Lekcja cierpliwości

Wciąż nosząc się z zamiarem opublikowania fragmentów mojej powieść na blogu, podjęłam wreszcie odpowiednie kroki. Poprawiam powieść, nie wiem po raz już który, ale tym razem jest inaczej. Działam pod bacznym redaktorskim okiem.

Okazuje się, że korekty wymaga nie tylko interpunkcja, również i ortografia oraz stylistyka. Postawiona twarzą w twarz z niedociągnięciami, zabrałam się do ponownej korekty. (Asiu, nie patrz tak na mnie!;D)

Proces jest żmudny, ale nadzwyczaj efektywny. A wygląda mniej więcej tak: najpierw redaktor przegląda fragment tekstu, potem wysyła go do mnie, a ja akceptuję naniesione przez niego poprawki. Następnie nanoszę zmiany sugerowane przez korektę i tak przenicowany tekst odsyłam do akceptacji. Wkrótce przyklapnięty fragment wraca do mnie. Jak to jest sformatowane i poprawione! Cudo! Jej, to ja napisałam?, myślę w takich chwilach, ale poświęcam temu zaledwie ułamek sekundy.

Niestety teraz już na wszystko brakuje mi czasu, bo w skrzynce pocztowej czeka na mnie kolejny fragment do zaakceptowania i podrasowania. Zaś na światło dzienne wypływają nowe gafy, które po poprawkach wstępnych widać już gołym okiem.

– Dlaczego w tym tekście tak często powtarza się „coś”, „ktoś”, jakoś”? – pyta redaktor numer jeden. – Wyeliminuj to – rzuca na odchodne i podsyła mi kolejny fragment. Mam już trzy, nie! cztery, nie! Zresztą kto by to zliczył.

Lecę więc automatem, eliminując to co się redaktorowi całkiem słusznie nie spodobało.

Równocześnie z drugiego źródła dochodzi do mnie następna korekta od najwspanialszej beta-readerki na świecie, której wkład w wygładzanie mojego tekstu jest nieoceniony.

I znów odsyłam tekst, tym razem eliminując również wszystkie: „tyle że”, „tylko że”, „ale” i „i” od których, jak się okazuje w praniu, zadziwiająco często zaczynają się u mnie zdania. No, powiedzmy sobie szczerze, zaczynały. Bo sytuacja z każdym dniem ulega rewolucyjnym zmianom.

I niech mnie, jeżeli w trakcie niwelowania tych wszystkich łączników i „cosiów” do tekstu na powrót nie wdzierają się powtórzenia! Znów głębiej zapadam się w fotelu. Tym razem eliminuję powtórzenia i unikając „ktosiów” i „jakosiów”, podczas gdy nowe łączniki sprawiają, że tekst zaczyna mi zgrzytać.

Całymi dniami obmyślam, jak temu nadać melodię, fałszywie nucąc pod nosem:

„A niech to szlag!

Cierpliwości się uczyć muszę.

A niech to szlag!

Może wreszcie to z siebie wydyszę.”

Jadę na melodię „Niech żyje bal”, podczas gdy stać mnie na znacznie więcej – mogłabym już z pamięci cytować całość tj 226stron tekstu w formacie A4.

Jak jest u Ciebie z tą cierpliwością? Pisz proszę w komentarzach.

 

 

Prawie wygrałam konkurs!

Odważyłam się i posłałam fragment mojej książki na konkurs. I prawie się udało. Serio. Wyprzedziło mnie kilku twórców. Gdyby początki ich książek nie zapowiadały się lepiej niż ten mój, wygrałabym ten konkurs, jak nic;D

A tak znalazłam się na liście dziesięciu osób, których prace zwróciły uwagę jury. Uplasowałam się na miejscu trzecim. Nie wiem czy kolejność jest przypadkowa, czy nie, ale i tak się cieszę.

http://www.facebook.com/pages/Virtualo/287636233432?sk=app_4949752878

Konkurs na Virtualo miał wyłonić zwycięzce spośród self-publisherów, a nagrodą była darmowa korekta i redakcja całego dzieła.

Nagroda przeszła mi przed nosem, ale moralnie czuję się zwycięzcą;D

Miłego weekendu

 

Nowa powieść już na tapecie.

U nas wietrznie, choć słonecznie. Od rana ganiam po tarasie wielką plastikową doniczkę, która przy każdym silniejszym podmuchu wyskakuje z podstawki i toczy się w stronę schodów, żeby dokonać żywota, roztrzaskując się w drobny mak.
Nie zastanawiałam się nad sensem tej operacji. Coś wymyka się spod kontroli, więc instynktownie odstawiam to na miejsce. I nagle doszło do mnie, że wciąż robię wszystko, żeby nie zasiadać przed komputerem.

Podjęłam decyzję: dłużej czekać mi Nie  WOLNO. A teraz zapisane, moje postanowienie nabierze mocy.

Zasiadłam więc i zabrałam się do pracy. W cztery godziny ponownie machnęłam schemat nowej powieści metodą płatka śniegu ( http://www.pasjapisania.pl/Metoda_platka.aspx). Miałam go już wcześniej, ale ten dzisiejszy pisałam z pamięci. Wieżę, że te najlepsze pomysły nie znikają, zostają tam gdzieś w podświadomości i kiełkują. To prawda, że wciąż staram się notować idee, co jak się okazuje, jest niepotrzebną stratą czasu. Bo tylko te, które przeżyły próbę czasu i zamiast wyparować, siedzą pod czaszką. Tylko one dadzą radę się obronić.

Unikaj samotnych spacerów. Omijaj parki i wyludnione skwery. Fotograf wychodzi w plener…

Za kilka miesięcy powstanie „Seryjny fotograf”. W ciągu tygodnia ustalę sobie deadline. Będzie jeszcze weselej;D

 

 

Publikuję

Dwie herbaty później, ciastka odpuściłam, bo idzie wiosna. No i wiadomo…

Wreszcie podjęłam decyzję. Udostępnię moją powieść na tym blogu. Jeżeli nie w całości to przynajmniej fragmenty.

Tyle że moją słabą stroną jest niestety interpunkcja i żebym nie wiem ile razy sprawdzała każde zdanie pod kątem zasad polskiej pisowni, to i tak jakiś przecinek mi umknie. Dlatego długo zastanawiałam się w jakiej formie opublikować moją powieść. Gdyby poszło drukiem, ryzykowałabym, że czytelnik zrazi się przy pierwszym brakującym przecinku. Mogłabym oczywiście poprosić o profesjonalna korektę całości tekstu, ale to spory koszt i wciąż nie jestem przekonana, że chciałabym go ponosić.

Stąd pojawił się nowy pomysł. Zrobię z tego audio. Wtedy nikt nie zorientuje się, że tu i ówdzie brakuje przecinka. A przy okazji kolejnej głośnej lektury wyłapię jeszcze jakieś literówki.

Co o tym myślisz? Pisz proszę w komentarzach.

 

Zwątpienie

 

Uporałam się z projektem. O tym, że zapadła pusta, potem nicość już mówiłam. Najgorsze jednak jest zwątpienie. Zwątpienie, którego nie jest w stanie zwalczyć żadna racjonalna myśl. Czy powinnam pokazać światu moje dzieło?

Na poziomie umysłu jestem przygotowana na to, że moja powieść spotka się z krytyką.

— To przecież Twoja pierwsza książka – mówi we mnie racjonalna Kasia – nie musi być idealna. Grunt, że spełniłaś swoje marzenia. No, głowa do góry przecież było warto.-

Ale Kasia na poziomie emocjonalnym boi się i drży na myśl o tym, że nikomu nie spodoba się ta powieść i pierwszy lepszy anonimowy internauta będzie wieszać na niej psy. Och żeby tylko…

Czy dam radę podnieść się po takiej porażce?

W takim właśnie nastroju upływa drugi dzień z rzędu. Szkoda na to życia. Może za pięć herbat i kolejną paczkę herbatników podejmę wreszcie jakąś decyzję.

Nie ma nic gorszego niż brak decyzji” myślę sobie. „Przecież nawet ta najgłupsza zmusi mnie do działania i oderwie umysł od natrętnych myśli.”

Jak jest u Ciebie z podejmowaniem decyzji? Pisz proszę w komentarzach.