Nie podoba mi się tytuł

quantum-physics-reality-702x336

„Kochanek żywy i martwy jednocześnie” to nie jest dobry tytuł, powiedział wydawca.

Potrzebny jest lepszy!

W ramach burzy mózgów z pomocą przyjaciół i wydawcy udało się wymyślić kilka propozycji.

Wyobraź sobie, że wchodzisz do księgarni zawalonej książkami. Spoglądasz na okładki. Chciałbyś coś wybrać, ale jest tego tyle, że dostajesz oczopląsu. Wreszcie przecierasz oślepione światłem halogenów oczy i spostrzegasz tytuł. Podchodzisz do półki. Unosisz pachnącą farbą drukarską powieść i czytasz zajawkę.

Ciekawa jestem który tytuł zachęciłby cię do sięgnięcia po powieść?

A może żaden z wymienionych?

Będę wdzięczna za podpowiedź.

* Upiornie splątani.

* Zaklinaczka rzeczywistości

* Związek relatywistyczny

* Kochanek Schrödingera

* Żywy umarlak

* Splątana miłość

* Martwy żywczyk

* Szwajcarskie splątanie

* Bentley Schrödingera

* Akcelerator feromonów

* Szwajcarski zderzacz

* Splątani

* Kochanek o dwóch twarzach

* Boski plan Higgsa

* Kochanek żywy i martwy

*Reakcja łańcuchowa

To opowieść o losach Polki, która wyjechała do Szwajcarii za wyśnionym księciem z bajki.

Baśń dla dorosłych.

To co przydarza się bohaterce wydaje się nieprawdopodobne, a jednak znalazło się w sferze rozważań fizyków teoretycznych.

Fizycy doświadczalni popukaliby się w głowę i opuścili wykład.

Do napisania

Wesołego dnia matki

IMG_20160526_171847838

Kalki językowe mojej córki są dla naszej rodziny nieustannym źródłem inspiracji. Moja mama dostała kilka laurek, które wystosowała do niej wnuczka. W jednej pojawił się tekst: „Wesołego dnia babci, babciu” i od tamtego czasu trzymamy się tej formułki.

Życzymy sobie wesołego Dnia Matki, Babci, wesołego Dnia Służby Zdrowia, wesołego Dnia Kota i równie wesołego Królika. Mikołaj ma też być wesoły, podobnie jak Wróżka Zębuszka. (Mama jest dentystką)

Zadzwoniłam do mamy i wyśpiewałam tradycyjną już formułkę. Zaśmiała się, ale nie zabrzmiała radośnie. Dobrą chwilę zajęło mi wyciąganie z niej dlaczego jest smutna.

W końcu przyznała się, że wczoraj przez cały dzień opryskiwała wywarem z pokrzywy drzewa, żeby zapobiec niszczycielskiej działalności insektów. Spryskiwacz był zepsuty, dlatego musiała mocno cisnąć spust i w ten sposób przeforsowała wcześniej już kontuzjowany palec. Ból nie pozwolił jej zmrużyć oka przez całą noc.

Wygadanie się odejmuje ból równie skutecznie, co solidna dawka Ibuprofenu. Po chwili mama poweselała.

– Nie zastanawiałaś się dlaczego ta hołota, najgorsza zaraza…

– No mówże wreszcie – nie wytrzymałam.

– Dlaczego ta najgorsza swołocz, nie dość, że ma wyszukane imię to jeszcze fantastycznie brzmiące nazwisko?

– Robale?

– Tak! Posłuchaj tylko: Mszyca Jabłoniowa, Osiewnik Rolowiec, Turkuć Podjadek…

Ciągu dalszego nie było, obie wybuchnęłyśmy śmiechem i zarykiwałyśmy się przez kolejnych kilka minut wisząc na słuchawkach telefonów, a dzielące nas tysiąc trzysta kilometrów przestało boleć.

