Dziękuję za pomoc

Dzisiaj, zupełnie znienacka wydarzyło się coś co przywróciło mi wiarę. Oto komentarz do pierwszego draftu, pierwszego fragmentu mojej drugiej powieści.

Za chwilę zobaczysz tę recenzję. Jednak zanim to się stanie, chciałabym wyznać Ci, że po lekturze tego komentarza kilkudniowa blokada pisarska pękła, a ja zabrałam się wreszcie za seryjnego fotografa. Dzisiaj napisało się tysiąc słów.

A oto obiecany komentarz, ten który przyprawił mnie o ciarki, dreszcz emocji i zmusił do powrotu przed komputer:

Oj, Kasia, Kasia… I Ty się jeszcze zastanawiasz, czy taki początek wystarczy, żeby chciało się czytać dalej??!! Toż to jest MEGA POCZĄTEK! Na kryminał nie można wymyślić niczego lepszego.

Zaraz powiem, co mi się podobało, ale najpierw chciałam ogłosić, że celowo nie wyliczę Ci żadnych konkretnych błędów, bo mieszczą się w granicach błędu statystycznego i fascynująca treść je absolutnie zdominowała. Jest parę przecinków, które na pewno sama znajdziesz, a jeśli nie – to dziewczyny już znalazły za Ciebie 🙂

Więc plusy za:

1. Świetne umieszczenie postaci Boremana w miejscu i czasie. Używasz do tego celu fajnych, krótkich zdań.

2. Twój dobór słów, środków jest bardzo dobry. Ciężko znaleźć cokolwiek zbędnego, typu zaimki, przymiotniki. Wszystkiego jest tyle, ile trzeba. A nawet jeśli czegoś nie zauważyłam, to, umówmy się, nawet w wydanych już książkach mistrzów jest takich nadmiarów co niemiara 🙂

3. Ciekawe jest to, że Twój bohater dużo myśli liczbami, jakby to było takie jego natręctwo. Mam nadzieję, że później rozwiniesz tę jego cechę, znaczy stanie się ona istotna w sprawie? 🙂

4. Doskonale wprowadziłaś kwestię córki. Szczególnie spodobał mi się ten właśnie fragment:

„Mijał ostatni ciąg kamienic. W oknach paliły się światła, a na ścianach tańczyły cienie krzątających się mieszkańców, dochodziły go radosne krzyki dzieci i odgłos ich rozbieganych stópek. Zastanawiał się co robi teraz jego córka, czy jest już w domu, czy też na którychś z licznych zajęć poza lekcyjnych, których nie wypadało opuścić. Przypomniał sobie kiedy, jako kilkulatka podbiegała do niego i szarpała za rękę, zachęcając go do zabawy, podczas gdy on, w oczekiwaniu na kolację, przeglądał popołudniówkę i nie chciało mu się wstać z kanapy.”

5. Drugi fajny fragment, gdzie w krótkim tekście oddajesz całą istotę sytuacji, w jakiej znalazł się bohater:

„Za uzyskane pieniądze kupił ten niewielki apartamencik na Bronksie i jako tako poukładał sobie życie. Jego rytm wyznaczały pory nocnego snu i dziennych drzemek, ale przede wszystkim wizyty córki. Zajęło mu pół dekady, zanim odnalazł się w tym dziwnym świecie, gdzie już nic nie zależało od niego. Z czasem uznał nawet, że to nie było takie złe.”

6. Ostatnie słowa, wysłuchiwane wiadomości, ruda kobieta, o rany, żona!, doskonałe 🙂

7. Fajne nazwisko i że jeszcze pozwoliłaś sobie na komentarz w tekście – super!

8. Świetny wybór narracji. Trzecioosobowa, ale z wyraźnej perspektywy bohatera.

Zwrócę Ci uwagę tylko na jedną rzecz, co do której mam wątpliwości. To bynajmniej nie jest żadna skaza, ale może zechciałabyś rozważyć sprawę. Mam na myśli ten fragment:

„Od pięciu lat uczył się żyć z narkolepsją i zaczynał się do niej przyzwyczajać, mógłby nawet nieźle funkcjonować, gdyby jego świat nie zawalił się po raz drugi. Ten pierwszy raz nastąpił gdy okazało się, że depresja jest niczym innym jak narkolepsją, Drugi był znacznie gorszy.”

Czy nie zgodzisz się, że w tym krótkim fragmencie upakowałaś trochę zbyt wiele danych? Dwa poważne, zmieniające życie ciosy w dwóch zdaniach? Kasiu, nie wszystko na raz 🙂 Po co tak kawa na ławę. Podrzuć tropy, a resztę rozwiń później. Albo nawet przy okazji jakiejś rozmowy. Niech mu się w jakimś momencie skojarzy albo niech ma atak tej narkolepsji, cokolwiek to jest (muszę doczytać, jestem kiepska w jednostkach chorobowych, wstyd mi :-)).

No to Kasia pojechałaś. Czekam na Twojego seryjnego i zapisuję się w kolejce do wydanej twierdzy!

Pozdrawiam!

 

 

Nic już nie wiem

Książka prawie poprawiona, tyle miałam pomysłów… A teraz nagle nie wiem, co dalej.

Z jednej strony kusi mnie, żeby wysłać książkę do wydawców, ale to jest koszt, którego nie chcę ponosić bez jakiejkolwiek pewności, że ktoś zechce rzucić okiem.

Dlatego zastanawiam się czy nie dać jeszcze poczytać tej książki fachowcom, tzn komuś kto się zna i mógłby po lekturze skomentować powieść…

To co ja mam teraz robić?

Ostatni etap

Wczoraj odesłałam moją pierwszą powieść do ostatecznej korekty. Teraz już absolutnie nic nie będę mogła w niej zmienić, bo jeżeli znów wkradną się jakieś błędy, to wyłącznie na moją odpowiedzialność.

Redaktorka w tym momencie przygląda się każdemu zdaniu, przecinkowi i stylistyce. Obie mamy nadzieję, że wiele błędów zostało wyeliminowane przy okazji poprzednich poprawek. A jednak trochę to poprawianie potrwa. Muszę uzbroić się w cierpliwość. Ja furiatka z syndromem ADHD uczę się cierpliwości w kwiecie moich lat… Co jeszcze mnie spotka? Nie wiem. Jednak myślę sobie, że może to czas najwyższy, żeby zgłębiać wiedzę o sztuce czekania…

A teraz o tym czego nauczyłam się w trakcie ostatnich poprawek. Z całego serca polecam Screvener’a (http://literatureandlatte.com/trial.php). To program dla pisarzy, w którym widać jak na dłoni każdy kolejny rozdział z dokładną charakterystyką scen. To bardzo przydatne, gdy przychodzi ci do głowy przestawić sceny, celem przyspieszenia, albo opóźnienia akcji.

Problem pojawił się, gdy zmuszona okolicznościami przeniosłam się do Word’a. Dokument czyta się w tym edytorze łatwiej, bo można ustawić dowolnie wielkie czcionki, a tekst sięga od marginesu do marginesu, w dodatku nabrał kształtu książki. Jednak nie ma tu żadnych zakładek, na których można by zamieścić charakterystykę sceny. W związku z czym sceny przestały być widoczne jak na dłoni, a żonglowanie nimi skomplikowało się.

Dlatego zabrałam się za pracę u podstaw. Wypisałam sobie sceny chronologicznie, włącznie z krótką ich charakterystyką tym razem pracowałam na papierze, ołówkiem przez kalkę. Następnie pocięłam kopie i porównując sytuację aktualną do pożądanej, przyklejałam pocięte karteczki do symbolicznej osi czasu. W ten sposób uporałam się z chronologią.

Nie mogłam niestety uniknąć kilku tragicznych retrospekcji, ale to już wynikało z przeładowania wydarzeń w jednej z części książki, gdzie akcja (było „aukcja” popr. dzięki sugestii uważnej czytelniczki) pruła z prędkością TGV.

Dwa jeszcze dość istotne fakty wiszą nade mną jak milczący wyrzut sumienia. W moim odczuciu temperatura w Singapurze, która przeważnie przez całą dobę waha się między 28 a 30 stopni jest akceptowalna, żeby nie powiedzieć wręcz idealna do życia. To nie jest upał typowy dla Rzymu czy Warszawy, gdy 30 C w suchym klimacie zmusza do chowania się w cień. Singapurska wilgoć i tych 30 C otulało mnie jak kokon i czułam się tam wspaniale (pomijając wyjątkowo nieprzyjemne odczucie co do temperatur w budynkach, gdzie klimatyzacja ustawiana jest na 18C, a takie wahania temperatur zwykle przyprawiają mnie o zapalenie zatok).

Zdaniem redakcji klimat równikowy jest duszny i nie do zniesienia. Upieram się jednak przy swoim. Bo czemu moja bohaterka nie mogłaby mieć podobnych do moich odczuć co do klimatu?

I jeszcze jedno: Czy można dłonią wytłuc okienną szybę? Moim zdaniem w akcie desperacji dobrze umięśniony mężczyzna i owszem potrafi to zrobić. Nie chciałabym być gołosłowna, myślałam o eksperymencie, ale u nas znów zimno jak w psiarni i szkoda mi było pozbywać się nawet niewielkiej szyby w piwnicznym okienku.

Poprawki trwają. A ja czekać jednak nie umiem. Jutro na tapetę wraca „Seryjny fotograf”. Bezczynność kojarzy mi się ze śmiercią i tego nic nie zmieni.

Miłego dnia