadszedł czas na żegnanie się na okres wakacji ze wszystkimi tymi, z którymi pożegnać się wypada ;).

Dlatego zaciskając zęby napiekłam frykasów na osiem szwedzkich stołów, wzięłam udział w sześciu koncertach, byłam na dwóch spektaklach teatralnych, odebrałam z obozu szkolnego dziecko, na szczęście z nogą lekko tylko skręconą, a od jutra pakuję walizy.

Jedziemy do Japonii.

Czuję, że tam wydarzy się akcja czegoś, o czym się filozofom nie śniło 😉

Życzę Ci wspaniałych wakacji!

Do napisania już wkrótce.

Bilans ostatnich dni

Trzy stusłówka o Warszawie, w których niewiele jest o tym mieście i rzecz mogłaby się właściwie dziać na Marsie.
Dwa opowiadania na konkurs komedia, niestety żadne z nich nie rozśmiesza wprost. Jedynie wnikliwa analiza dokonana przez czytelniczkę o nadzwyczajnie dociekliwej naturze, w dodatku czytelniczkę obdarzoną ponadprzeciętnym IQ, potwierdziła, że tekst ma charakter humorystyczny. Super! Jednak przepony nie zrywa. Smuteczek! ;( 
Dzisiaj na znak żłoby nad pogrzebanym poczuciem humoru kupiłam sobie czarną sukienkę.
Następnie zasiadłam do poprawiania powieści. Scena ma w zamyśle być tragiczna. Idę z trendem, skoro taki mam nastrój zamierzam go użyć.
Jak mi się to znów przewróci i wyjdzie komedia, to ubiorę się w tę sukienkę i na znak protestu dostanę zapalenia płuc. Ziąb u nas dzisiaj jak w psiarni.
Do napisania

Jak się pisze początek powieści?

Piętnaście razy napisałam pierwszą scenę. Jedna gorsza od drugiej. Przy szóstej wprawce nie kasowałam ot tak tekstu, byłam tak zdruzgotana swoją niemocą, że drukowałam cholerstwo, a następnie ostentacyjnie paliłam w kominku.
Wreszcie spłakałam się i taka zaryczana poszłam na długi spacer. Zastanawiałam się, jak do diaska pokazać tę bohaterkę w aktualnej sytuacji, w dodatku ten przeklęty  początek powieści powinien przypominać ogon pawia. Jak się pisze dobry początek?!
W przypływie weny wynotowałam sobie cechy bohaterki, które chciałam uwydatnić i znów zasiadłam przed klawiaturą. Napisałam szesnastą wersję.
Chciałam zapytać Cię, czy ta bohaterka zainteresowała Cię na tyle, że chciałbyś czytać o niej dalej.
Do napisania.
P.S. Od trzydziestej mniej więcej strony bohaterka, zdaniem mojego redaktora, jest interesująca. To słaby początek „spalał” moją powieść.

Droga przez mękę

 

W sprawie Kochanka zwróciłam się o pomoc do profesjonalisty.

Przyjaciele, moi zaufani beta readerzy bardzo mi pomogli, ale wciąż nie wiedziałam gdzie tkwił błąd, skoro żaden z ośmiu wydawców nie przysłał mi umowy wydawniczej.

Spuściłam głowę i zacisnęłam usta, spojrzałam na siebie w lustrze i stwierdziłam, że szkoda życia na unoszenie się dumą. Potrzebowałam mentora.

Drogowskazu, a wręcz dokładnych współrzędnych, jak dojść do celu.

Ponad miesiąc czekałam w kolejce, następnych kilkanaście dni na opinię i powieść z sugestiami poprawek na marginesach.

Przybita kompleksami, zamiast pisać, układałam puzzle. Czyżby miały stać się wypełniaczem mojego czasu? I tak do końca życia, aż oślepnę i furgolnę tym o ścianę?

Czytać też mi się nie chciało. Zamiast skupić się na treści, wynajdowałam błędy, nielogiczności, przyznając przed samą sobą, że szukanie dziury w całym jest podszyte zazdrością. Ich wydali, a mnie nie.

Tyle zmarnowanych godzin i to wszystko na nic? Kiedy ostatnio miałam czas na manicure? Mogłabym nauczyć się włoskiego. Wrócić do tenisa… klub jest za miedzą. Co noc śniła mi się sala tortur. Goła żarówka oślepiała, a kat zadawał wciąż to samo pytanie:

– Jak się nazywają twoi rodzice?!

Nie pamiętałam. Przymykałam oczy i przypominało mi się na kilka chwil, a potem znów padało pytanie, a odpowiedź ulatywała z mojej głowy.

Może zapisać się na kurs medytacji, wtedy przynajmniej lepiej by się spało?

Aż w końcu opinia o powieści przyszła na moją skrzynkę pocztową. Kliknęłam na plik, zanim się otworzył wyobraziłam sobie, jak biegam po korcie tenisowym wymachuję rakietą… czy jeszcze zmieszczę się w tamtą kusą sukienusię?

Plik się otworzył. Zaczęłam czytać:

Kasiu, muszę, niestety, stwierdzić, że pierwsze kilkanaście stron zupełnie mnie nie przekonało. To było naprawdę kiepskie. […] Przede wszystkim zaczynasz w złym momencie. […]W obecnej wersji powieść jest przegadana. […] Najgorsze jest gnanie z akcją, nie pozwoliłaś bohaterce zaistnieć, zanim włączyłaś ją w wir wydarzeń.

Zabrakło mi tchu. Gdzie ja wdekowałam rakietę? Kupię sobie nową sukienkę do tenisa, jak zaczynać to z klasą.

Wydrukowałam teks, zbiegłam do męża. Gdzieś po drodze kartki wypadły mi z dłoni i rozsypały się po schodach. Pozbierałam.

Jarek spojrzał na mnie pokiwał głową.

– Przeczytałaś!

– Tak – klucha stanęła mi w gardle.

Odebrał opinię i położył na stole. Pochylił się nad stronami.

– Wiem jak ty to odczytałaś, dlatego zwróć uwagę na to. Złapał za długopis i zaczął podkreślać:

„Materiał jest świetny. […] Widać dramat osoby. […] Gra toczy się o wielką stawkę. […] Tymczasem płynęły kolejne rozdziały, Kinga zaczęła lepiej rozumieć siebie, a ja zacząłem się naprawdę wciągać, byłem ciekaw, co będzie dalej. […] – ale całość się broniła, okazała się zajmująca, błyskotliwa […]. Problematyka jest interesująco przedstawiona (siła twórcza, niemal jak z „Krainy Chichów” Jonathana Carolla, a wszystko wyjaśnione przekonująco), w innych wątkach poruszasz równie ciekawą problematykę. […] widziałem ją  (bohaterkę) w działaniu, w bardzo konkretnej scenie, twardym środowisku.”.

Uprzątnęłam  dom od piwnicy po strych (półtoraroczne zaległości). Na tenisa nie tak łatwo się zapisać przy zimowym przepełnieniu. Kurs włoskiego mogłabym zacząć od trzeciej lekcji. Minęło kilka dni i dotarło do mnie, co właściwie powiedział mój mentor:

„Bohaterka sama zastanawia się nad sobą, więc nabiera charakteru”.

Tę złotą myśl wypaliłam sobie w mózgu złotymi literami.

Szkoda czasu na rozczulanie się nad sobą, bo roboty mam w huk i nikt tego za mnie nie zrobi, a czasu tak niewiele 🙂

Do napisania.

Błagałam kosmos o kilka gramów inteligencji

 

2016-11-04-10-23-29

Wciąż poprawiam Kochanka. Były dni, że udawało mi się przenicować sześćdziesiąt pięć stron. Czytałam je po dziesięć razy, poprawiałam w szalonym tempie.
Wreszcie zabrałąm się za dwadzieścia środkowych stron, były chwile, kiedy zastanawiał się, czy nie spalić tego fragmentu, nie przyśpieszał akcji, z drugiej strony pokazywał kawałek mojej Szwajcarii.  W przypływie weny udało mi się wykorzystać ten fragment do uwiarygodnienia fabuły. Zrobiłam z  tego dialog z mentorem.

