Pierwsza scena powieści pod roboczym tytułem „Żywy i martwy kochanek jednocześnie”

 

2015-12-20 14.58.18

— Kot jest żywy i martwy jednocześnie. To tylko eksperyment myślowy, który obrazuje paradoks mechaniki kwantowej — mówiłam próbując wciągnąć Pashę w dyskusję. Spójrz na mnie, okaż gram zainteresowania! — Jaki wredny naukowiec wkładałby kota, źródło promieniotwórcze i truciznę do pojemnika, po czym pozwalał aby źródło uruchomiło trujący gaz…, albo nie. Na koniec eksperymentu obserwator nie wie, czy cyjanek zabił kota, czy też kotu się upiekło. Nie dowie się tego, dopóki nie otworzy pudełka… Pasha, daj znać, że mnie słyszysz! — Zanim wynik eksperymentu wyjdzie na jaw, w myśl zasady mechaniki kwantowej, kot jest żywy i martwy równocześnie. — Jak cię przekonać, żebyś zaczął mi wreszcie dawać zlecenia?! Dla mnie i dla firmy jest równocześnie żywym i martwym klientem!

Powinnam przestać kluczyć i uderzyć z grubej rury! Powiedzieć mu, że od tej współpracy zależy moje życie!

Jednak nie mogłam mocniej naciskać. Już przy kolacji niewiele brakowało, żeby się obraził i wyszedł. Jeżeli, kot okaże się martwy, komornik zajmie mieszkanie mojej siostry.

Pasha nie podjął dyskusji. Wodził dłońmi po ciele wiotkiej hostessy, która siedziała mu na kolanach i obejmowała go udami w pasie, po gwałtowności ruchów zorientowałam się, że zaczęli się całować.

— Pasha, możemy porozmawiać? — Czułam, że jeszcze chwila, a wybuchnę płaczem.

— Kinga — dobiegł mnie głos Paula. Wrócił. Nareszcie! — Czy t…ty go t…tak malt…tretujesz od kolacji?

— Podsłuchiwałeś?!

Nie odpowiedział.

— Rozmawialiśmy, wyglądał na zainteresowanego.

— Zaint…teresowanego czy grzecznego?

Powinnam wytłumaczyć Paulowi sytuację. Pasha zdradził mi wiele informacji na temat rosyjskiego rynku, potem doszło do niego, że popełnił błąd i zaczął unikać tematu, ale to by tylko pogorszyło sytuację.

— Nic dziwnego, że się t…tak nawalił! — Obrzucił mnie oskarżycielskim spojrzeniem.

— Gdybym miała na nosie okulary, pewnie zapiłby się na śmierć.

— Miałaś rozmawiać z klientem o in—t…te—re—sach — zignorował mój sarkazm. — Na t…tym polega t…twoja praca. Sam na sam łatwiej przejść do rzeczy, nie łapiesz t…tego?

— Moja matka nie urodziła idiotki…

— Kiedy chciałaś z nim pogadać, jak skonst…truujecie działający model komput…tera kwant…towego? — zaśmiał się w głos z własnego żartu.

— Taki komputer już istnieje.

I znów strzepnęłam obcą dłoń z mojego uda. Te dziewczyny nie dawały za wygraną, choć wielokrotnie powtarzałam, że nie, nie jestem zainteresowana seksem z kobietami. Przyszłam, wyłącznie na życzenie klienta.

— Wrzuć na luz! Jest druga nad ranem. T…ty widzisz, co t…tutaj się dzieje?

— Bez okularów nic nie widzę — powiedziałam mu w ucho.

— Jezu, nie musisz t…tak wrzeszczeć!

— Oddaj mi okulary, to przestanę.

Poklepał się po kieszeniach. Bezradnie.

— Nie mam, chyba Mark je schował.

— Czy wam się wydaje, że okulary noszę dla żartu? Wózki spod inwalidów też wyciągacie?

— Przespaceruj się.

— A ty go pilnuj.

— Dziękuję? Proszę? T…tego nie ma polskim słowniku?

