W poszukiwaniu ZEN, część pierwsza.

 

Kolega namówił mnie do napisania wspomnień z Japonii. Wahałam się. Spędziłam tam dwa tygodnie, ale prawdę mówiąc niewiele poznałam z mentalności Japończyków. Nie znam języka, nie mogłam podsłuchiwać rozmów, choć wieczorne wiadomości nadzwyczajnie przypominały te nasze europejskie, trochę polityki; ekonomii; miliony tokijczyków w basenach miejskich pływalni, jedni pływacy trącali głowami o stopy drugich, tak bardzo dały im się we znaki upały, że dla odmiany tłoczyli się w wodzie; pandziątko, które urodziło się w zoo, wywiady z odwiedzającymi pandzią mamę „kawai” (*urocze), mówili wszyscy przesłuchiwani, z dziecięcym entuzjazmem, dla mnie grubo przesadzonym, jakby podsumowała Jane Austen – „wydawać by się mogło, że jedzą za dużo kremu”; tylko sporty inne: krykiet i sumo. I inna oprawa graficzna, nawciskane tam było wszystkiego, nad speakerem pod speakerem i po obu jego stronach roiło się od japońskich krzaczków i jakichś wykresów z wykrzaczoną numerologią zarówno na osi x jak i y.

Jak tu pisać o Japonii skoro zwiedziłam tylko Tokio i Yugawarę? Nie zrobiłam też gruntownego reaserchu.

Po kilku wieczorach spędzonych na przekopywania się przez net stwierdziłam, że chcę dać się zaskoczyć egzotyce, zanim oswoję się z nią zawczasu. Może to głupie, mogły ominąć mnie jakieś imprezy, które szykowano na czas mojego pobytu 😉 , ale trudno. Jak poznawać to na całego.

Tak oto w środku japońskiej nocy znaleźliśmy się w Tokio. Wykończeni podróżą postanowiliśmy wybulić za taksówkę i bezproblemowo dotrzeć do tokijskiego domu. W Tokio nie ma adresów, zaledwie jakiś numer i nazwa rezydencji. Mało tego mapy Tokio, ani w ogóle Japonii nie chcą się wgrywać w telefoniczną nawigację. Dopiero w trakcie pobytu okazało się, że kilka ulic jednak nazwano, ale tylko w nielicznych dzielnicach.

Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, tym bardziej nie chcieliśmy ryzykować błądzenia po gigantycznym mieście z wykończoną trzynastolatką. Taksówkarz po dowiezieniu nas w naszą uliczkę przez dobre dwadzieścia minut bezinteresownie szukał naszego lokum. Czekał do momentu, kiedy udało nam się otworzyć zakodowany schowek na klucz, a wreszcie drzwi, dopiero kiedy upewnił się, że mamy gdzie spać, odjechał. Niesamowity facet, pomyślałam wtedy. Z czasem okazało się, że nie on jedyny.

Po dotarciu do mieszkania, rozłożeniu materacy na matach, wszystkie pochowane w szafie, pościeleniu leżanek, zmęczenie ze mnie opadło. Ciekawa świata pomaszerowałam do mijanego autem Seven Eleven, pokaż mi co jesz, a powiem ci kim jesteś 🙂

Na półeczkach, bo wszystko tam było w miniaturce, leżały wytwory z ryżu. Trójkąciki wielkości cztery na cztery i cztery centymetry, owinięte płatami z alg z nadzieniem łososiowym, tuńczykowym, kawiorowym, a nawet z dorsza. Sałatki w woreczkach o wymiarach dziesięć na dziesięć centymetrów, sushi w długich rulonikach, boczek pieczony pakowany w porcyjki po 25gram. Swoją drogą wieprzowiny jadzą tam prawie tyle, co ryb. Wszystko tak maleńkie, że najedzenie się do syta wymagałoby skompletowania co najmniej dziesięciu japońskich zestawików. Nie lubię ryżu na zimno, dlatego dorwałam się do boczku i miniaturowej porcji pomidorów, cztery cherry w paczuszce i pożarłam trzy dokładki zanim zapłaciłam. Mroczki migały mi przed oczami na widok barwnych napojów w wersji mini, którymi wypełniony był rząd dwudziestu lodówek, a gdzie woda?

Poprosiłam, o wskazanie mi lodówki z wodą. Sprzedawca z entuzjazmem dwunastolatka w półukłonie pobiegł do właściwej chłodziarki, wzięłam dwie dwulitrowe butle. Muszę mieć dużo wody, coś tu jest na rzeczy, ale nad tym niech zastanawiają się już moi biografowie 😉

Sprzedawca wciąż i wciąż kłaniał mi się w pas, a ja jako, że należę do osób grzecznych odkłaniałam się za każdym razem. Z czasem okazało się, że kłaniać się tam wypada, a wręcz trzeba, wszystkim i za każdym razem. Mało tego odniosłam wrażenie, że to to rodzaj potyczki na ukłony, do kogo należy ostatnie słowo… ups ukłon, ten zdaje się być górą.

