Zysk lub na zbity pysk.

by Katarzyna Sikora

Czyś widział dziewczę na skale,
W sukni zwiewnej, między falami,
Gdy morze, hulając we mgle,
Igrało bezczelnie z brzegami,
Gdy błyskawicy lśniący blask
Rozświetlał wciąż jej twarz szkarłatem,
A wiatr się rwał i latał wraz
Z jej włosów cudnym aromatem?

Przepiękne jest morze we mgle
I lazurowy blask przestworza,
Lecz wierz mi: dziewczę na skale
Piękniejsze od fal, burz i morza.

A. Puszkin „Burza”

Ciepła woda rozgrzewa kark. Mam nadzieję, że ukoi rówież moje nerwy… Burza zbliża się wielkimi krokami. Bąbelki szumią w głowie, choć dzień się jeszcze nie skończył. Na twarz nałożyłam maseczkę z kolagenu. Włosy nakarmiłam balsamem na połysk. Patrzę na przesuwające się po ekranie łazienkowego telewizora obrazki – CNN news. Dolarl z każdą sekundą traci na wartości. Uśmiecham się. Cichutkie buczenie masażu w jacuzzi uspakaja.

Dzisiaj wyprzedziłam rynek i przechytrzyłam najtęższe umysły świata finansów. Zapowiada się siedmiocyfrowy bonus. Upijam kolejny łyk szampana. Na ułamek sekundy alkohol wytęża zmysły. Nie powinnam jeszcze liczyć zysków. Przecież nie wszystko skończone.

Sprzedałam więcej obligacji niż miałam, muszę je teraz dostarczyć kontrahentom, a pożyczyć ich nie sposób. Nie dzisiaj! Dzisiaj większość towaru krąży po rynku z pierwszą prędkością kosmiczną. W jednej chwili jest w Stanach, w drugiej w Kuala Lumpur. Kolejni inwestorzy widząc, że ceny wciąż spadają, pozbywają się nowo nabytych papierów, ze stratą, byleby uniknąć większej. Papiery przechodzą z rąk do rąk. Pośrednicy tropią ostatecznych nabywców. Od tego, czy im się uda, zależy moja przyszłość.

Upijam kolejny łyk szampana.

– Zysk lub na zbity pysk – mówię do własnego odbicia w lustrze. Mam sińce pod oczami i głębokie zmarszczki wokół ust. Maseczka na niewiele się zdała, powinnam się wyspać. „Jak będę wyglądać za pięćdziesiąt lat?” Zaciekawiam się, po czym wybucham śmiechem. Schrypnięty rechot odbija się echem od kafli łazienki.

Odstawiam lampkę szampana na brzeg wanny. Spłukuję twarz i włosy. Wybiegam z łazienki.

– Telefon, pieprzony telefon, gdzie go położyłam? – zwracam się do kota, który w odpowiedzi zrywa się na równe nogi.

– Miau! – Zeskakuje z parapetu i przymilnie ociera się o moje łydki. Gdy znajduje się w bezpiecznej odległości, jednym skokiem chowa się za kanapę. „Ech, ci faceci!”.

Ociekająca wodą, wpadam do kuchni. Torebka leży na stole, a w niej, dokładnie w tej samej chwili, odzywa się dzwonek. Drżącymi rękami otwieram zamek, nie spałam od czterdziestu ośmiu godzin, nawaliłam się kilkoma łykami bąbelków. łudziłam się, że zyskam energię, ale na tym etapie zmęczenia promile mnie dobiły. Obraz marze się przed oczami. „Cholerna komórko, gdzie jesteś?!”  Wysypuję na blat zawartość torebki. Mam!

– Halo?

– Jak sje mas koanie? – mój brytyjski pośrednik próbuje mówić po polsku i zwykle mnie to bawi, ale nie tym razem. Pomijam tradycyjne: „Już w porządku, mój żołądku” i od razu przechodzę na angielski.

– Znalazłeś towar?! – krzyczę jak wariatka.

– Nie, jeszcze nie… Lecę do Madrytu… Zaliczyliśmy wpadkę i klient chce zakończyć współpracę. Muszę ratować sytuację…

– Szukaj! Bo stracisz największego klienta… Rozumiesz?!

Odpowiada milczenie. Wreszcie słyszę drżący głos Boba.

– Ale przecież… – Brzmi jakby miał się zaraz rozpłakać. – To dla wszystkich był ciężki tydzień…

– Chcę je mieć dzisiaj… inaczej się pożegnamy! – Nie czekając na odpowiedź, rozłączam się.