 

Poszłam poszukać toalety, już od dawna musiałam, ale nie ośmieliłam się zostawiać Pashy samego. Wbrew temu, co sądził Paul, nieźle nam się rozmawiało przy kolacji. Wyciągnęłam od informacje na temat wielkości obrotów. Dwadzieścia osiem miliardów dolarów tygodniowo, na instrumentach krótszych niż rok. Zakręciło mi się od tego w głowie. Gdyby choć dziesięć procent tej kwoty przepuszczał przeze mnie na samej prowizji natłukłabym ponad dziesięć tysięcy dolarów w ciągu miesiąca i spłaciła ten cholerny kredyt! Przyznał się, że transakcje na setki milionów dolarów puszcza przez innego brokera, nazwy firmy, z którą współpracuje od lat, nie chciał podać. Wie, że tamci nie spłoszą kontrahentów i nie przyczynią się do wzrostu cen strasząc wielkością jednorazowych zleceń Pashy. Tłumaczyłam, że ja też bym nie spłoszyła, że potrafimy być dyskretni i znaleźć mu drugą stronę transakcji nawet na większe kwoty, ceny przy tym nie uciekną w kosmos. Chryste, gdyby szefowie wiedzieli jaki to potężny klient, odebraliby mi go od razu i przekazali komuś bardziej doświadczonemu. Na prowizji z małych klientów nie zarobię na chleb, duzi byli zbyt ważni, żeby mi ich powierzać. To co ja mam właściwie robić? Jak, do diabła, zdobywa się zaufanie dużych klientów?! Może powinnam się poddać?

Nie, nie wolno mi, najpierw muszę spłacić dług. Poczułam mrowienie na myśl o tym jak wspaniale by było domykać ogromne transakcje. Przekonywałam Paschę, że może mi zaufać. Ale to było jak walenie głową w mur. Nie, bo nie! Nie potrzebuję was, mówił, ja już mam pośrednika. Odniosłam wrażenie, że jeszcze kilka chwil, a wstanie i wyjdzie. Nie będę miała kolejnej szansy, żeby go przekonać.

Tymczasem nieźle już podpity, zaraz po kolacji, zaproponował kontynuację wieczoru w klubie nocnym. Czyli jednak chciał ze mną rozmawiać. W tamtej chwili postanowiłam powoli przełamywać lody. Liczyłam, że może w klubie go—go, do którego tak bardzo chciał iść, pogadamy od serca. Ale tutaj, w jazgocie muzyki techno musiałam się wydzierać, żeby mnie usłyszał. Zresztą z każdym kieliszkiem wódki Pasha coraz częściej gubił wątek. Starałam się cierpliwie naprowadzać go na tory rozmowy. To dla Pashy przyjechałam do Moskwy, współpraca z nim była ostatnią deską ratunku. Co będzie kiedy wrócę z pustymi rękami? Anka mnie zabije, ja sama się zabiję jeżeli bank odbierze jej mieszkanie z powodu moich długów.

Byłam wykończona. Potrzebowałam chwilki dla siebie. W lokalu obitym ciemną tkaniną od podłóg, poprzez ściany po sufit, świeciły się wątłe światełka umocowane przy podłodze i pojedyncze lampki rozsiane jak gwiazdy migotały na ścianach. Przy polaryzujących na zielono stolikach siedzieli mocno już podpici klienci w towarzystwie kobiet. Hostessy prawiły facetom komplementy i popijały jak równy z równym. Głośna muzyka nie była w stanie zagłuszyć ich piskliwych śmiechów i pokrzykiwań przy wznoszeniu toastów.

Barman podrzucał i zręcznym ruchem łapał shaker wypełniony opalizującą na różowo mieszanką wzbudzając aplauz ludzi siedzących przy barze. Próbowałam wytężyć wzrok, żeby dostrzec tabliczkę z napisem „WC” na całym świecie są takie tabliczki.

— Pomóc w czymś? — zapytała dziewczyna śpiewnym rosyjskim.

— Poradzę sobie — odpowiedziałam po angielsku i ruszyłam dalej.

Kilka kroków dalej potknęłam się o czyjeś nogi.

Ktoś złapał mnie w talii, ratując przed upadkiem.

— No, ładnie się popiło — zaśmiał się do mojego ucha ten sam śpiewny głos.

— Ja nie piję. Alkohol ogłupia.

— O, mądrala! — zaśmiała się. — Pomóc? Dokąd idziesz?

— Toalety, szukam toalety. — Wyzbyłam się resztek dumy.

— Chodź! Ja też muszę — dorzuciła, złapała mnie za dłoń i poprowadziła.

Weszłam, a ona za mną. Gdy opuszczałam kabinę, kobieta wciąż była w łazience. Siedziała na blacie, w którym zatopione były umywalki, nie byłam do końca pewna, ale zdawało się, że od pasa w górę była naga.

Umyłam ręce, starając się nie patrzeć na towarzyszkę. Ale jej postać odbijała się w lustrach umocowanych zarówno na ścianach, jak i drzwiach do kabin.

Ruszyłam w kierunku wyjścia, a ona zastąpiła mi drogę. Schwyciła moją dłoń i przyciągnęła do swoich piersi. Tak, była naga.

— Bardzo panią przepraszam — zaczęłam swoją śpiewkę, której skuteczność do tej pory była zerowa. — Nie przyszłam tutaj na seks — poinformowałam licząc na to, że prawda tym razem obroni się sama.

— A może powinnaś, kotku — zaczęła płynną angielszczyzną — może to sposób, żeby się wyluzować?

Wyluzować!? Już druga osoba kazała mi się wyluzować.

Kobieta przywarła do mnie piersiami, chciałam ją odepchnąć, ale wyczuła moje zamiary. Złapała moją rękę i wykręciła za plecy. Pchnęła na umywalkę udaremniając defensywę. Widziałam już coś takiego, kobieta musiała uprawiać sztuki walki, pewnie judo tak modne w tym kraju.

Tymczasem kobieta wróciła do rozpinania kołnierza mojej koszuli. Próbowałam się wyrwać, ale tym razem przytrzymała mnie wbijając w mój brzuch kolano. Czułam, że włos jeży mi się na głowie!

— Zostaw mnie! — krzyknęłam.

— Nic nie mów… — Zaczęła odpinać kolejne guziki koszuli. Czułam jej oddech na odsłoniętym dekolcie. Byłam zupełnie bezsilna w obliczu energii szalonej judoczki. Tym razem przyciągnęła mnie do siebie, zdarła ze mnie marynarkę i wrzuciła do otwartej paszczy sedesu!

— Tylko nie marynarka — wyszeptałam i zasłoniłam piersi krzyżując ramiona. Czułam się zupełnie naga.

Kobieta nic sobie nie robiła z moich protestów. Co więcej chyba zachęciłam ją do dalszego działania. Z torebki przewieszonej przez nagie ramię wyjęła srebrzysty przedmiot. Ojcze, matko i babciu, co to?! Czy ona chce mnie tym zgwał… Zmrużyłam oczy starając się odgadnąć, co błyszczy w dłoni dziewczyny. Odetchnęłam z ulgą. Zorientowałam się, że to nożyczki.

— Tego już za wiele! — krzyknęłam próbując się wyrwać.

— Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy — powiedziała wprost w moje usta, racząc mnie oddechem przesiąkniętym szampanem. Próbowałam się szarpać, ale nie miałam najmniejszych szans. Kobieta była silna i szybka.

Tym razem dobrała się do rękawa koszuli. Błyskawicznie odcięła.

Po chwili oba rękawy wylądowały na podłodze. Kobieta przykucnęła przede mną i zaczęła gmerać przy rąbku spódnicy. Domyśliłam się, co zaraz nastąpi. Stać prosto, żeby cięcie wyszło równo.

Ze spódnicy została tylko taśma osłaniając biodra. Kobieta wstała wyraźnie zadowolona ze swojego dzieła, ale chyba jeszcze nie skończyła, bo spoglądała na mnie przez dłuższy czas.