Frunęłam przez tę powieść, mimo że pracowałam nad nią po dziesięć godzin dziennie, nie czułam zmęczenia. Kupiłam sobie sztuczne łzy, żeby ulżyć wysychającym spojówkom.
Wczoraj katastrofa. To samo dzisiaj o świcie, gapiłam się na ostatnich siedemdziesiąt stron i śliniłam jak troglodyta.


Błagałam kosmos o kilka gramów inteligencji, żebym mogła to wreszcie skończyć. Nie pomagało.


W desperacji wyszorowałam piekarnik, słuchając Vonneguta na audiobooku i zaskoczyło. Grzeję dalej.


Trzymaj kciuki, proszę.

Kochani wydawcy, przepraszam!

do-wpisu

Naszło mnie wczoraj, żeby przeczytać moją ostatnią powieść, „Kochanka żywego i martwego”. Posłałam ją już do Was, okazało się, że przedwcześnie. Dopiero teraz książka zdążyła się odleżeć.

Czytałam ją jak nie swoją. Opisy drętwe, zamiast pokazywać, opowiadam, bohaterka bez wyrazu. Autorka sili się na dowcip, to od razu rzuciło mi się w oczy. Dialogi ujdą, ale to za mało.

Siadłam wczoraj i zaczęłam przepisywać. Słowo po słowie, strona po stronie i dopiero teraz to nabiera kształtu, grozy i pojawia się napięcie.

Sporo mostów już za sobą tym knotem spaliłam, wiem, i rozumiem,  że szkoda Wam czasu na ponowne czytanie.

Mimo to postanowiłam poprawić 🙂

Do napisania.

Czekam na wydawców i zaczynam pękać

pekam

Czekam na odpowiedź wydawców teraz już w sprawie dwóch powieści. Obiecują, że to już niedługo, każą czekać, wyznaczają coraz to nowe terminy.

Jeszcze kilka dni temu czekałam biernie, teraz czekam czynnie. Nosi mnie, miejsca sobie znaleźć nie mogę. Po nocach śnią mi się już takie bzdury, że tylko książki pisać.

Sądziłam, że wytrzymam, co to jest dzień, tydzień, miesiąc czy dwa, „pisarz powinien nauczyć się cierpliwości”, wciąż mi jeden z drugim mądrym powtarza.

Znalazłam sobie nową zapchajdziurę na to rozpaczliwe czekanie. Czytam książki, a właściwie to sobie ich słucham na audio, bo oczy mam wieczorem wymęczone od wpatrywania się w ekran.

Traf chciał, że wczoraj koło dwudziestej trzeciej skończyłam „czytać” Myśliwskiego. Znów na dobranoc rzuciłam okiem na maila. Skrzynka pełna spamu, ale informacji od wydawcy, jak nie było kwadrans wcześniej, tak nie ma.

W moich uszach pobrzękiwał głos lektora i ostatnie zdanie „Nagranie zostało przygotowane pod patronatem Związku Niewidomych Polskich”, a we mnie pękło.

Z oczu polały się łzy. „Niewidomy” zabrzmiało jak wyrok. W końcu od tego przepatrywania maila zupełnie oślepnę, pomyślałam.

Do napisania.

Dziecięca wyobraźnia

 

bluefire_400_attraktion_europa-park

Spotkania ze szwajcarskimi nauczycielami zapewne przypominają te w polskich szkołach, jedyną różnicę stanowi zaimprowizowany w rogu sali barek, na którym w świetle jarzeniówek iskrzą się butelki z winem w trzech kolorach, a tace z przekąskami wywołują ślinotok.

Jednak zanim rodzice zaczną bratać się przy trzech kolorach, muszą wysłuchać opowieści o sprawach organizacyjnych, o zamieszaniu wokół zakazu używania komórek w szkole i dotrzeć do punktu programu, który  interesuje ich najbardziej – pytań rodziców.