Zimny pot oblewa mnie od czubka głowy po koniuszki palców. Jeżeli ten dupek mi nie pomoże… Jestem skończona.

Zjadam kilka starych herbatników i z impetem siadam na kuchennym stołku. Chce mi się wyć.

Nie tak to miało wyglądać.

Znów dzwoni telefon. Spoglądam na monitor. To nie Bob, to mój asystent. Nie dzwoniłby bez powodu. Należało mi się kilka minut przerwy.

– Halo?

– Anka, wracaj… Szefowa cię szuka…

Nie muszę słuchać dalej. Rozłączam się.

Biegnę do sypialni, otwieram szafę i pospiesznie wkładam na siebie białą, prawie przezroczystą sukienkę. Wyglądam w niej jak milion dolarów. I tak właśnie powinno być. Gram o najwyższe stawki. Mokre włosy zaczesuję w koński ogon. Zakładam czarne szpile od Gucci i z telefonem w dłoni i kluczami od mieszkania wybiegam z budynku. Pięć minut później wpadam do banku. Cholera, zapomniałam karty elektronicznej! Rozglądam się, strażnik gada z ładna blondynką. Korzystając z nieuwagi, przeskakuję przez barierkę i przecinam biegiem hol. Słyszę za sobą stukot ciężkich buciorów. Wpadam do windy. Tak jakby na mnie czekała… Guzikiem zamykam za sobą drzwi. Patrzę przez szybę na zrozpaczoną twarz strażnika. Nie mam przy sobie dowodu tożsamości, żeby dowieść, że jestem jednym z kilku tysięcy pracowników tego przybytku. Czas gra na moją korzyść. Zanim facet pokona schody, dotrę na trzecie piętro. Przezornie telefonuję do asystenta, aby otworzył mi kuloodporne drzwi departamentu skarbu.

Gdy winda zatrzymuje się, mój przydupas już stoi w drzwiach. Jest szybki, wkrótce awansuję go na tradera.

– Anka, szefowa… wszędzie cię szuka. – Dyszy, jakby to on, przebiegł połowę Jana Pawła i uciekł przed strażnikiem na dwunastocentymetrowych obcasach. – Zaraz zbiera się narada u prezesa. Oni już wiedzą… – urywa i mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Co jest? – pytam, widząc jego niezwykłe zachowanie. Nigdy nie należałam do piękności, ale w tej sukience… Zresztą dotychczasowy brak zainteresowania moją fizycznością poczytywałam za objaw gejostwa mojego asystenta. Czyżby sukces uczynił mnie atrakcyjną?

– Masz moją kartę… Tu jest raport. Leć!

Pobieżnie przeglądam zestawienie dzisiejszych transakcji. Wszystko się zgadza.

Z kartą asystenta wjeżdżam na piętro VIP-ów. Gdy wchodzę do sali konferencyjnej, natykam się na zniecierpliwione twarze członków zarządu. Skinieniem głowy witam prezesa i jego sześciu zastępców. Moja szefowa uśmiecha się. Inaczej niż zwykle. Znamy się jak łyse konie. Jesteśmy jedynymi kobietami, które doszły tak wysoko. Zresztą to ona pierwsza poleci, jeżeli nie uda mi się odnaleźć tych nadprogramowo sprzedanych obligacji. Może chce mi dodać otuchy?

– Dobrze – zaczyna prezes, przyglądając mi się z uwagą. – Proszę nam przybliżyć sytuację.

Podchodzę do wolnego krzesła, ale nie siadam, tylko przechodzę do rzeczy.

– Kryzys na światowym rynku zbliża się wielkimi krokami… – urywam. Towarzystwo w milczeniu przytakuje. – Zdecydowaliśmy więc – podejmuję po chwili pauzy – wyprzedzić fakty i pozbyć się całego portfela naszych obligacji.

W myślach widzę salę transakcyjną. W pojedynkę nie dałabym rady tego sprzedać. Za duża pozycja. Mój asystent wręcza traderom karteczki ze zleceniami. Zaprzęgłam do pomocy siedemdziesiąt sześć osób. Na moje hasło mają pozbyć się towaru. Tak szybko, jak się da. Spodziewam się, że tak gwałtowna wyprzedaż spowoduje panikę na rynku. Na to właśnie liczę, ale po fakcie. Jeżeli uwiniemy się w ciągu pięciu minut, zdążymy sprzedać nasz towar, zanim rynek zareaguje. A potem odkupimy go znacznie taniej. W sali zalega cisza, przyglądam się ekranom, na których pośrednicy publikują ceny transakcji, to ja uderzę w ich ceny kupna. Reszta kolegów obdzwoni banki i wciśnie im towar w jak największych transzach, po cichu, aby nie wydać skali naszego przedsięwzięcia. Potem do ataku przystąpię ja. Wszyscy patrzą na strony pośredników, domyślą się, że sytuacja na świecie ostatecznie wymknęła się spod kontroli. Jeżeli inwestorzy podłączą się do trendu, pogrążą rynek.

– Wypierdalać! – z głębi płuc wykrzykuję hasło.

Poszło szybko. Szybciej niż planowałam.

– Pozbyliśmy się pięciu miliardów obligacji znajdujących się w naszym portfelu – mówię głośno i powoli, tak aby do wszystkich dotarła skala przedsięwzięcia. – Ze stratą sześciu milionów. Gdybyśmy tego nie zrobili, przy aktualnych cenach straty liczylibyśmy w setkach milionów… – urywam i mierzę wzrokiem obecnych. – Dwieście pięćdziesiąt milionów. To strata, której uniknęliśmy.

Po sali rozniósł się cichutki szmer, faceci patrzą na mnie, i wiem, że rozumieją, choć nigdy się nie dowiedzą, że to nasza akcja spowodowała tak gwałtowną wyprzedaż. Reakcję łańcuchową i panikę na rynku.

– Ale to nie wszystko, jak państwo widzą, poszliśmy dalej, sprzedaliśmy kolejne dziesięć miliardów papierów na krótko.

– Co to znaczy?

– Sprzedaliśmy papiery, których nie mamy.

– Wiem, co znaczy „krótka sprzedaż”! Kiedy zamierzacie je odkupić i dostarczyć kontrahentom?

– Nie zamierzamy ich odkupywać (muszę się trzymać liczby mnogiej, to rozmywa odpowiedzialność). Pożyczymy je i dostarczymy kontrahentom na czas. – Robię pauzę, aby do wszystkich dotarła informacja. – Sześć miliardów już mamy – zaczynam. Staram się mówić wolno. Dopiero po chwili dodaję, że brakuje czterech. Teraz czas, aby podnieść towarzystwo na duchu. Znów się odzywam. – Biorąc pod uwagę tę krótką sprzedaż, bank zarobił już pięćset milionów.

– Nie za wcześnie na liczenie zysków? – tym razem odzywa się wiceprezes od liczenia ryzyka. To jedna z nielicznych tu osób, która rozumie, że jeżeli nie dostarczymy obligacji kupującym, Komisja Papierów Wartościowych obciąży nas dziesiątkami milionów kary, a kwota odsetek przyrastać będzie z każdym dniem opóźnienia.

– Zgadza się. Wyprzedzam fakty, ale na tym polega moja praca. – Błąd, gdzie podziała się liczba mnoga? Odchrząkuję. – Czekamy na głębszy spadek rynku – podsumowuję.

– To znaczy? – nie daje za wygraną.

– Kolejnych dziesięć procent – mówię spokojnie, patrząc wyzywająco w oczy małego grubaska w okularach o podwójnych ogniskowych. Jego twarz oblewa się rumieńcem. Podnoszę wzrok i tym razem omiatam nim resztę towarzystwa. – To dałoby dodatkowe zyski w wysokości miliarda.

Faceci wpatrują się we mnie, żaden się nie odzywa. Już pewnie liczą potencjalne bonusy. Tylko gość od ryzyka ucieka wzrokiem, podobnie jak moja szefowa.

W drzwiach szefowa łapie mnie za rękę. Nigdy nie była taka wylewna. No cóż, i jej kariera zawisła na włosku. Teraz musi polegać wyłącznie na mnie.

– Masz pazur – mówi.

Patrzę na nią z niedowierzaniem, szampan szumi mi w głowie, choć sądziłam, że już zdążył wywietrzeć.

– Jeżeli tak załatwiasz interesy, to wróżę ci świetlaną przyszłość. – Tym razem w jej głosie pobrzmiewa sarkazm.

– Słucham?

W odpowiedzi spogląda na moją białą sukienkę.

– To piękna rzecz od Jean Paul Gaultier, kupiłam ją w zeszłym tygodniu w Nowym Jorku – Informuję. Wiem, że ona też lubi ciuchy, no i jest kobietą. Na moim piętrze nie ma innych kobiet, komuż innemu miałabym się pochwalić?

W jej wzroku widzę niedowierzanie. Schylam głowę w poszukiwaniu plamy lub, nie daj Boże, rozdarcia. Dopiero teraz orientuję się, że w pośpiechu zapomniałam założyć stanika. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach.

Po chwili dźwięczą mi w głowie słowa andersenowskiego chłopca, który nie dał się nabrać na oszustwo: „Cesarz jest nagi”.

Zakrywam tors ręką i wybucham gwałtownym śmiechem.

Wracam na salę. Wszyscy już wiedzą. Mój asystent nie wytrzymał ciśnienia i podzielił się niusem. Oczy facetów przyklejają się do mojego torsu. Już się nie zasłaniam. Ręka mi odrętwiała. Patrzę na reakcje.

Jeżeli tak łatwo było mi w tym stroju przekonać do swoich prawd objawionych zarząd, a teraz budzę podziw tych facetów… No cóż, idę za ciosem.

Pośpiesznie wykręcam numer kolegi.

– Czarek? – staram się nadać głosowi seksowny ton.

– Anka, to znowu ty? Przecież już ci mówiłem…

– Spotkajmy się na kawę, proszę tylko o pięć minut!

– Dobra, ale na nic nie licz, nie mogę ci pożyczyć tych papierów. Jak się ich pozbędę po aktualnych cenach, będę w czarnej dziurze – mówi szef największej korporacji ubezpieczeniowej w kraju. Boi się, oni wszyscy pękają ze strachu, a przecież siedzi na miliardach. Mógłby mi pomóc, tyle że w grę wchodzi jego stołek…

Na dworze panuje gorąc nie do wytrzymania. Zajmuję miejsce w cieniu. Stolik pod lipą w kawiarence mieszczącej się w biurowcu ubezpieczyciela wydaje się idealnym miejscem.

Już się nie zasłaniam. Piję kawę. Czekam.

– Czarek, jak się masz, chłopie? – Podrywam się na widok kolegi z roku. Łysiejącego chudzielca o chorobliwie żółtej cerze.

Uśmiecha się do mnie jak do rozbrykanego dziecka. Z każdym krokiem uśmiech gaśnie. Czarek przygląda mi się badawczo. Na koniec jego wzrok zatrzymuje się na moim biuście. Nie staram się go od tego patrzenia odwieść. Wręcz przeciwnie, prostuję plecy i wypinam pierś, aby podkreślić moje walory.

– Tylko ten jeden raz… Cena nie gra roli – mówię powoli, tak jak podpowiadała Coco Chanel. Jak to leciało? Czerwone usta i brak pośpiechu cechują prawdziwą damę. Damę… Staram się, aby moja propozycja brzmiała dwuznacznie.

– Ile potrzebujesz? – pyta. Tym razem patrzy mi w oczy.

Odprężam się na kanapie w biurze Czarka. Dorobił się służbowej łazienki z jacuzzi. Nie było najgorzej, choć poszło zadziwiająco szybko. Prawie tak błyskawicznie jak moja dzisiejsza akcja na rynku. Uśmiecham się z wdzięcznością. Stres uleciał.

Po kilku godzinach wracam do biura.

– Załataliśmy dziurę. Mamy tydzień na odkupienie towaru. – Głośno myśli mój asystent. – To bardzo mało czasu.

– Nie nadasz się na tradera… – mówię. – Tu trzeba jaj.

– Anka, nie szarżuj!

Posyłam mu krzywy uśmiech i odbieram dzwoniącą komórkę.

– Jak sje mas koanie?

– Już w porządku, mój żołądku – odpowiadam.

– Mam, załatwiłem! – wiwatuje już po angielsku Bob. Pewnie dzwoni z samolotu powrotnego z Madrytu. Jego głos przybrał niską barwę, facet musi być śmiertelnie wykończony.

– Dobry chłopiec! Ile?

– Całe cztery miliardy. Twoim dobroczyńcą jest Credit Suisse. Pożyczą ci na trzy dni, po cenie… – W połowie potwierdzenia oddaję słuchawkę asystentowi.

Od czego tu w sumie jest?

Tymczasem sama loguję się do systemu. Choć dochodzi trzecia nad ranem, mam jeszcze szansę znaleźć kontrahenta i sprzedać mu te pożyczone papiery.

Mój stary znajomy, George z nowojorskiego HSBC momentalnie podnosi słuchawkę. Sprzedaję mu wszystko co do miiona. Odkupię te papiery taniej. Zyskałam trzy dni.

– Zysk lub na zbity pysk! – mówię do pobladłego asystenta.

Jedna myśl nt. „Zysk lub na zbity pysk.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *