Niech szlag trafi rozsądek, bo on zabija wenę.

To było najgorszych sześć dni w moim życiu początkującego pisarza. Za dużo teorii, za mało w tym wszystkim było mnie.
Jak już wspominałam, moją drugą powieść -„Seryjnego fotografa” pisałam szybko, aby nie stracić wątku. Wreszcie nastąpił taki dzień, że utknęłam na dobre. Kompletnie straciłam wolę walki.

Niby miałam wszystko: schemat, wiedziałam do czego zmierzam i czego mi brakuje. Jednak przy pisaniu zabrakło entuzjazmu. Zmuszałam się, żeby usiąść przed komputerem. Gdy wreszcie się przemogłam, co pół godziny przerywałam pracę, żeby wyżłopać kolejną dawkę kofeiny na zmianę z teiną, ale i tak z trudem wypacałam z siebie tysiąc słów dziennie.

Dzień i noc zastanawiałam się jak odnaleźć w sobie ten entuzjazm, który opadał mnie przy pisaniu „Rubinowej twierdzy” i gdzie podziała się ta nirwana z początkowego etapu tworzenia seryjnego? Dlaczego przyjemność z pisania nagle się skończyła, a moje życie zmieniło się w katorgę?

Ten okres, na szczęście, minął. Dzisiaj około piętnastej coś drgnęło i zrozumiałam na czym polegał mój problem.
Za bardzo skoncentrowałam się na wartkiej akcji na szczegółach dotyczących konstrukcji scen i wszystkich tych trikach, które miałyby, w teorii, nie odstraszyć czytelnika od lektury. Teoria teorią, ale jak realizując punkt po punkcie z rozlicznych poradników dla pisarzy, znaleźć przyjemność z pisania? Nie wiedziałam.

Wreszcie przyszedł przebłysk. Już wiem co się stało. Za bardzo skupiłam się na prawdach objawionych.
Zabrakło w seryjnym tych wszystkich emocji, które być może odrobinę spowolnią akcję (i tak wyszedł mi tekst na miarę komiksu) ale ukarzą więcej odczuć bohaterów. Teraz Adam Boreman (główny bohater seeyjnego) ma nowe życie i masę spraw z którymi musi się uporać. Jego egzystencja nabrała barw, a mi jest lepiej i znów czuje wenę i wiem, że te emocje nakręcą fabułę bardziej niż suche fakty.
Do napisania,

Kasia Sikora

To prawie przedostatni etap pisania „Seryjnego fotografa”

Mam już większość scen. Te ostatnie dopiszą się same, podczas gdy ja dla odmiany, robię tuning tego co napisałam.
Chodzi o to, że pisałam szybko, żeby jak wyraził się ktoś mądry „nie stracić ostrza narracji”. Mam pierwszy draft trzech czwartych powieści. Z grubsza obejmuje on większość faktów i emocji. Natomiast miejscom brakuje kolorytu, a scenom wprowadzenia.
Aby trochę przewietrzyć umysł zaczęłam od ponownego zwiedzania Nowego Jorku. Nie dosłownie, ale szukam anegdotek na temat miasta.

Mają być krwawe, jak choćby ta: na Washington Square w Nowym Jorku jest łuk – wzorowany na Łuku Triumfalnym, pod nim ponoć ścinano ludzi. Działo się to dawno temu i nikt o tym nie pamięta.
Niby nic takiego, ale jeżeli w pobliżu znajdzie się mój antagonista, w dodatku po to aby wymusić rozmowę na protagoniście, który to ma świadomość tego miejsca i wie o nieczystych sprawkach przeciwnika, robi się z tego mega-scena:D

Wygrzebałam więcej takich historii z życia Wielkiego Jabłka. Od wczorajszego ranka tym głównie żyję.

Okazuje się, że należy trzymać się faktów, jeżeli opisuje się konkretne miejsce na ziemi. W przeciwnym razie zamęt wyprowadza z równowagi znających topografię czytelników. Oczywiście dozwolone jest przestawienie kamienicy, aby znajdowała się bliżej stacji metra i jakichś tam drobiazgów, ale dosłownie zmieniać geografii nie wolno. Tak przynajmniej twierdzą znawcy tematu, a ja nie mam powodu, aby im nie wierzyć.

Dlatego zrzynam się aby w miarę wiernie odtworzyć Nowy Jork i jego klimat. Zależy mi na tej lokalizacji szczególnie, bo w Central Parku napisałam opowiadanko, które stało się prologiem do seryjnego.
Oczywiście zawsze można od tego uciec i wymyślić miasto, albo wrócić na własne śmieci. Mogłabym opisać szwajcarską prowincję albo Singapur, w którym poczułam się jak w swojej kuchni. Może dlatego, że tam tak cudownie pachnie jedzeniem i wibruje życiem. A ja uwielbiam jeść:D

Co jeszcze … A no tak, przeglądam również nasze zdjęcia z wyprawy na Wall Street i tym podobne. Próbuję odświeżyć wrażenia jakie na mnie zrobiło to miasto. Ale idzie mi jak po grudzie.

Nie wiem, czy już o tym wspominałam, ale brakuje mi jednego zmysłu… Nie mam za grosz orientacji przestrzennej. To może brzmieć absurdalnie, ale dla mnie urosło do rangi mega-problemu.
Jestem anty-kompasem! Jako jedyna na świecie nie posiadam wrodzonego GPS-u, ani nawet takiego w telefonie! Jestem skazana na wieczne błądzenie!
Do tego stopnia, że ilekroć zgubimy się w obcym mieście, mój mąż pyta gdzie moim zdaniem powinniśmy iść, a wysłuchawszy mojej opinii, kieruje nas w stronę przeciwną. To zawsze zdaje egzamin.

Okaleczona o elementarny zmysł, który pozwolił przetrwać naszym przodkom, po ty by mogli dać nam istnienie, dwoje się i troję, aby przywołać wspomnienia z Nowego Jorku.
Trzymaj kciuki, proszę.

Do napisania
Katarzyna Sikora

PS. Doroto, cieszę się, że moja pisanina dodaje Ci energii. Przepraszam za długie milczenie. Postaram się pisać więcej. Dziękuję za pozytywnego kopa. Pozdrawiam serdecznie.