To już koniec…

Moja pierwsza powieść – Rubinowa twierdza” leży przede mną napisana i poprawiona.

„Gdzie te butelki szampana, czerwone dywany i fajerwerki?” zastanawiam się. I wreszcie dochodzę do wniosku, że emocje opisałam w książce:D

A ja muszę ochłonąć. Potrzebuję chwili na zebranie myśli. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej pracowała w takim tempie, ale też po raz pierwszy pracowałam zupełnie dla siebie.

Tak między nami, firma o nazwie „Rubinowa twierdza” miała swój statut. A jego pierwszy punkt brzmiał:

Skoro dla innych możesz to dla siebie musisz;D

Ciekawa jestem, co motywuje Ciebie. Pisz, proszę, w komentarzach.

Miłego weekendu

 

Czyżby to już?

Jeszcze tylko jednym zgrabnym ruchem zmienię kolejność dwóch scen, myślę. W furii łapię za myszkę. Waham się. Tylko że wtedy znów coś nie będzie się zgadzać. Sekwencja zdarzeń, czas. Zbyt gwałtowna scena, po zakręconym sequelu! Będzie niestrawne!

— Czytaj! – mówię do Jarka, przekradającego się właśnie do kuchni.

— Serio? – pyta. – To już?

— Możesz czytać – potwierdzam. Ale minę mam chyba niewyraźną. – Powiedz, przestawiać czy nie?

Spogląda tylko na mnie.

— Poczekam, – odpowiada – jak na ciebie patrzę to myślę, że to wcale nie jest koniec.

„Stoik, upiorny stoik!” chciałabym wykrzyczeć.

Ale chore dziecko siedzi obok. Staram się nad sobą zapanować…Patrzę w lustro. Na moim czole pojawiła czerwona plama. A niech to szlag, dlaczego to kosztuje tyle nerwów?

Przestawiać te sceny czy nie? Stoik, stoicki… a niech to, eureka! Ta scena jest we właściwym miejscu, tylko za mało w niej dynamiki!

Już wiem: Łatwiej zrobić zamęt w scenie niż potem odkręcać zakręconą fabułę!

Furia nakręca mnie i rozkręca scenę;D

Klepię w klawiaturę: Bohaterka parzy się w dłoń. Medykamenty wysypują się ze spadającej apteczki i toczą się po podłodze. Woda leje się do zlewu pod dużym ciśnieniem i odbijając się od brudnej łyżki rozchlapuje się na ściany i spływa na podłogę…

W piętnaście minut niewinna rozmowa przy stole zamienia się w jatkę.

Jeszcze kilka drobiazgów i zacznę nowe życie. Może już jutro? ;D

Byle się nie dać.

„Jak nie urok to sraczka” mawiał, w zamierzchłych czasach, mój nauczyciel Przysposobienia Obronnego. Nie można mu zarzucić zbytniej finezji, ale i odmówić racji.

Właśnie wróciłyśmy od pediatry. Latorośl złapała szkarlatynę. Ona telepie się w gorączce na kanapie. Ja siedzę obok, okrywam ją kocem. Panikuję, starając się zachować spokój i nie dać po sobie poznać jak bardzo niepokoi mnie stan maleństwa. Zostało mi jeszcze 90% lektury mojego dzieła. Do wieczora powinnam się uwinąć i mam nadzieję, że będzie się czym pochwalić.

A jak Tobie idzie pisanie? No, do Ciebie mówię! ;D

Przegrałam bitwę…

…ale nie wojnę.

Moje dzieło miało być skończone wczoraj o północy.  Nie jest. Wczoraj, a raczej dzisiaj nad ranem nie miałam już nawet siły przyznać się do porażki.

W międzyczasie prawie podpaliłam dom. Zapomniałam, że kawałek drewna do kominka położyłam na tymże właśnie. Sprzedawca wcisnął nam zawilgotniałe drewno, które nie chce się palić;D Tyle że nasz kominek to zwykła „koza”. Są i tacy, którzy twierdzą, że wygląda jak parownik dla świń. To drewno nagrzało się na nahajcowanym na maksa piecu i nieźle podsmażyło. Gdyby nie smród, najpierw przyjemny, taki jak w saunie, potem już raczej przypominający zwęglonego żywcem trupa, moja książka spłonęłaby wraz z autorką i jej rodziną, niedokończona.

Już nic nie zamierzam deklarować. Nie wiem, może skończę za dwa dni, może za tydzień. Ale to nie ma znaczenia w obliczu nowego odkrycia.

Stwierdziłam, że nie opłaca się poprawiać po raz czwarty, zdań, których nie udało się wypolerować przy trzecim podejściu. Zdanie jest dobre prawie od razu, albo won. Skutek jest taki, że wywaliłam zbędne dygresje. Nawet te, które pierwotnie wydawały się takie odkrywcze. Jeżeli ja się na tym „zacinałam” to tym bardziej zatnie się czytelnik.

Ciekawa jestem jak jest u Ciebie z dotrzymywaniem terminów. Pisz, proszę, w komentarzach.

Ale Korekta!

Gdy zaczęłam już tracić pewność, że uda mi się samodzielnie wynaleźć wszystkie niedostatki i niedoróbki, wpadłam na genialny pomysł.

A może by problem wyoutsourcingować?

Na golden linie jest grupa redaktorów i edytorów. Zapytałam o profesjonalna korektę i okazało się, że wcale nie trwałaby to długo. Bo niecałe trzy tygodnie.

Tego samego dnia odezwał się do mnie przesympatyczny pan z eKorekta24.pl i zaproponował próbkę takiej korekty! Obiecał przygotować ją na dzisiaj, na dwunastą!

No i dzisiaj punktualnie w samo południe dostałam poprawione pięć pierwszych stron!

Jak to się teraz czyta… 😀 Rewelacja! Zmiany są zaledwie kosmetyczne. Ale diabeł tkwi w szczegółach. A ja sama bym ich nie wytropiła.

Na razie nie potrafię podjąć decyzji, czy poprosić o profesjonalną korektę, czy do wydawnictw słać „naturszczyka”. Ale zdecydowanie polubiłam współpracę z eKorekta24.pl .

Lecę kończyć tę moją korektę. Do północy zostało niewiele czasu. A tu końca nie widać.

Przedawkowałam…

Jeszcze dwa, góra trzy dni i skończę pisać „Rubinową…”.

Dzisiaj pomyślałam, że poważnie powinnam rozejrzeć się za wydawcami. No, chociaż jednym.

Ale nie mogę zebrać się na odwagę. Nie mogę i już.

Już nawet pięknie skopiowałam moją książkę, przygotowałam list przewodni jak się patrzy. I gdy prawie wcisnęłam guzik „wyślij”, zadrżała mi ręka. To z nadmiaru kawy, czy znak, żeby poczekać?

Czekać nie lubię. Dlatego kolejną kawę później (jej ile ja już tego wyżłopałam?), zebrałam się w sobie i wygooglowałam profesjonalnych edytorów. Wysłałam zapytanie o ceny, kilku nawet dokleiłam moją powieść. A teraz czekam na odpowiedzi. W brzuchu mam motyle i siedzę jak na gwoździach. Od klikania w inbox na Gmailu, boli mnie ręka. Tej nocy i tak nie zasnę, trzystukrotnie przekroczyłam dopuszczalną dawkę kofeiny. A co tam, poczekam.

No, Twoja kolej. Opowiedz o swojej traumie, pisz w komentarzach.

Zmarnowany czas.

Mam pierwszy komentarz!

A niech mnie, jednak ktoś tu przychodzi i czyta!:D

Czyli to nie jest całkiem zmarnowany czas…

Taka wiadomość i to przy poniedziałku! Serce mi rośnie, a w duszy  gra. I znów wstąpiła we mnie nowa energia.

Wracam do obróbki skrawaniem.  Na ostateczne zakończenie mojej książki mam tylko cztery dni. I chyba zaczynam wpadać w panikę.

Pozdrawiam Was wszystkich  i życzę miłego tygodnia.

PS. Pani Hanno, dziękuję za pierwszy wpis.

O tym jak książka napisała się sama.

