Współpraca z edytorką – część 1

Osiedlowy Skryba

Opowiadanie „Osiedlowy skryba”, to które napisało się w pięć dni i po poprawkach liczy już sobie dziewiętnaście tysięcy słów, zostało sprawdzone przez profesjonalną edytorkę. Kasia odwaliła taki kawał roboty, że powinna wziąć za to dużą kasę. Nie wzięła.

Kasiu, odwdzięczę się z nawiązką!

Praca z Kasią i jeszcze kilkoma innymi edytorami była dla mnie najlepszą szkołą warsztatu. Nic, żaden podręcznik o pisaniu, ani nawet kurs pisarski nie nauczyły mnie więcej.

Kasia prześledziła tekst i wytknęła mi paluchem co robię źle. Ba, nawet pochwaliła!;D

Żeby nie zanudzać, przytoczę dwie z tych uwag:

Edytor: – Za dużo przymiotników.

Siedziałam na kanapie, wciąż przykrytej zasłoną prysznicową i w świetle (wersja przednia: gołej) żarówki, przyglądałam się nierówno pomalowanym ścianom. Łkałam (wersja poprzednia: głośno), jak zarzynana świnia, i nie mogło mnie powstrzymać walenie sąsiadki z góry w kaloryfer, ani nawet (wersja poprzednia: natrętne) dobijanie się do drzwi. Do drzwi?!

 

Edytor: – A może zmień porównanie na mniej oklepane?

Agnieszka, jako osoba z klasą, w dodatku bardzo skromna, która przecież mogła przebierać w facetach jak w (wersja poprzednia: ulęgałkach) ofertach kredytów konsumpcyjnych na tydzień przed Gwiazdką, nie dała się nabrać na nienaganne maniery przystojniaka. Wymawiając się nagłą potrzebą skorzystania z toalety, zajęła wolne miejsce w pierwszym rzędzie.

Chciałam wstawić więcej przykładów, ale wpis zrobił się tak długi, że nawet mi nie chciało się go czytać. A uwierz mi, że przy pierwszych draftach, jestem niemalże z siebie zadowolona ;D

Zresztą, to co dzieje się w mojej głowie od momentu kiedy tekst wyjdzie spod palca do pokazania go widzom, to temat do panelową dyskusję.

W następnym wpisie obiecuję dać tego więcej. Chodzi mi też po głowie, żeby pokazać całe opowiadanie z poprawkami edytorskimi, tylko jeszcze nie wiem jak. Jest tego trzydzieści stron!

Jeżeli chcesz przeczytać całość i masz koncepcję jak mogłabym ją udostępnić, pisz proszę w komentarzach

Do napisania.

Spełnienie

Ponoć dzień spełniony to taki, w którym człowiek ma okazję sobie popłakać i uśmiać się do łez.

Sobotni poranek był ciężki. Dopadła mnie blokada pisarska i poczucie bezsensu. Po południu szukałam braci broni na forach pisarskich. Potrzebowałam wsparcia. Ostatecznie nie odważyłam się o nie poprosić. W międzyczasie spożyłam obfitą porcję torciku bezowego własnej produkcji. Nie płakałam, choć bliska byłam łez.

Sytuacja drastycznie zmieniła się wieczorem. Wciąż, gdy o tym pomyślę, serce tłucze mi się w piersi, ręce drżą, bo nie daję wiary temu co się wydarzyło

Wczorajszego wieczoru równocześnie osiem osób odwiedziło mój blog! No, niech mnie! To był dopiero widok! Ludzie nie tylko weszli, ale i czytali! Na to wskazywałaby czas przebywania na stronie!

Obraz całości się zamazał, wkrótce potem jak mój mąż puścił w eter wiadomość, żeby członkowie rodziny również odwiedzili moją stronę. Albo nie mógł znieść widoku kolejnej porcji bezy z kremem na moim talerzu, albo chciał sprawić mi jeszcze więcej przyjemności. Nie było czasu na wymianę myśli, bo klan Sikorów wysłuchał prośby. W ten sposób zafałszował statystyki wejść.

