Boję się

2014-10-30 12.12.25

Od kiedy, dwa tygodnie temu, posłałam poprawionego „Seryjnego fotografa” do wydawnictw, cały czas mnie nosi.
Najpierw obrobiłam ogród, w tym przycięłam pięć drzewek owocowych, cały żywopłot i do tego powycinałam olchy, które zaglądały przez siatkę i zasłaniały widok. Potem zabrałam się za sprzątanie domu. Skleciłam kilka durnowatych wierszyków. W międzyczasie zaczęłam pisać najnowszą powieść. Od dwóch tygodni nie daję sobie chwili na wytchnienie, bo wytchnienie oznacza myślenie o losach Seryjnego. Czy spodoba się wydawcom?
A jeżeli nie, to co?

Pozostały jeszcze dwa, może znajdę trzecie wydawnictwo, które chcą wydruku. Do nich powieści nie posłałam.
Trochę ze sknerstwa, bo wysłanie takiej paki kartek będzie kosztowało min 40 CHF od sztuki.
Ale prawda jest taka, że się boję.

Nie mogę złapać tchu, kiedy myślę o tym, że te dwa, może trzy wydawnictwa odrzucą moją powieść i nie zostanie już nikt, komu mogłabym posłać Seryjnego.
A co jeżeli cały wysiłek pójdzie na marne?
Więc może nie posyłać, tylko mieć te wydawnictwa w odwodzie? Prawda, że to nie ma sensu?!

Gonitwa myśli nie daje mi spokoju. Czasem staram się racjonalizować: powtarzam sobie, że pisanie sprawia mi radość, powinnam być wdzięczna Opatrzności, że dała mi pasję, że mam dokąd uciec od codziennych rozterek. Wmawiam sobie, że może kiedyś ktoś wyciągnie Seryjnego spod pajęczyny w mojej szufladzie i go doceni.
I znów wstrzymuję oddech, aż robi mi się niebiesko przed oczami.

Obsesyjnie sprawdzam pocztę i zaglądam na Facebooka. Może wydawcy zgubili mój adres i przez fb starają się mnie odnaleźć?

A wszystkie te duszące odczucia staram się przykryć uśmiechem i głupkowatym stwierdzeniem: – Że może, podobnie jak Norwid, wyprzedziłam swoją epokę;)

Do napisania.
Kasia

Mój pierwszy wiersz w piątkowym nastroju.

2014-08-15 14.07.03

Miało być o przemiłych zwierzątkach. A wyszło, jak wyszło.

Sam oceń, proszę;)

Bydlak, osioł, prosie.

Obiadu nie będzie, mam to wszystko w nosie.
Choć raz do restauracji byś zaprosił.
Patrzy na minie mętnie, całkiem niekumaty.
W samych gaciach stoi, nogi krzywe jak gnaty.

Piwny mięsień na brzuchu od codziennego chlania.
Widok kiepski, ale mój, chuć mnie dopada nie do opanowania.
Zdejmuję majteczki, sukienkę i stanik
i frunę do niego przez żółty dywanik.

Powalam na kanapę, oddech piwny zniosę.
Byleby szybciutko nadziać się na kosę.
Upomina: nie krzycz i zatyka buzię.
Staram się nie wrzeszczeć, dzieciaki obudzę.

Potem kaszanki odsmażę i piwa przyniosę.
Eh, żyć nie umierać.
Bydlak, osioł, prosie.

Może jak na kolejny utwór poświęce więcej niż dziesięć minut, wyjdzie zgrabniej 😉

Do napisania.
Kasia