Jak się pisze początek powieści?

Piętnaście razy napisałam pierwszą scenę. Jedna gorsza od drugiej. Przy szóstej wprawce nie kasowałam ot tak tekstu, byłam tak zdruzgotana swoją niemocą, że drukowałam cholerstwo, a następnie ostentacyjnie paliłam w kominku.
Wreszcie spłakałam się i taka zaryczana poszłam na długi spacer. Zastanawiałam się, jak do diaska pokazać tę bohaterkę w aktualnej sytuacji, w dodatku ten przeklęty  początek powieści powinien przypominać ogon pawia. Jak się pisze dobry początek?!
W przypływie weny wynotowałam sobie cechy bohaterki, które chciałam uwydatnić i znów zasiadłam przed klawiaturą. Napisałam szesnastą wersję.
Chciałam zapytać Cię, czy ta bohaterka zainteresowała Cię na tyle, że chciałbyś czytać o niej dalej.
Do napisania.
P.S. Od trzydziestej mniej więcej strony bohaterka, zdaniem mojego redaktora, jest interesująca. To słaby początek „spalał” moją powieść.

Droga przez mękę

 

W sprawie Kochanka zwróciłam się o pomoc do profesjonalisty.

Przyjaciele, moi zaufani beta readerzy bardzo mi pomogli, ale wciąż nie wiedziałam gdzie tkwił błąd, skoro żaden z ośmiu wydawców nie przysłał mi umowy wydawniczej.

Spuściłam głowę i zacisnęłam usta, spojrzałam na siebie w lustrze i stwierdziłam, że szkoda życia na unoszenie się dumą. Potrzebowałam mentora.

Drogowskazu, a wręcz dokładnych współrzędnych, jak dojść do celu.

Ponad miesiąc czekałam w kolejce, następnych kilkanaście dni na opinię i powieść z sugestiami poprawek na marginesach.

Przybita kompleksami, zamiast pisać, układałam puzzle. Czyżby miały stać się wypełniaczem mojego czasu? I tak do końca życia, aż oślepnę i furgolnę tym o ścianę?

Czytać też mi się nie chciało. Zamiast skupić się na treści, wynajdowałam błędy, nielogiczności, przyznając przed samą sobą, że szukanie dziury w całym jest podszyte zazdrością. Ich wydali, a mnie nie.

Tyle zmarnowanych godzin i to wszystko na nic? Kiedy ostatnio miałam czas na manicure? Mogłabym nauczyć się włoskiego. Wrócić do tenisa… klub jest za miedzą. Co noc śniła mi się sala tortur. Goła żarówka oślepiała, a kat zadawał wciąż to samo pytanie:

– Jak się nazywają twoi rodzice?!

Nie pamiętałam. Przymykałam oczy i przypominało mi się na kilka chwil, a potem znów padało pytanie, a odpowiedź ulatywała z mojej głowy.

Może zapisać się na kurs medytacji, wtedy przynajmniej lepiej by się spało?

Aż w końcu opinia o powieści przyszła na moją skrzynkę pocztową. Kliknęłam na plik, zanim się otworzył wyobraziłam sobie, jak biegam po korcie tenisowym wymachuję rakietą… czy jeszcze zmieszczę się w tamtą kusą sukienusię?

Plik się otworzył. Zaczęłam czytać:

Kasiu, muszę, niestety, stwierdzić, że pierwsze kilkanaście stron zupełnie mnie nie przekonało. To było naprawdę kiepskie. […] Przede wszystkim zaczynasz w złym momencie. […]W obecnej wersji powieść jest przegadana. […] Najgorsze jest gnanie z akcją, nie pozwoliłaś bohaterce zaistnieć, zanim włączyłaś ją w wir wydarzeń.

Zabrakło mi tchu. Gdzie ja wdekowałam rakietę? Kupię sobie nową sukienkę do tenisa, jak zaczynać to z klasą.

Wydrukowałam teks, zbiegłam do męża. Gdzieś po drodze kartki wypadły mi z dłoni i rozsypały się po schodach. Pozbierałam.

Jarek spojrzał na mnie pokiwał głową.

– Przeczytałaś!

– Tak – klucha stanęła mi w gardle.

Odebrał opinię i położył na stole. Pochylił się nad stronami.

– Wiem jak ty to odczytałaś, dlatego zwróć uwagę na to. Złapał za długopis i zaczął podkreślać:

„Materiał jest świetny. […] Widać dramat osoby. […] Gra toczy się o wielką stawkę. […] Tymczasem płynęły kolejne rozdziały, Kinga zaczęła lepiej rozumieć siebie, a ja zacząłem się naprawdę wciągać, byłem ciekaw, co będzie dalej. […] – ale całość się broniła, okazała się zajmująca, błyskotliwa […]. Problematyka jest interesująco przedstawiona (siła twórcza, niemal jak z „Krainy Chichów” Jonathana Carolla, a wszystko wyjaśnione przekonująco), w innych wątkach poruszasz równie ciekawą problematykę. […] widziałem ją  (bohaterkę) w działaniu, w bardzo konkretnej scenie, twardym środowisku.”.

Uprzątnęłam  dom od piwnicy po strych (półtoraroczne zaległości). Na tenisa nie tak łatwo się zapisać przy zimowym przepełnieniu. Kurs włoskiego mogłabym zacząć od trzeciej lekcji. Minęło kilka dni i dotarło do mnie, co właściwie powiedział mój mentor:

„Bohaterka sama zastanawia się nad sobą, więc nabiera charakteru”.

Tę złotą myśl wypaliłam sobie w mózgu złotymi literami.

Szkoda czasu na rozczulanie się nad sobą, bo roboty mam w huk i nikt tego za mnie nie zrobi, a czasu tak niewiele 🙂

Do napisania.