Rzecz rozbiła się głównie o lasek, który znajduje się na posesji szkoły. To zarośnięty starodrzewiem teren nad górskim strumyczkiem, przez który prowadzi niewielki mostek. Dzieci opowiadały rodzicom o niesamowitościach, które się tam zdarzają. Ktoś uratował zaginioną staruszkę, ktoś inny odnalazł rodzinny grobowiec albo natknął się na pająka, z opisu matki wynikało, że tarantula przy tym okazie to pluszowa zabawka. Czyżby, w ferworze codzienności  rodzice  zapomnieli czasy swojego dzieciństwa?

Nauczycielka uśmiechnęła się i wyjaśniła, że z każdej długiej przerwy dzieci wracają nabuzowane i zasypują ją opowieściami z tysiąca i jednej nocy. Poradziła, żeby nie brać tych opowieści za pewnik, bo one są tylko dowodem na żywą dziecięcą wyobraźnię.

Siedząc w ławce, na przymałym krzesełku, oślepiona jarzeniówkami przypomniałam sobie czasy, kiedy wraz z osiedlową bandą godzinami leżeliśmy ukryci za krzakami z widokiem na próbne boiska szczecińskiej Pogoni i czekaliśmy, aż cementowe płyty, którymi ogrodzony był teren, rozsuną się i wyleci stamtąd latający spodek.

Jak po każdym meczu Pogoni gnaliśmy na stadion i zbieraliśmy butelki po piwsku, a za kaucję kupowaliśmy w warzywniaku, sprowadzone z NRD puszkowane brzoskwinie w syropie. Potem wmawiałam ojcu, że to dary kościelne, nie omieszkałam przytoczyć fikcyjnego opisu wypełnionej smakołykami nieistniejącej kościelnej krypty. Tata wściekłby się za te wyprawy przez płot na cudze tereny. Z drugiej strony, jak teraz o tym pomyślę, tata mógł być nawet bardziej zdenerwowany, że księżom się przelewało, podczas gdy on musiał polować na reglamentowane jedzenie;)

Uwielbialiśmy się wspinać po drzewach, ale do czasu. Któregoś razu mały Marcin poślizgnął się i spadł z drzewa. Wystraszyłam się. Brat wpadł w histerię. Sądziłam, że złamał nos. Ojciec mnie zabije! Zeskoczyłam z drzewa. Podbiegłam. Przekręciłam wyjca na bok. Po kiego diabła, pozwoliłam mu się znów przypętać? Twarz Marcina była pokryta brązową mazią, ale nos wyglądał na cały! Gdy fala paniki odpłynęła, poczułam smród. Brat wylądował twarzą w ogromnej kupie. Tak, dobrze usłyszałeś. Wielka sraka zamortyzowała uderzenie i ochroniła nos. Pomogłam gówniarzowi wstać. Smród był nieprawdopodobny, podobnie jak wielkość ekskrementów, które zesłała nam Opatrzność. Zdjęłam z głowy braciszka szydełkowy, czerwono-biały berecik, dzieło mojej mamy, i otarłam nim twarz. Ruszyliśmy do domu. Ja przodem, a brat z tyłu. Wmówiłam mu, że właśnie przeszedł test na Apacza, a prawdziwy „Indianiec”, żeby wygrać z „komwbojami”, musi pozostawać w cieniu.

Wspaniale jest być dzieckiem!

Nikt nie wypomni ci, że mnożysz wszystko przez dwieście, przesadzasz, albo demonizujesz. Możesz opowiadać niestworzone historie i jeszcze pogłaszczą cię po główce za wyobraźnię.

Zdałam sobie sprawę, że każdy, kto pisze ma w dłoni licencję na wymyślanie i dzięki temu nigdy nie pozwoli umrzeć temu dziecku, które nosi w sobie.

Ależ się rozpisałam… Wracam do mojej fantastycznej powieści, jestem w połowie drugiego aktu. Wciągnęłam się już w klimat  i losy bohaterów do tego stopnia, że nie potrafię się oderwać i szkoda mi czasu na sen. Ale spać trzeba, bo sen regeneruje mózg, co powtarzam całkiem na serio, mojemu dziecku.

Do napisania.