Kocham Cię, mamo <3

Wesołego Dnia Matki! 🙂

Programowanie ułatwia myślenie

09-07-12-646

Żadnych wieści w sprawie „Kochanka żywego i martwego” jeszcze nie dostałam. Zresztą nie liczyłam, że odpowiedź pojawi się po kilku dniach od wysłania powieści do wydawnictwa. Dlatego brak wiadomości jeszcze nie zaczął mnie niepokoić. Choć muszę się przyznać, że z uporem maniaka po kilka razy dziennie zaglądam do skrzynki na gmailu.

Zamiast czekać bezczynnie znalazłam sobie działalność zastępczą. Po kilku dniach przemyśleń rzuciłam się w wir pracy nad dramatem komediowym. Postanowiłam oprzeć fabułę scenariusza na wytworze własnym,„Mastering the Art of Healthy Cooking”. Tyle że muszę przerobić zrzędzenia starej kuchary w komedię. Pomyślałam o Melindzie i Melindzie Woodyego Allena, gdzie dwóch pisarzy spotyka się w restauracji i z tej samej fabuły jeden z nich postanawia zrobić dramat, a drugi komedię. To ci dopiero wyzwanie. Czemu więc i ja nie miałabym spróbować? 😉

Niestety pisanie idzie upiornie wolno. Zapisuję około trzystu słów dziennie scenariusza. Powieści i opowiadania piszę w tempie dwóch tysięcy słów dziennie, tak dla porównania. Trudność polega na tym, że przed każdą linijką dialogu trzeba zapowiedzieć, kto to mówi. Zacinam się. Zapominam, wracam, dopisuję w ten sposób tracąc wątek i całe morze czasu.

Mąż

Nie będę tego jadł!

Żona

Zrazy zawijane i kopytka też domowej roboty, kapustę dusiłam na maśle…

Mąż

Nie chcę, żebyś dla mnie więcej gotowała!

Żona

Odchodzisz?!

Itd.

Kolejne wyzwanie to wyrazistość wypowiedzi, muszę nad tym jeszcze popracować, żeby wyeliminować wskazówki dla aktorów (powiedział z uśmiechem, westchnął i tym podobne)

W Ożenku takich wskazówek nie ma, Gogole to dopiero umiał pisać. U mnie się od nich roi, niestety. Wciąż nie mogę sobie wbić w głowę, że scenariusz jest czymś zupełnie innym niż powieść. Mam nadzieję, że z czasem się przestawię.

Całkiem niedawno widziałam starusieńki, bo z 1988 roku wywiad ze Stevem Jobsem, w którym powiedział, że każdy powinien nauczyć się programować komputer, bo to uczy myślenia. Mam nadzieję, że wystarczy napisać scenariusz, żeby nauczyć się logicznie myśleć, bo programowania to ja już raczej nie ogarnę;)

Do napisania.

Dzisiaj nie dam rady

IMG_20160515_132703972 na blog

 

Od kilku dni rozmyślałam, który to utwór własny zaadoptować na potrzeby dramatu. Obudziłam się przed wschodem słońca, zaparzyłam herbaty, zjadłam kilka plasterków szynki i zasiadłam przed komputerem.

Skopiowałam plik z opowiadaniem. Wykasowałam wszystko poza dialogami, żeby co do reszty dać sobie wolną rękę. Zaznaczyłam, w których miejscach rozpocznę kolejne sceny.

Potem w euforii zabrałam się za codzienne obowiązki, szczęśliwa, że wieczorkiem, na deser, czeka mnie praca nad scenariuszem.

Traf chciał, że po południu znalazłam chwilę, żeby wyskoczyć na basen. Rozmyślając nad scenariuszem, nie zorientowałam się nawet, że przepłynęłam dwa kilometry.

Kolacja dochodzi w piekarniku, a ja siedzę i kiwam się nad klawiaturą. Nic już dzisiaj nie napiszę. Pływanie wyssało ze mnie wszystkie soki twórcze. Zjem i lecę spać. Może uda mi się chociaż poczytać.