To nic. I tak, wbrew siłom grawitacji, unoszę się nad ziemią.

A płakać będę na wiosnę, kiedy nie zmieszczę się w żadną parę spodni.

Do napisania!

 

Kolejna propozycja wydawnicza

Znów ta sama śpiewka tylko na inną nutę. Wydawnictwo proponuje współpracę, ale stawia warunek. Musiałabym założyć zastaw za trzysta egzemplarzy mojego dzieła.

Jest również opcja, że mogłabym osobiście poszukać tyluż nabywców. Wydawca sugeruje, żeby rozejrzeć się we własnych profesjonalnych kręgach. To by się nawet mogło udać, tylko że na palcach ręki drwala mogłabym zliczyć, w moim środowisku, ilość osób, które operują językiem polskim.

Zaczęłam więc zastanawiać się nad innymi możliwościami popytu. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, to żeby zwrócić się do tych, o których traktuje powieść. To przecież saga rodziny Wiendszyldów! Tak, oni z pewnością kupiliby moje dzieło! Niestety, postacie są całkowicie fikcyjne… I znów czarny dół.

Nie wiem jak i komu sprzedać trzysta egzemplarzy „Rubinowej twierdzy”

Na pocieszenie, gdybym chciała poznać opinię o mojej powieści, mogłabym zamówić ją w tymże wydawnictwie. Koszt usługi wynosi 492 złote.

Rozgrzana do czerwoności, po diabła mi o tym przypominali, czekam na kolejne oferty wydawnicze.

Tymczasem piszę, nabuzowanej mnie, pracuje się wyjątkowo sprawnie.

Do napisania

Poprawiać, czy nie poprawiać, oto jest pytanie.

Jestem na etapie kończenia „Seryjnego fotografa”. W odróżnieniu od „Rubinowej twierdzy”, tej powieści nie poprawiałam na bieżąco. Uznałam, że to nie ma sensu, bo koncepcja w trakcie pisania, żebym nie wiem jak się starała trzymać schematu i tak ulegnie zmianie. Tak stało się przy pierwszej książce, teraz jest podobnie.

Dlatego dopiero w ostatecznej wersji wydarzeń zamierzam podporządkować poprawki.

Korzyść jest taka, że nie narobiłam się nad niepotrzebną korektą.

A co do negatywów… Sporo z tego co napisałam, wyleciało mi z głowy. Ratują mnie karteczki samoprzylepne. Właśnie wynotowuję sobie na nich najważniejsze wątki.

Jutro będzie już z górki.

Dopiero gdy skończę pisać, poprawię i wygładzę całość.

Ciekawa jestem Twoich doświadczeń. Pisz, proszę, w komentarzach.

Do napisania.

Pierwsza propozycja

Dostałam pierwszą odpowiedź od jednego z wydawnictw (posłałam powieść do siedmiu). Przyszła po tygodniu od wysłania „Rubinowej twierdzy”.

– „Skoro to kryminalny debiut” – mniej więcej tak to brzmiało – „mamy dla pani propozycję”. Doszukałam się jej w załączniku. Wydawnictwo zaproponowało mi współfinansowanie mojej powieści. Zamknęłam załącznik i mail, a następnie obrażona na cały świat, no bo cóż to za pomysł, żeby autor musiał dokładać do swojej pracy? opuściłam strefę darmowego internetu.

Dopiero teraz dochodzi do mnie, że jak na początek nie jest najgorzej. Skoro wydawnictwo chce współfinansować moją powieść, to może ktoś ją jednak przeczytał i chce podjąć jakieś tam ryzyko…

Już sama nie wiem, mam mętlik. Ciekawa jestem co ty zrobiłabyś na moim miejscu?

Ja na razie czekam na odpowiedzi pozostałych sześciu wydawnictw i za nic nie mogę zmotywować się do pracy.

Życzę Ci bardziej produktywnego niż ten mój początku Nowego Roku!