Posłałam rubinową do wydawnictw.

12-12-20-100

Na razie do trzech, tych którym wystarczyła powieść w wersji elektronicznej.

I choć szansa na to, że moja powieść zostanie wydana wynosi pół na pół, to i tak pomyślałam z przekąsem, że Ci którzy potrzebują papierowej wersji, będą sobie musieli poczekać.

Prawda jest taka, że mam pietra. Przed oczami mroczki, serce tłucze mi się w piersi, a ręce drżą. Nikt nie odesłał choćby potwierdzenia, że otrzymał mój email. W dodatku oczekiwanie może trwać do trzech miesięcy, a zważywszy na okres Świąteczny nawet dłużej. Chociaż żaden z wydawców nie informuje, że zamierza mnie w ogóle wtajemniczyć o ile decyzja będzie odmowna.

Pozostaje więc czekanie. Nie wiem czy w tym stanie ducha jestem w stanie pracować nad ciągiem dalszym seryjnego. O ironio ratują mnie właśnie Święta. To już za parę dni, dobrze, że w domu bałagan, a lodówka pusta. Będę miała czym wypełnić czas. Chociaż przez tych kilka dni.

 Zdrowych i pogodnych Świąt! I niech wena będzie z Tobą!

Kasia Sikora

Blow job – moje inspiracje

Kilka dni temu zdarzyło mi się odbyć podróż życia. Właśnie kombinuję jak wykorzystać moje nowe doświadczenia w rozgrzebanej powieści. Ponoć opisy wychodzą mi dobrze, więc warto by o tym opowiedzieć.

A było to tak:

Podróż miała trwać siedem godzin, lecz z racji pogody przeciągnęła się do szesnastu. Po czterogodzinnym oczekiwaniu na samolot i wcześniejszej panice, kiedy to w drodze na lotnisko utknęliśmy w godzinnym korku (wtedy jeszcze nikt nie mówił o opóźnieniach), mój samolot wystartował mniej więcej o pierwszej nad ranem. Niestety, zamiast wylądować na rodzimym lotnisku, znalazłam się na innym, oddalonym od docelowego o sto pięćdziesiąt kilometrów. Gdy po tranzycie z lotniska na lotnisko autobusem, znalazłam się w pociągu do domu, dochodziła szósta nad ranem. Traf chciał, że na tym moja przygoda wcale nie miała się zakończyć.

Przyczepił się do mnie młody mężczyzna, przed którego natrętnym towarzystwem starałam się bronić najpierw dyplomatycznie goignorując, potem już nie przebierając w środkach (mimo paraliżującego strachu w pustym pociągu, za oknami którego wciąż panował mrok) uśmiechałam się doceniając poczucie humoru, a z czasem nie przebierając w słowach, kiedy facet politycznie niepoprawny zaproponował mi możliwość dorobienia paru groszy do domowego budżetu.

Praca miała być nieszczególnie wymagająca, ani umysłowo, ani tym bardziej psychicznie, co zważywszy na moje samopoczucie po nieprzespanej nocy zdawało się nie lada udogodnieniem. Miałam mu obciągnąć laskę!

Moja sytuacja przedstawiała się raczej tragicznie. Sama w pociągu, konduktor w lokomotywie (o ile tam w ogóle był jakiś konduktor, bo nie zauważyłam, żadnego pracownika na dworcu, ani tym bardziej w pociągu. Nawet kanarów brak!

Złapałam za pałąk walizki i zaczęłam iść w stronę drugiego wagonu, próbując sobie przypomnieć jedyny chwyt judo, który znam. A może gdyby walnąć obciążoną laptopem walizką?

Sekundy trwały tyle co lata, facet szedł za mną, dzieliła nas odległość walizki… Po raz pierwszy usłyszałam głos obsługi pociągu, nagrany, ale informację miał dla mnie wspaniałą. Dotarliśmy do stacji docelowej. Wyskoczyłam z pociągu, jakby walizka straciła na wadze, jakby siła grawitacji wyłączyła się w tamtej chwili.

Szłam przez opustoszały dworzec, towarzyszyło mi echo kroków i przyspieszony oddech podążającego za mną natręta.

Dopiero na przystanku autobusu miejskiego spotkałam dwóch mężczyzn, których poprosiłam o pomoc w razie gdyby facet podążył moim śladem.

Potem szłam jeszcze dwa kilometry, ciągnąc za sobą walizkę i zwały śniegu z nieodśnieżonego o tej porze miasta. Było mi wszystko jedno.

Do domu dotarłam o 6.30 rano. Moje dziecko już nie spało…

Już wiem co spotka mojego bohatera w podróży;D

Miłego dnia