Dom wariatów

Usiadłam przed komputerem, terminy gonią, chcę skończyć pracę nad słuchowiskiem na konkurs im. Stanisława Grochowiaka, mam solidnych osiem minut, pozostało do napisania kolejnych dwadzieścia.

Słyszę na schodach kroki córki, wpada do pokoju. Macha do mnie, coś pokazuje, nie odzywa się, odjęło jej mowę.

Przyglądam się jej i mi też odejmuje mowę, na jej policzku wykwitł kolejny pieprzyk, identyczny jak ten, z którym się urodziła. Przy śniadaniu go nie miała, teraz jest!

Mi też odejmuje mowę, nogi miękną pode mną, zastanawiam się jaka to paskudna choroba powoduje takie błyskawiczne namnażanie się pieprzyków, chcę to natychmiast wygooglować, ale nie mogę zostawić córki samej, nie w takim stanie.

– To pewnie pieg – kłamię w żywe oczy, żeby ją pocieszyć.

Córka leci do lustra w salonie, korzystam z chwili i wracam do komputera. Nagle słyszę wrzask. Jestem bliska omdlenia, kiedy wpadam do salonu. Córka patrzy na mnie, oczami wielkimi jak pięciozłotówki, na podrażnionym do czerwoności policzku został tylko jeden pieprzyk.

– Mamo, coś mi się przykleiło! – krzyczy i kładzie się na kanapie.

– Bogu dzięki – Siadam obok i głaszczę ją po włosach.

– A już wizualizowałam życie z dwoma pieprzykami – dodaje i zamyka oczy.

Wracam do komputera, staram się pisać dalej, ale nie mogę się skoncentrować, tylko liczę „mamy”. Po dwóch godzinach mam już na kartce pięćdziesiąt sześć kresek, stawiałam jedną przy każdym „mamo, a…”, wykrzyczanym przez córkę.

Nie ma szans, nie wyrobię się do jutra z tym scenariuszem.

Do napisania

Niewinna

 

 

Przed lodówką na stacji benzynowej gromadzą się kobiety różnych kształtów i rozmiarów. Ubrane swobodnie w ostatniej chwili wyrwane z domowych pieleszy, tamta ma na t-shircie ślady ziemi, może sadziła kwiaty w balkonowych doniczkach?, inna w króciutkim topie podkreślającym umięśniony płaski brzuch wraca z joggingu, grubaska z rozwichrzonymi blond lokami wkłada pod pachę trzecią kanapkę, trzymając w dłoni butelkę coca coli.

Co jakiś czas odrywają wzrok od skromnych zasobów lodówki i podglądają wspólniczki oczywistego zaniedbania obowiązków domowych.


Inspirują się pomysłami: ciasto na pizzę, mozzarella, przecier pomidorowy, skąd ona wytrzasnęła ten szczypiorek?, brunetka z mokrymi włosami o zapachu jojoby, rozgląda się nerwowo, po czym uśmiecha się do mnie trochę wstydliwie: tak… nie ugotowałam, wypadł mi z głowy ten jeden posiłek, powinnam się lepiej zorganizować, bo w niedziele sklepy w Szwajcarii są nieczynne i tak było zawsze; a trochę z poczuciem ulgi, bo nie jest sama.


Odwzajemniam uśmiech, choć  nie wiem dlaczego, nie czuję się winna, a jednak podświadomie solidaryzuję się z tej zbiorowej skrusze.


Łapię ostatni worek kolorowych liści sałaty, kawał grujera i pędzę do kasy, zanim towarzyszki w niedoli nie uprzedzą moich zamiarów i nie skażą mnie na stanie w ogonku.


Teraz wyrzucam sobie, że nie zebrałam się na odwagę i nie krzyknęłam: „dość kobieto, przestań  czuć  się winna!”. Nie zrobiłaś niczego złego, wyluzuj, masz prawo czasem o czymś zapomnieć.

Do napisania