Gdy wreszcie nastał sądny dzień, dzień, w którym napisałam magiczne słowo KONIEC, popłakałam się ze szczęścia. A gdy łzy wyschły, jeszcze tego samego wieczora skopiowałam moją powieść i z bijącym sercem wysłałam ją swoim pierwszym czytelnikom. Później przez kilka tygodni klikałam w swoją skrzynkę na Gmailu i czekałam na wieści. Nie muszę chyba mówić, jakie targały mną emocje.

Aż wreszcie po blisko miesiącu na moim mailu pojawiła się pierwsza opinia. Otwierałam ją drżącą ręką i dopiero po jej odczytaniu, doszło do mnie jak trudnym i żmudnym procesem jest pisanie powieści.

– Jej, ty naprawdę napisałaś powieść, a potem padło to zdanie: Część z wątków nie zostało domkniętych! – A pode mną ugięły się nogi. Jak to możliwe, że tego nie zauważyłam! Dlaczego nie przejrzałam książki uważnie, zanim zmarnowałam czyjś cenny czas!

Szybko posłałam maile reszcie moich potencjalnych czytelników:

— Nie czytaj, proszę wstrzymaj się, muszę to jeszcze poprawić! Daj mi tydzień! Jak bardzo się przeliczyłam, dając sobie zaledwie siedem dni, powiem przy kolejnej okazji.

Jeszcze tej nocy postanowiła zamknąć wątki, które wcześniej umknęły mi w chaosie idei.

Przeczytałam sto pięćdziesiąt stron maszynopisu, a nad ranem miałam już wynotowane wszystkie niedociągnięcia. To wtedy po raz pierwszy poczułam się jak w domu. Miałam konkretny cel – dokończyć niedokończone wątki, ale tylko te najlepsze. Reszty postanowiłam się pozbyć, nie miałam na ich dokończenie pomysłu już za pierwszym razem, dlatego podświadomie je porzuciłam. Nie było sensu męczyć się z nimi, bo nie tylko gmatwały moją przewodnią ideę, ale jeszcze wisiały nade mną jak kat i odbierały chęć życia. Więc po co tracić na nie czas? I gdy wysortowałam kilka najcenniejszych wątków, pozbywając się reszty. Stał się cud.

Pisało się samo, nie musiałam się wysilać. Bez wysiłku powstało pięćdziesiąt stron. Nie wiedziałam nawet kiedy i nigdy jeszcze nie pisało mi się z taką lekkością. Moja wyczyszczona i pocięta książka zamiast skurczyć się, napęczniała.

Ciekawa jestem, jak Ty radzisz sobie z plątaniną wątków? Pisz w komentarzach.

 

Obiecanki cacanki…

Niektórzy nie powinni nic deklarować, bo to im przynosi pecha! A ja zdecydowanie do tych pechowców należę. Na naniesienie ostatnich poprawek dałam sobie dwa tygodnie, tymczasem trzy dni już minęły, a ja nie zrobiłam prawie nic.

Tym razem moje dziecko jest chore i snuje się za mną przez cały dzień, oczekując ciagłej interakcji. W efekcie na zmianę gramy w „Uno” albo „Labirynt”. Wciąga jak cholera.

Tyle że w takich warunkach po prostu nie da się pracować, powtarzam sobie, a na potwierdzenie przez moją głowę przewija się masa dowodów na to, że niestety mam rację. O choćby taki Steven King w „Dallas 63” postawił śmiałą tezę, że przeszłość bywa nieustępliwa, a ja włócząc się z kąta w kąt, szukam usprawiedliwienia dla mojego nieróbstwa, zatanawiając się czy tak samo jak z przeszłością nie jest z przyszłością, może ona też bywa nieustępliwa?

A może to znak, że nie należy się śpieszyć tylko jeszcze sto razy przejrzeć tę książkę za nim ją pokarzę?

I tak zamiast szlifować kombinuję.

Ciekawa jestem jak Ty tłumaczysz sobie te chwile słabości? I czy warto się tym trapić, czy może na chwilkę odpuścić, zresetować się i dopiero z nową energią przystąpić do pracy.