Do napisania.

Nowy projekt: dramat

blog x

Kochanka posłałam, po czym przez kilka godzin zadręczałam się brakiem reakcji wydawcy. Nie, nie napisałam do niego ponownie, chciałam dać mu czas na lekturę.

No dobrze, prawda jest taka, że ogarnęła mnie trema. Nie jestem pewna, czy na pierwszych dziesięciu stronach, nie za dużo jest łopatologii. Jeżeli redaktor nie przebrnie przez pierwszą scenę, nie podejmie się dalszej lektury. Ale cóż, zaryzykowałam, bo i tak nic lepszego nie uda mi się stworzyć, zanim powieść się znów nie odleży, a ja nie nabiorę do niej dystansu.

Wieczorem, zamiast w rozpaczy gryźć paznokcie, postanowiłam podjąć się nowego projektu. Teatr Powszechny w Łodzi ogłosił konkurs na dramat komediowy.

Pojęcia nie mam o pisaniu dramatów, na kupno podręcznika za późno, bo termin składania prac upływa trzydziestego czerwca.

Popędziłam na blog Piotra Wereśniaka, aby uzyskać odpowiedź na pytanie, jak się pisze scenariusz. Okazało się, że scenariusza się nie pisze, tylko się go zapisuje.

Niestety na blogu reżysera nie było szczegółowych informacji o tym, jak napisać scenariusz dramatu, ani też zdjęcia „zapisu”.

Pogooglowałam i mniej więcej już wiem, jak zapisać. Wciąż nie znam jednak matematyki pisania dramatu. Że akty trzy, to wiadomo. Ale ile scen ma się znaleźć w poszczególnych aktach?, żeby spektakl nie trwał przez cały dzień, a przepisowo do dwóch godzin?

Znów pogooglowałam i trafiłam na „Ożenek” Gogola. Sztuka trwa godzinę i dwadzieścia osiem minut. Znalazłam tekst i wyliczyłam, że składa się na niego dziesięć tysięcy słów. Dla pewności sprawdziłam jeszcze „Igraszki z diabłem” i znów sztuka trwa półtora godziny bez minuty, ale na scenariusz składa się trzynaście tysięcy słów. Tyle że Jan Drda, autor dramatu, opatrzył tekst wskazówkami dotyczącymi scenerii, których u Gogola w takiej obfitości aż nie ma. Trzynaście tysięcy słów, powinna zdążyć!

W mojej głowie zaczęły się mielić pomysły, zastanawiałam się, który z moich tekstów mogłabym adoptować na potrzeby dramatu. Wiadomo, że całkowitej nowości w tak krótkim czasie nie napiszę. Już prawie wiedziałam, za przeróbkę czego się zabiorę…

Na koniec przyszło mi do głowy, żeby przeczytać regulamin konkursu, blondynka wypisz wymaluj! Powinnam to była zrobić, zanim podjęłam się przygotowań. Wyczytałam, co następuje:

[…]2 października 2015 r., w Światowym Dzień Uśmiechu, rusza nabór prac do piątej edycji Ogólnopolskiego konkursu na napisanie współczesnej polskiej komedii „Komediopisanie”. Konkurs to jedna z głównych inicjatyw Polskiego Centrum Komedii Teatru Powszechnego w Łodzi, autorskiego projektu dyrektor Ewy Pilawskiej. „Komediopisanie”, jak i pozostałe projekty Centrum mają na celu zachęcenie polskich twórców do prac nad uszlachetnieniem polskiej komedii poprzez stworzenie jej współczesnego, oryginalnego języka a także nowoczesnego stylu jej inscenizowania.[…]

A niech mnie! Jeszcze to?!

To ma być sztuka współczesna!

Wiele takich widziałam, ale nie wciągnęły mnie specjalnie, czego najlepszym dowodem jest fakt, że nie pamiętam tytułu, żadnego z obejrzanych spektakli.

Na dobitkę obejrzałam sobie zajawki kilku sztuk wystawianych w Teatrze Powszechnym w Łodzi i po raz kolejny doszłam do wniosku, że sztuka współczesna, nie miej mi tego za złe, jest ostro pojechana.

Wiele wysiłku będzie mnie kosztować udziwnienie dzieła, aby zadowoliło łódzką publikę.

Jeżeli nasuną Ci się, któreś z nowocześnie zainscenizowanych sztuk i znajdziesz linki na YouTube, pamiętaj o mnie proszę. Każda wskazówka mile widziana <3

Do napisania.

Przerwa!

 

13125030_1023429634389478_6901241554102316444_n

Jeszcze sto stron do sczytania. Przerwa, nie wyrabiam. Idę wycinać bambusy na tyczki pod pomidory. Kot Karmel, już przytupuje. Nie mówiłam, ale zyskałam sobie miano kociej mamy. Rudy koto-pies nie odstępuje mnie od roku na krok i sąsiedzi zaczynają gadać 😉

Do napisania.

P.S. Kaschat to gra słów. „Kas” to trzy pierwsze litery mojego imienia, wiadomo. „Chat” to kot po fracusku, wymawia się to jak „sza”. Kassza tak brzmi moje imię we francuskiej interpretacji. Niestety, nie zawsze zaskakuję, że zwracają się akurat do mnie;)

UPRAWDOPODOBNIAM POWIEŚĆ

na blog 2

Zgodnie z zaleceniem wydawcy „uprawdopodobniam” powieść. Zostało mi jeszcze sto czterdzieści stron znormalizowanego maszynopisu, a już ledwo widzę na oczy.

Wracając do uprawdopodobniania, dodaję informacje, że Kinga dostała zlecenie, bo pracowała z „oswojonym” już przez kolegę klientem.

Tłumaczę dlaczego zaczęła od zjazdów na rowerze górskim, a nie od treningów judo. Dwa razy wspomniałam w powieści o tym, że w Szwajcarii nie należy spuszczać wody po dwudziestej drugiej 😉

Błąd, jedno wyrzucam, żeby się nie powtarzać.

Jednak im dalej brnę, tym bardziej boję się, że wyjdzie mi z tego dzieła totalna łopatologia.

No nic, wracam do roboty. Muszę ogarnąć to jeszcze dzisiaj, żeby mieć pełen obraz tego, co stworzyłam.

Do napisania.

Uprawdopodobniam powieść

na blog 2

Zgodnie z zaleceniem wydawcy „uprawdopodobniam” powieść. Zostało mi jeszcze sto czterdzieści stron znormalizowanego maszynopisu, a już ledwo widzę na oczy.

Wracając do uprawdopodobniania, dodaję informacje, że Kinga dostała zlecenie, bo pracowała z „oswojonym” już przez kolegę klientem.

Tłumaczę dlaczego zaczęła od zjazdów na rowerze górskim, a nie od treningów judo. Dwa razy wspomniałam w powieści o tym, że w Szwajcarii nie należy spuszczać wody po dwudziestej drugiej 😉

Błąd, jedno wyrzucam, żeby się nie powtarzać.

Jednak im dalej brnę, tym bardziej boję się, że wyjdzie mi z tego dzieła totalna łopatologia.

No nic, wracam do roboty. Muszę ogarnąć to jeszcze dzisiaj, żeby mieć pełen obraz tego, co stworzyłam.

Do napisania.

Przedśmiertnie wydana

na blog 1

 

W moim życiu pojawił się kolejny wydawca, który pod pewnymi warunkami (nie powiem, bo nie chcę zapeszyć i nie, nie muszę dopłacać do interesu). Otóż pan redaktor wydałby Seryjnego w dwa tysiące siedemnastym roku.

W tym samym liście przemiły pan zapytał, jak idą prace nad kolejną powieścią. Przyznałam, że prawie gotowa i mogę słać.

Posłałam.

To było w czwartek.

Aż tu nagle pojawiła się informacja od wydawcy A ze wskazaniem, że Kochanka można by jednak ulepszyć.

Po kilkudniowej blokadzie, która wczoraj puściła, podwiarygodniłam kilka scen, a wieczorkiem napisałam do wydawcy B, żeby wstrzymał się z czytaniem, bo rzuciłam się w wir pracy, udoskonalam dzieło i podeślę w poniedziałek.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie „nie ma pośpiechu!”

Jak to nie ma pośpiechu?, zapytuję w kolejnym liście. Chciałabym zostać wydana przedśmiertnie, dodaję.

Na co wesoły wydawca odpowiada, że pośmiertnie opublikowane dzieła się najlepiej sprzedają.

Pogooglowałam i okazało się, że jeżeli autor umrze i dodatkowo mieszkał z granicą, wtedy stawka dodatkowo rośnie.

Niestety, piszę do wydawcy, cieszę się doskonałym zdrowiem i jeżeli mnie nic nie przejedzie lub nie spadnie na głowę, to jeszcze pożyję 😉

Do napisania

Czytelnicy i tak nie uwierzą.

IMG_20160502_132159293

Powinnam podwiarygodnić powieść. „Kochanek żywy i martwy jednocześnie” zamiast obyczajem okazał się bajką dla dorosłych.

Od trzech dni zastanawiam się, co z tym fantem począć. Jednak żaden genialny pomysł nie przyszedł mi jeszcze do głowy.

Z to mój mąż wpadł w objęcia muzy od porządków. Postanowił wyrzucić wszystko, co nam się nie przydaje.

Biegam za nim i sprawdzam, co tym razem ma iść na przemiał. Niektóre fanty odzyskuję i chowam, nad innymi macham ręką, bo już mi się nawet nie chce wykłócać. Proceder trwa od tygodnia i dał mi się we znaki.

W międzyczasie zastanawiam się co z Kochankiem, a czasem nawet nad znalezieniem sobie kochanka, bo z nawiedzonym małżonkiem coraz trudniej wytrzymać.

Dzisiaj rano podzieliłam się z koleżanką wątpliwościami co do Kochanka, o kochanku nie wspominałam, bo to wizja na razie odległa. Nie da się flirtować w takim burdlu. Może jak ślubny już posprząta, przemyślę sprawę kochanka.

Na razie głowię się nad Kochankiem, koleżanka poradziła go poprawić. Dodała, że powieść jest, dobra, ciekawa, lekka i przyjemna. Jak ta głupia zapytałam, czy mówi o moim ostatnim dziele, bo zaczęłam tracić wiarę. Potwierdziła.

Serducho zabiło mi tak mocno, jakby na w moim życiu ,w miejsce nawiedzonego męża, pojawił się wymarzony kochanek. Otworzyłam plik. Na jednym tchu przeczytałam pierwszą scenę. Ręce opadły mi do podłogi. Nic poza zdrobnieniami nie udało mi się poprawić. Nie pojawił się, żaden genialny pomysł. Pustka i bezradność. W efekcie dostałam migreny, a jedyne na co wpadłam to ewentualny wstęp:

Czytelniku i tak nie uwierzysz w tę historię, więc nie bierz jej serio 😉

Idę przekopać się przez fanty do wyrzucenia. Jeżeli w czasie tej rozwałki nic nie przyjdzie mi do głowy, to może chociaż rozbolą mnie mięśnie i zapomnę o migrenie.

Do napisania.

P.S. Przed chwilą odzyskałam taborety, które mąż już wystawił. To prawda, że w poniedziałek przyjdą nowe, ale na czymś siedzieć do tego czasu trzeba. Tak mi się przynajmniej zdaje, bo już niczego nie jestem pewna.