Wracałam do „bazy” wąskimi uliczkami, nasz kierowca musiał złożyć lusterka boczne, żeby tam wjechać.

Zachwyciły mnie schodusie, drzwiczki i okienka japońskich domków, wszystko to rodem z Shoguna z Richardem Chamberlainem. Serio, pomijając bloki mieszkalne i rezydencje, też maleńkie, ale bardziej europejskie, architektura niczym nie różniła się od tej serialowej.

Następnego ranka posnuliśmy się z mężem w poszukiwaniu dobrej kawy, nie udało nam się takiej namierzyć do końca pobytu w Japonii. Próbowaliśmy nawet we włoskich knajpkach, ale bez sukcesu. Upał i zaduch były zresztą tak męczące, że szybko przerzuciliśmy się na kawę mrożoną, którą kupowaliśmy w vending maszynach, tych w Tokio jest masa, doszukałam się przed chwilą informacji, że na jedną przypada 23 tokijczyków, tokijczyków jest grubo powyżej 13 milionów, a roczny przychód z maszyn wynosi 60 miliardów dolarów. Mogą sobie doliczyć ekstra procent zysków za te nasze degustacje 😉

Po wielu próbach mąż odnalazł znośny smak w produkcie o nazwie Barista’s choice, bardzo przypominało to mieszaninę sosu sojowego z opiłkami metalu przyprawionego nutką gorczycy, ja po żmudnych poszukiwania trafiłam na Europeenne coffie, też w puszce, mniej opiłków, trochę jak kawa inka, aromatyzowana nutką oleju silnikowego 😉 O gustach się nie dyskutuje.

Od „dobierania” sobie kawy mieliśmy już mroczki przed oczami i ciśnienie grożące zawałem, kiedy córka, pozostawiona na bazie na dobrych pięć godzin, wreszcie się obudziła, dobiegała piętnasta.

W mieszkaniu, sklepach i wszystkich innych wnętrzach, włączając to środki transportu mieli klimatyzację. Wystarczyło jednak otworzyć drzwi, albo okno, aby poczuć oblepiający i duszący wilgocią gorąc. Robiąc skromniutki reaserch odkryłam, że temperatury w Tokio w lipcu wahają się w przedziale 20-30C. Wzięliśmy po jednej ciepłej bluzie, ale nie korzystaliśmy z nich. Dopisało nam szczęście.

Temperatura nigdy nie spadła poniżej 33C, a przez dwa dni przekroczyła 38C przy wilgotności powietrza 80 procent. Zanim poskładałam fakty i doszłam do tego, że mój reaserch okazał się zbyt optymistyczny obserwowałam tokijczyków, co drugi przysypiał w wagonach metra i wszyscy ocierali twarze, szyje, pachy i całych siebie chusteczkami. Takich ślicznych bawełnianych chusteczek, wzorzystych ręczniczków i dekoracyjnych szmateczek można znaleźć cały wybór od supermarketów po sklepy papiernicze.

Podobnie jest z wachlarzami, można je kupić wszędzie, ale niepotrzebnie, rozdawane są na każdym rogu jako reklamówki banków, sklepów i tym podobnych.

Uderzyła mnie elegancja Japonek. Moim zdaniem w dni powszednie przewyższały klasą paryżanki. Może to kwestia kultury, one zakrywają ramiona, dekolty przy niewielkim biuście nie wyglądają wulgarnie, spódnice i sukienki w takie upały są znacznie przewiewniejsze niż w spodnie. Z przyjemnością patrzyło się na te przeważnie filigranowej budowy kobiety w zwiewnych kreacjach.

Dopiero po kilku dniach zaczęłam dostrzegać egzemplarze biodrzaste i nie tak szczupłe jak twierdzi japońska legenda.

Wreszcie dobiegł weekend i eleganckie damy przeszły metamorfozę. Przebrały się za postacie z mangi w butach rodem myszka Miki, białych na wysokich grubych obcasach, z butów wystawały koronkowe skarpetki zakończone falbanką, dalej rozkloszowana przykusa miniówka, co druga kobieta ma tam krzywe nogi, jakby zsiadła z konia i wszystkie stawiają stopy do wewnątrz, może to kwestia kultury? nie dowiedziałam się tego. Falbaniasta bluzka i włosy uczesane w kitki przewiązane wielkimi kokardami. Zajadające lody albo naleśniki nadziane słodkościami zwinięte w rożki, watę cukrową, popijające napoje w kolorach tęczy. A wszystko to we wrzasku naganiaczy, ryku dochodzącym z kasyn (kilkupiętrowe wypełnione automatami do gier, oświetlone jak stadion piłkarski, wychłodzone klimatyzacją, przesiąknięte papierosowym dymem, a w żadnym z tych przybytków nie dostrzegłam wolnego miejsca).

Gdzie ten Zen, po który tu przyjechałam?, zadawałam sobie pytanie, dopóki nie pojechałam do Yugawary.

cdn

Do napisania

P.S. Japonki wcale nie mają takich małych stóp. One noszą buty za małe o jakieś cztery centymetry!