Następnie wymalowała mi usta, szminką tak czerwoną, że widziałam kolor, mimo braku okularów.

Na koniec wyjęła z moich włosów czarną spinkę, którą udawało mi się upiąć ciasny kok na karku i utrzymać nienaganną fryzurę przez cały dzień. Włosy ciężko opadły na plecy i połaskotały moje uda, odsłonięte z powodu braku spódnicy.

— Tak lepiej. — Oceniła swoje dzieło.

Poczułam ulgę, że cała ta szopka już się skończyła, weszłam do kabiny i wyjęłam z sedesu marynarkę. Jedna poła była mokra, miałam nadzieję, że to tylko woda, ale nie ośmieliłam się powąchać. Przepłukałam na wszelki wypadek pod bieżącą wodą.

Kobieta stała i patrzyła na mnie. Widziałam jej rozmazaną postać i delikatny ruch głowy świadczący o tym, że jest zadowolona z efektu.

— Po co to wszystko?

— Też kiedyś byłam brzydkim kaczątkiem.

— Pije pani do mnie?

— Teraz już nie, ale musisz się wyluzować, tamten facet nie zacznie negocjacji z Madonną…

— Słucham?

— Sądziłam, że jesteś mądrzejsza.

— Muszę wracać — urwałam tę bezsensowną dyskusję i ruszyłam w stronę drzwi.

— Nie musisz się tak śpieszyć, teraz przekonasz ochlapusa do wszystkiego.

— Czy wszyscy tu podsłuchują?

— Witamy w Rosji!

Przystanęłam w pół kroku.

— Ja tu pracuję, ślicznotko, muszę mieć rękę na pulsie — wyjaśniła. Popatrz chociaż na siebie.

— Spojrzałam, ale zobaczyłam rozmazany obraz półnagiej Roszpunki. Mam trzy dioptrie, potrzebowałabym rozbiegu długości boiska do piłki nożnej, aby widzieć siebie wyraźnie — wyjaśniłam, bo dizajnerka jakkolwiek szalona, zaczęła wzbudzać moje zaufanie… i była pierwszą osobą tego wieczoru, z którą mogłam rozmawiać bez ogródek.

— A gdzie masz okulary? — zapytała ze współczuciem.

— Nie wiem, koledzy mi je zarekwirowali przed spotkaniem. Kretyńska akcja, zanim się zorientowałam już ich nie było. Twierdzą, że bez okularów wyglądam lepiej… — wyznałam.

— Idioci! Okulary to twój najmniejszy problem — roześmiała się.

— Zgadza się — odparłam. Moja siostra wzięła na siebie kredyt, którego już nigdy nie uda mi się spłacić, mój ukochany nie zaproponował abyśmy zamieszkali razem, choć to dla niego porzuciłam ciepłą posadkę w Warszawie i wyemigrowałam do Szwajcarii. Nie miałam pojęcia jak pozyskuje się klientów, a jeżeli zawalę sprawę z Pashą, stracę resztki szacunku do samej siebie. Co gorsza, nikt nie wyleje mnie z pracy, płacili mi procent od prowizji, której nie zarabiałam. Zero od zera równa się zero. Będę odsiadywać dupogodziny w biurze i marnować tlen, brnąc w coraz większe długi. Okulary to nie był mój największy problem. O nie, stanowczo nie. Pozbierałam rękawy i pas materiału odcięty od spódnicy.

— Jeżeli musisz być czegoś pewna, bądź pewna siebie — Klasnęła w dłonie, a na odchodne klepnęła mnie w pupę. — No idź już do tego swojego klienta, ucieszy się na twój widok.

Weszłam do ciemnego lokalu wypełnionego muzyką.

— Hej, dziewczyno, zapraszam na szampana — zza pleców dobiegł mnie pijany głos szefa.

Odwróciłam się, chyba położył dłoń na rozporku, tak mi się zdawało. Jednak to nie mogła być prawda. Mark nie byłby tak wulgarny!

— Chodź, opłaci ci się! — dodał.

Nie rozpoznał mnie.

Głos szefa dochodził z coraz mniejszej odległości, po chwili Mark zbliżył się do mnie i złapał za dłoń.

— Zwariowałeś?! To ja! — krzyknęłam i wyrwałam dłoń.

— Ty, czyli kto?

Czyżby był aż tak pijany?

— Kinga!

Zareagował jakby dostał w twarz. Cofnął się, zachwiał na nogach, potknął o czyjeś stopy i padł jak długi na miękką wykładzinę. Powinnam mu pomóc, ale kilka dziewczyn rzuciło się na ratunek. Przykucnęłam i obmacałam kieszenie marynarki. Odnalazłam moje okulary. Jedno ucho było odłamane, ale założyłam takie, jakie były. Zostawiłam szefa pod opieką Rosjanek i ruszyłam w stronę stolika.

Przebijając się przez tłumy roznegliżowanych dziewczyn, facetów w marynarkach i porozpinanych do pasa koszulach z krawatami niechlujnie przewieszonymi przez szyje, dotarłam do naszego stolika. Paul spał z głową na stole. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Pashy.

Stał obok wsparty o ramię smukłej Azjatki. Spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Puścił ramię Azjatki i wyciągnął do mnie dłoń.

— Krasawica — powiedział pijanym głosem. — Powiedz tylko słowo, a zrobię dla ciebie wszystko — wymamrotał po rosyjsku pijanym głosem.

— Chcę, żebyś zaczął mi dawać porządne zlecenia. Wypróbuj mnie — powiedziałam po angielsku.

Pasha zachwiał się i pacnął na miękki fotel. Zamknął oczy i zdawało mi się, że usypia.

Złapałam go za ramiona i potrząsnęłam.

— Pasha, słyszałeś co powiedziałam?

— Da!

— To co, dasz mi szansę?

— Daaa — odpowiedział i usnął.

Serce zaczęło łomotać w piersi jak szalone. Nareszcie!

Miałam swoje pięć minut! Jestem uratowana! Spłacę kredyt i zyskam czas. W końcu zamieszkam z Johnem. Będziemy żyli długo i szczęśliwie. Przymknęłam powieki i wyobraziłam sobie wymarzony domek na wsi. W sercu winniczki z tarasem porośniętym passiflorą. Mnie i Johna na tarasie rozpartych w bujanych fotelach… trzymających się za ręce uśmiechających się do synka i córeczki bawiących się w piaskownicy, którą John dla nich zbudował. Na moich kolanach leżał kot, rudy dachowiec, mruczał.

Otworzyłam powieki i rozejrzałam się po ciemnym wnętrzu. Byłam w klubie go—go, pomrukiwanie wyśnionego kota, to chrapliwe dźwięki jakie wydawał z siebie śpiący Pasha. Miałam wrażenie, jakbym wpadła do basenu lodowatej wody. Zmroziło mnie od stóp do głów. Doszło do mnie, że zawaliłam sprawę. Nawalony w trupa Pasha nie zapamięta złożonej obietnicy. Nigdy już nie da mi szansy, jestem skończona. Chciałabym zapaść się pod ziemię.

Spojrzałam na Pashę ocknął się, otworzył oczy. Beknął i zwymiotował wprost na moje stopy.

Uśmiechnął się nieprzytomnie, przymknął powieki i zapadł w sen.

Poczułam się jeszcze bardziej naga i sponiewierana. W panice wybiegłam z lokalu, wsiadłam do taksówki i kazałam się zawieźć do hotelu.

W pokoju znalazłam zapasową parę okularów.

Założyłam je i spojrzałam na odbicie w lustrze. Ze srebrzystej tafli patrzyła na mnie tania dziwka z ilorazem inteligencji gorylicy Koko, słynnej z tego, że umiała posługiwać się językiem migowym. Dla małpy to dużo, dla businesswomen, jak widać za mało.

— „Dokąd idą małpy po śmierci?”

— „Do wygodnej dziury. Cześć” — odpowiedziała Koko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *