Uważaj na konkursy! Uzależniają!

pierogi

Na tydzień przed wigilią wpadłam w sidła nałogu.

Rzuciłam się w wir konkursów literackich. Sporo ich się pojawia tuż przed Bożym Narodzeniem, pewnie dlatego, że zastanawianie się nad sensem wszystkiego jest wliczone w cenę Świąt.

Zwykle mam mnóstwo czasu na refleksje przy lepieniu pierogów, albo robieniu świątecznych porządków… Czas wtedy zwalnia. Ale tym razem strzeliło mi do głowy, żeby spisać swoje myśli w formie opowiadań, a konkursy dały mi do tego pretekst.

Na cztery dni przed wigilią farszu na pierogi wciąż nie miałam, o cieście nie wspomnę, choinka wciąż w lesie, prezentów nie nabyłam, moje brwi dopominały się świątecznej wizyty u kosmetyczki, a w domowi przydałaby się armia sprzątaczek…

Ślęczałam przed komputerem pisząc moje opowieści, a w przerwach na „rozprostowanie wzroku” zastanawiałam się jak te przedświąteczne obowiązki ogarnąć? Tyle tego, że nie sposób… Próbowałam nawet racjonalizować. Tłumaczyłam sobie, że robota w kuchni idzie mi sprawnie, że prezenty już wymyśliłam i pozostaje je tylko upolować, a porządki porobię wieczorami.

Ostatecznie tak bardzo pochłonęło mnie wymyślanie historii, że zapomniałam o wyrzutach sumienia. Pisałam. Kompletnie oderwałam się od spraw „przyziemnych”. Bo przecież Święta są takie magiczne… Pisałam i słałam.

Ekspresem wyskrobałam i wrzuciłam teksty na dwa konkursy – terminy goniły;D

Na dwa dni przed Wigilią okazało się, że nie mam najmniejszych szans w pojedynkę wyrobić się z porządkami. Dlatego poddałam się.

Dom prędzej czy później się posprząta. W kwestii jedzenia mogłam liczyć na rodzinę, a resztę pomogłam przygotować w wigilijny poranek. Grunt, że udało się wysłać opowiadania na czas i na czas zawitać w rodzinnych progach, a nawet pod dyktando nalepić pierogów, napiec pierników, choinkę i stojak nabyć, nakryć stół i do niego podać…

Tym razem udało mi się spaść na cztery łapy. Ale zważywszy na to jak teraz jestem zmęczona w przyszłości zamierzam unikać przedświątecznych konkursów.

Do napisania.
Kasia

„Odzyskana wolność”

To drugie z serii „opowiadań dla znudzonych gospodyń domowych”. Tak nazwała tę moją twórczość koleżanka po piórze.

Dziękuję, Olu! To bardzo trafne określenie.

W zamierzeniu to miał być odpoczynek od wielowątkowego maratonu, do którego zmusza pisanie powieści.

Ktoś poradził mi, żeby ćwiczyć warsztat na krótkich tekstach. Postanowiłam go posłuchać. Niestety opowiadanie rozrosło się prawie w minipowieść i choć świetnie się przy nim bawiłam, teraz z perspektywy czasu, nie nazwałabym tego odpoczynkiem.

Odzyskana wolność” – bardzo długie opowiadanie.

Życzę Ci miłej lektury.

Jeżeli znajdziesz tam jeszcze jakiś interpunkcyjne niedoróbki, daj znać proszę. To ciągle moja achillesowa pięta.

Do napisania.
Kasia

Znów bomba!

13-02-21-547

Tym razem trafiłam na komunikatywnych wydawców.

Miesiąc temu, gdy posłałam pierwsze dwa egzemplarze Seryjnego, żaden z wydawców nie dał nawet znać, że dostał mój email.
Przykro mi się zrobiło, bo przecież wysłałam efekt kilkunastu miesięcy pracy. Niepewna swoich umiejętności, jako początkujący autor, kombinowałam nawet, że może to co napisałam jest totalnym knotem. Dlatego zostałam zignorowana.

Dopiero z czasem doszłam do wniosku, że nie mogło chodzić o jakość, bo żaden z wydawców nie czyta nadesłanego dzieła od razu… Nie ma więc powodów do samolinczowania się. Choć ciągle nie daje mi spokoju taka obojętność.

Tym razem jest inaczej. Dostałam potwierdzenie także od drugiego wydawcy. Jeżeli odezwie się do mnie ten trzeci, to odtańczę taniec zwycięstwa.

Tym razem pan z wydawnictwa poinformował mnie, że powieść doszła, że znajduje się na pięćdziesiątej siódmej pozycji w kolejce do lektury, i że w okolicach dwóch miesięcy mogę się spodziewać odpowiedzi.

Do napisania.

Kasia