Klinika

— Justynko, już jesteś? Przyjechała ciocia Agnieszka – przesadnie podniecony głos matki dobiegł z różowego saloniku. Szarpałam się z drzwiami, zanim udało mi się je zamknąć pod naporem wichury. Policzki szczypały po zetknięciu z ciepłem. Zapach kawy i piernika uświadomił mi, że od śniadania nic nie miałam w ustach.

– Dzień dobry! – krzyknęłam do ciotki.

– Jak dyżur? – Matka weszła do przedpokoju, przewróciła oczami. Uśmiechnęłam się, mina nie pasowała do wystrojonej w białą garsonkę postawnej profesor neurochirurgii.

Ciotka Agnieszka, bliźniacza siostra matki, emerytowany prokurator, należała do tych osób, które wpadają na kawę, a zostają na tydzień.

Że też musiała przyjechać akurat dzisiaj.

– Mamuś, w porządku. Jestem tylko trochę zmęczona – mówiłam jak robot, równocześnie wciskając taser do szuflady komody po babci. Ciotka Agnieszka na pewno zainteresowałaby się po co mi taka broń. Przyszpiliłaby mnie masą pytań, w ciągu minuty zmusiłaby do przyznania się do winy, po czym postawiła w stan oskarżenia. Cholerstwo nie mieściło się między wełnianymi szalami. Wyjęłam stertę, podałam matce. Automatycznie odłożyła na półeczkę nad wieszakiem, równocześnie wpatrywała się we mnie, czekając na wieści.

– Sprawdzę za godzinę – wyszeptałam.

Skinęła głową, na znak, że się wszystkim zajmie i poszła do kuchni.

Weszłam do salonu, żeby ucałować ciotkę na przywitanie. Nie wybaczyłaby mi, gdybym od razu poszła do siebie. Ciotka rozsiadła się na atłasowej kanapie przed kominkiem i z kieliszeczka wielkości naparstka sączyła nalewkę z pigwy. Mama postanowiła ją upić, aby przytępić zmysły. Podeszłam i cmoknęłam ciotkę w oba policzki. Zmierzyła mnie wzrokiem.

– Dziecko, coś ty ze sobą zrobiła? – Nie mogła ukryć zdumienia na widok mojej bezkształtnej sukienki w mysim kolorze, ściętych na jeża i pofarbowanych na czarno, kiedyś długich blond włosów. – W sumie nie wyglądasz najgorzej. – Uśmiechnęła się. – Ale wolałam poprzednią wersję.

– To taki mój nowy image – zmusiłam się do uśmiechu. Nigdy nie zdradziłam ciotce przyczyn mojej metamorfozy. Po nitce doszłaby do kłębka.

Zatarła dłonie, przez głowę przeszła jej nowa myśl.

– Słyszałaś o tym gwałcicielu z Bemowa? – zapytała i zrzuciła z kanapy kwieciste poduszki, robiąc mi miejsce obok siebie.

Nie usiadłam. Drewno w kominku strzeliło, miałam wrażenie, że to odgłos broni palnej. Zrobiło mi się zimno, choć było tu tak gorąco, że poczułam się jak kurczak na rożnie.

Przymrużyłam oczy, udając, że próbuję sobie przypomnieć.

– To się w głowie nie mieści, jak oni teraz pracują. Dowody dostarczone przez prokuraturę zostały podważone, zaświadczenie biegłych o okaleczeniu ofiary na okres dłuższy niż siedem dni gdzieś się zapodziało. Oskarżony dostał jedynie wyrok za napaść! Pięć lat w zawieszeniu! – naprowadzała mnie.

– Ach, tak przypominam sobie – skłamałam, bo pamiętałam doskonale.

– Niedawno skazany poszedł do lekarza, skarżąc się na obniżone libido. Lekarz był zdumiony odkryciem. Pacjent przypomniał sobie tylko, tyle że został zaatakowany, ktoś przyłożył mu szmatę ze środkiem usypiającym. Ocknął się kilkanaście godzin później na klatce schodowej w swoim bloku.

– I? – zapytałam, udając zainteresowanie.

– Został wykastrowany! Za takie okaleczenie grozi dziesięć lat pozbawienia wolności. Nie słyszałaś o tym?

Słyszałam, ale byłam zbyt zmęczona, żeby się teraz nad tym zastanawiać. W dodatku za godzinę znów czekała mnie praca.

– Muszę się zdrzemnąć. Ciocia nie będzie mi miała za złe, jak pójdę do siebie?

– Ależ nie, kochanie, porozmawiamy przy kolacji – powiedziała i uśmiechnęła się. Zaczęłam nabierać pewności, że ciotka wie o naszej misji.

Weszłam do sypialni, zostawiłam uchylone drzwi, nie chciałam być całkiem sama.

Próbowałam zebrać siły przed operacją, tym bardziej że matka nie mogła mi asystować. Musiała odwracać uwagę ciotki. Położyłam się i od razu zasnęłam.

We śnie znów leżałam na ulicy, z nieba siąpił drobny deszcz, a ten potwór pochylał się nade mną i dyszał, owiewając moją twarz smrodem przetrawionego alkoholu.

– Dobrze ci, dziwko, co? – wychrypiał i znów wbił się we mnie.

– Mała kurwa! – wrzasnął.

Zerwałam się z łóżka. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że czuję na twarzy zimne kropelki deszczu, ale szybko przegnałam marę.

Wyszłam z sypialni i zbiegłam po schodach obitych miękką wykładziną. Rozmowa matki z ciotką dobiegała z kuchni. Drzwi były zamknięte. Wyjęłam z komody taser i poszłam do garażu.

Otworzyłam bagażnik. Już nie spał. Próbował krzyczeć, ale przez taśmę izolacyjną, którą zakleiłam usta, nie wydobył się żaden dźwięk. Pomogłam mu wysiąść. Zatoczył się na zdrętwiałych nogach, ale na widok tasera szybko odzyskał władzę w mięśniach. Pozwolił sprowadzić się do piwnicy. Przekręciłam klucz w zamku i weszliśmy do „kliniki”. Spojrzał na stół operacyjny, przez chwilę przyglądał się też aparaturze medycznej, poczułam jak jego mięśnie natężają się. Musiał słyszeć krążące po mieście opowieści o setkach kastratów. Pogłoski zresztą odnosiły skutek i do nowych gwałtów dochodziło coraz rzadziej. Tylko nieliczni idioci ryzykowali dla chwili przyjemności.

Wyszarpnął się, przyłożyłam taser do jego pleców, uruchomiłam. Facet wydał z siebie jęk i padł na posadzkę. Na wszelki wypadek przycisnęłam mu do twarzy maskę z środkiem usypiającym. Podeszłam do łóżka, opuściłam je i podjechałam do faceta. Musiałam zapierać się stopami o ścianę, żeby wtoczyć kawał chłopa na łóżko.

Rozebrałam, zdezynfekowałam i przeprowadziłam zabieg. Pół godziny później zasiadłam do kolacji. Na wszelki wypadek wzięłam do jadalni taser. Owinęłam go szczelnie w kaszmirowy szal i położyłam sobie na kolanach. Jeżeli ciotka połapie się, co robimy, będę musiała ją unieszkodliwić. A może nawet zbić? W przeciwnym razie doniesie na nas na policję. Nic nie powstrzymałoby praworządnej prokurator, przed wymierzeniem sprawiedliwości. Nawet więzy krwi nie miałyby dla niej znaczenia w obliczu zdemaskowania zbrodni. Nie bardzo włąściwie wiedziałam po co mi ten taser. Mogłabym sparaliżować ciotkę i co dalej? Zabić ją? W ostateczności musiałabym ją zabić. Jeżeli wpakuje nas do więzienia, to kto pomści te wszystkie ofiary gwałtów. Czy mama przeżyłaby za kratkami? Ile lat wyroku mogłoby nam grozić? Pięćdziesięciu pięciu kastratów! Dziesięć za każdego unieszkodliwionego.  Czy to się sumuje?!

Gonitwa myśli nie dawała mi spokoju. Poczułam na sobie badawcze spojrzenie ciotki.

– Już wiem, co tu jest grane – oświadczyła z taką miną, jaką musiała raczyć oskarżonych o najcięższe zbrodnie.

Złapałyśmy się z mamą za dłonie. Wstrzymałam oddech. Z ogrodu dotarło pohukiwanie sowy. Wypuściłam dłoń matki. Wymacała na moich kolanach zawiniątko. Spróbowała je schwycić, ale przesunęłam je poza zasięg jej dłoni. Delikatnie wysunęłam lufę tasera spod szala. Matka obrzuciła mnie zrozpaczonym spojrzeniem. Wciąż trzymając taser na kolanach wymierzyłam w ciotkę. Serce waliło mi teraz w piersi jak oszalały młot pneumatyczny. Po omacku szukałam palcem spustu.

– Masz tam kogoś! – wykrzyknęła ciotka. Ręka zaczęła mi drżeć, spotniała, otarłam ją o chustę i znów zaczęłam macać w poszukiwaniu spustu.

– To do niego wymykałaś się do garażu? – zapytała.

Oblała nie fala gorąca. Matka złapała mnie za dłoń. Po jej skroni ściekała kropelka potu. Wyrwała mi z ręki taser i zepchnęła go z moich kolan. Spadł na miękki dywan. Odgłos uderzenia wygłuszył wełniany szal. I tak nie miałabym odwagi zabić ciotki. Dalsze ukrywanie się nie miało już sensu.

– Tak, mam kogoś… trzymam go w piwnicy  – wyznałam ze skruchą. Spuściłam głowę.

Na co ciotka klepiąc się po udzie i wybuchnęła gromkim śmiechem. Podniosłam wzrok i spojrzałam na nią badawczo.

– A to dobre! Doskonałe! – wykrzyknęła radośnie ciotka. – Kiedy ślub?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *