Apokaliptyczna scena z trzeciej powieści – pierwszy draft

Gdy za sanitariuszami zamknęły się drzwi wejściowe, wzięłam psa na spacer. Tuż pod kamienicą spuściłam go ze smyczy. Mimi biegała i szczekała jakby po raz pierwszy była na wolności. Z podniecenia zsiusiała się wprost pod moje stopy. Rozejrzałam się w obawie, że ktoś każe mi to posprzątać, ale przed siódmą rano w sobotę w okolicy nie było żywej duszy.
Po godzinnym spacerze, wróciłyśmy do domu. Na początek weszłam na trzecie piętro, gdzie jak się okazało znajdowały się tylko jedne drzwi i nie było schodów prowadzących wyżej, choć kamienica liczyła cztery piętra. Moja sąsiadka miała do dyspozycji dwie kondygnacje! Później zamierzałam udać się na wizję lokalną apartamentu, na razie uchyliłam drzwi i wpuściłam pieska. Zeszłam do siebie. Zasłużyłam na krótką drzemkę. Padłam na materac i odpłynęłam w sen.
Usłyszałam na schodach klatki schodowej charakterystyczny odgłos podeszw Caterpillarów, a po chwili stukanie do drzwi. To mógł być tylko John!
Radośnie poderwałam się z łóżka przygładziłam rozczochrane włosy i otworzyłam. John stał w progu z przerażoną miną. Odgadłam, że to ze mną jest coś nie tak. Spojrzałam w lustro i przystanęłam oniemiała. Moje, jeszcze wczoraj gęste, blond włosy posiwiały, kilkoma suchymi strąkami opadały na ramiona i plecy. Twarz poorana zmarszczkami jak u osiemdziesięcioletniej staruszki. Oczy zwęziły się w szparki, kolor tęczówek wyblakł i przypominał krople wody. Czyżbym przespała pół wieku?! Zadrżałam z przerażenia.
Spojrzałam na Johna, w tamtej chwili dopiero zorientowałam się, że on też posunął się o dobrych pięćdziesiąt lat. Wcześniej podniecona jego obecnością nie dostrzegłam zmian w fizjonomii.
John wszedł do mieszkania, a właściwie został do niego wepchnięty. Zza jego pleców wyłoniła się sąsiadka. Uśmiechała się. Ale to nie był zwykły uśmiech, to uśmiech szaleńca!
Zeszłam im z drogi, żeby na mnie nie wpadli.
– Siadaj! – rozkazała sąsiadka zwracając się do Johna.
Posłusznie zajął miejsce na kanapie.
– Ty też! – Spojrzała na mnie groźnie.
– Ale co jest grane…? – zapytałam niepewnie.

W tym dokładnie miejscu zaliczyłam „zawis” i zaczęłam włóczyć się po sieci. Trafiłam na blog koleżanki, udzieliłam „rady” i zaczęłam pisać dalej…

– Chcesz wiedzieć, naprawdę tego chcesz? – jej oczy pałały nienawiścią.
Gardło ścisnęło się ze strachu. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Skinęłam głową na potwierdzenie.
– Dotknij go! – rozkazała.
Wyciągnęłam dłoń i bojąc się odwrócić wzrok od sąsiadki wymacałam rękę Johna. Była koścista, mięśnie i skóra zwiotczały. John zadrżał czując mój dotyk. Spojrzałam na jego twarz, po której spłynęła łza. Cofnęłam rękę z obrzydzeniem.
– On jest zimny – powiedziałam, gdy doszło do mnie, co najbardziej przeraziło mnie w dotyku.
– Tak! Szkoda, że nie zaważyłaś tego wcześniej – westchnęła Gonzales, a na jej twarzy pojawił się dobrotliwy uśmiech.
– Co mu pani zrobiła? – zapytałam z wysiłkiem.
– Nic! Nic nie musiałam robić. Był taki od początku. Zmarnowałaś kawał życia na uganianie się za nim. Żal mi ciebie… – znów westchnęła, po czym zatarła dłonie na znak, że przyszła jej do głowy kolejna myśl. Wyciągnęła palec wskazujący w kierunku Johna
– Śpiewaj! – rozkazała.
Jak zahipnotyzowany podniósł się z kanapy, położył dłoń na przeponie i zaczął śpiewać głosem kastrata. Sopran czy alt?, zadawałam sobie pytanie w myślach, po czym podniosłam wzrok i spojrzałam w twarz ukochanego. Nie miał oczu. W ich miejscu widniały dwa żółte oczodoły. Wokół nas zapadł zmrok. Powietrze było duszne i parne. Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, dojrzałam brudne mury zapaprane graffiti. Byliśmy w przejściu podziemnym, smród rozkładu mieszał się z zapachem orientalnych przypraw. John stał oparty o ścianę. Dłoń spoczywała na przeponie. Głowę na wysokości oczu miał owiniętą paskiem brudnej szmaty. Jego strój prezentował się równie nędznie. Jednak John zdawał sobie nic z tego nie robić.
Gdy śpiewał, uśmiechał się, a po jego policzkach spływały łzy wzruszenia.
U stóp śpiewaka leżała czapka do połowy wypełniona drobniakami. Usłyszałam czyjeś kroki. Dostrzegłam skołtunioną główkę dziecka i chudą rączkę wyciągniętą w kierunku mamony. W ostatniej chwili chwyciłam kościstą dłoń, aby ratować urobek Johna. Rączka rozpłynęła się w nicość jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. John odchrząknął i rozpoczął kolejną arię. Tę rozpoznałam, pochodziła z opery „La Boheme” Giacomo Pucciniego. „Che gelida manina! Se la lasci riscaldar.” śpiewał głosem Andrei Bocceli:
„Jaka zimna rączka,
jeśli pozwoli panienka ją ogrzać.
Czeka aż się odmłodzi?
W ciemności się nie uda.
Ale na szczęście 
jest noc księżycowa.
i tutaj księżyc
mamy blisko
Poczekaj, panienko,
ja panience powiem w dwóch słowach
kim jestem, Czy chce panienka? […]

Jakim cudem zrozumiałam język włoski, nie wiedziałam, ale każde słowo docierało do mnie z pełną mocą […]
John śpiewał, a w tle słychać było ujadanie psa.
Obudziłam się zlana potem. Otworzyłam oczy, jednak wciąż nie mogłam wymazać spod powiek scen z koszmaru. Co to miało znaczyć? Czy powinnam się nad tym zastanawiać?
To pewnie efekt mieszanki marihuany i filmu „Slamdog milionaire”, które zaliczyłam wczorajszego wieczoru.
Wstałam z pościeli i podeszłam do okna, rozsunęłam żaluzje. Ujadanie Mimi przybrało na sile, domyśliłam się, że Gonzales zostawiła pootwierane okna. Wychyliłam się i spojrzałam do góry.
– Cicho, Mimi – krzyknęłam po polsku do mojej szwajcarskiej podopiecznej. O dziwo zadziałało.
Pies ucichł, ale po chwili zaczął radośnie popiskiwać.
– Czekaj tam! – wydałam kolejną komendę.
Tym razem czworonóg nie wydał z siebie dźwięku.
– Poliglotka – zaśmiałam się, czując jak mara odpływa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *