Może jednak to ma sens…

Wczoraj wieczorem dostałam maila, który bardzo podniósł mnie na duchu. Nie żebym chciała się chwalić. To daje mi wiarę, że może jednak nie marnuję czasu, że to moje pisanie ma sens, bo lektura „Rubinowej twierdzy” sprawiła komuś przyjemność.

A to dopiero moja pierwsza książka;D

Opinia pochodzi od bliskiej znajomej, która, zapewne nawet gdyby powieść się jej nie spodobała, nie chciałaby mi robić przykrości. A jednak cieszę się jak cholera. To było mi potrzebne, dokładnie w tamtej chwili.

Oto ten mail:

Kasia,

 Rubinowa jest fantastyczna – nie to że się ją czyta ok, ale czyta się ją świetnie! Jest tak wartka akcja I super sposób opisów, że w ogóle nie czuję, że czytam książkę tylko jakbym tam była. Książkę trzeba wydać!

 Jak dokończę ją czytać do wpiszę odpowiedni komentarz na blogu.

 GRATULUJE I … czekam na kolejna opowieść

 Renata”

Miłego wieczoru!

 

Kurzajka

Obiecywałam sobie, że w grudniu zabiorę się za ostateczne poprawki „Rubinowej twierdzy”. Tymczasem dojrzałam do tego dokładnie tydzień temu.

Spędziłam cały tydzień na nanoszeniu nieznacznych korekt i zaznaczaniu zbędnych opisów. Na początku nieśmiało zmieniałam tylko kolor trzcionki w tekstach przewidzialnych pod ewentualne przeróbki. Serce bolało mnie na myśl o wyrzucaniu sporych fragmentów tekstu, nad którymi tyle przecież przesiedziałam.

Tak upłynęło mi siedem bezproduktywnych dni. Aż wreszcie zaskoczyło. Cud nastąpił wczoraj o poranku.

Jeszcze raz przestudiowałam uwagi do mojego dzieła i znów zawrzało mi pod czaszką. Wiedziałam, co mam zrobić.

„Pisać jest rzeczą ludzką, redagować boską!” – znów stary S.King wraca na tapetę. Jakoś mnie to do końca nie przekonało. Bo jak pozbyć się fragmentów tak ciężko wypracowanego tekstu?!

A może… może powinnam pomyśleć o poprawkach nie jak o amputowaniu części duszy… tylko jak o usuwaniu kurzajek?! Tak, muszę się skupić na tym obrzydlistwie, wtedy będzie mi łatwiej!

Jak postanowiłam, tak też się stało. Od dwóch dni siedzę na tyłku, za spacer posłużyło mi dziś umycie zewnętrznych żaluzji okien. Słowo, nie dało się na to patrzeć, a czasem przecież muszę odwrócić wzrok od monitora;D

Chyba jednak do mojego mózgu dotarła ta odrobina tlenu z okna otwartego na czas mycia.

Siedzę i bez mrugnięcia okiem wyrzucam zbędne opisy. Poprawiam dialogi lecę od sceny do sceny z udziałem konkretnego bohatera, a potem wracam od początku i obrabiam następnego. Robota idzie mi raczej powoli (w moich kategoriach, osobnika z ADHD), bo przykładam się do niej całym sercem. Muszę wydobyć głębie postaci i pokazać, że moja bohaterka ma motyw na tyle mocny, aby czytelnik trzymał za nią kciuki. Mam nadzieję, że mi się to uda.

No nic, wracam do roboty.

Miłego wieczoru!

18 tysięcy słów w 5 dni!

Pojechałam z tym opowiadaniem! W zamyśle miało być krótkie i stanowić odskocznię od „Seryjnego fotografa”, ale cudownie się rozrosło.

Gdybym potrafiła utrzymać taki stopień najwyższej koncentracji, w miesiąc napisałabym książkę!
Coś niesamowitego. Mózg mi spuchł i wychodzi uszami. Wiem, że powinnam odpocząć, ale moja dusza wciąż się rwie do pisania.

Zastanawiam się skąd to tempo. Chciałabym wierzyć, że weszłam na kolejny poziom pisarskiego wtajemniczenia.

A może to wyłącznie kwestia tematu opowiadania? Piszę w nim o niepokojach początkującej pisarki. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie doprawić mojej opowieści również szczyptą sensacji i gramem romantyzmu. W każdym razie czuję się szczęśliwa i spełniona.

Życzę ci masy tak udanych dni!

Do napisania!
Kasia Sikora

PS. Zaczyna się to mniej więcej tak:

Nazywam się Małgorzata Grzelak. Mam trzydzieści trzy lata. Od trzech jestem rozwódką, a od dwóch nie uprawiałam seksu (o ile seksem można nazwać krótki romans ze stażystą). Facet przepracował u nas dwa miesiące. Następnie awansował do pionu finansowego, na pierwszym piętrze centrali, a praca tam jest szczytem moich marzeń. Stażysta, kiedy jeszcze był stażystą, odwiedził mnie cztery razy. Uprawialiśmy seks w ciemnościach mojej kawalerki (czyżby było ze mną aż tak źle, że nie chciał mnie oglądać?). W każdym razie, odbyliśmy cztery stosunki. Wszystkie od tyłu. Facet rzucał się na mnie i operując swoim niewielkim sprzętem rżnął w tempie w jakim moja matka ubija mięso na schabowe. Tylko raz doświadczyłam przyjemności. Reszta zbliżeń kończyła się nie tylko kacem alkoholowym (na trzeźwo bym tego nie przeżyła), ale i moralnym.

Pracuję w banku na sali operacyjnej. Jestem starszą specjalistką, lecz moja praca sprowadza się do realizowania wpłat i wypłat w okienku kasowym. Otaczają mnie wyłącznie kobiety, wyłącznie sfrustrowane i wyłącznie dużo ode mnie starsze. W pracy nie rozmawiam praktycznie z nikim. Czasem pani Zosia, również kasjerka, częstuje mnie ciasteczkami. Ja nam obu donoszę kawę z ekspresu przepływowego. Na lepszą już mnie nie stać. Ta kawa stała się symbolem nowego życia.[…]”